Właśnie zakończyło się śledztwo wewnątrz-korporacyjne przeciw dziennikarzowi Cezaremu Gmyzowi, który próbował wyjaśnić podstawową wątpliwość  śledztwa smoleńskiego  – wypadek czy zamach - obowiązek należący do kompetencji rządu.  Gmyz, naczelny Tomasz Wróblewski i jego zastępca  Bartosz Marczuk są już na bruku, a dziennikarze niezależni dostali czytelne ostrzeżenie.  

 

    Prezydent Komorowski widziany był w czasie pogrzebu ostatniego prezydenta II RP na uchodźstwie  Ryszarda Kaczorowskiego  w drodze na krótki wypoczynek, na pogrzebie reprezentowała go, choć nie był to Kongres Kobiet,  żona Anna.  Należy dodać, że  był to powtórny pogrzeb -  skutek  niechlujstwa  podczas identyfikacji  ofiar  katastrofy smoleńskiej  w Rosji,  co długo ukrywały władze, i za co nie zdążyły jeszcze przeprosić.  Jesteśmy w trakcie śledztwa mega-afery Amber Gold, która nie wiadomo w którą stronę  się potoczy, zważywszy, że „ bohaterowie” poprzednich  skandali korupcyjnych,  Mirosław Drzewiecki i Janusz Palikot, wciąż brylują na Wiejskiej.  A  poseł  Stefan Niesiołowski  nadal obrzuca obelgami dziennikarzy niezależnych i opozycję: patrz ostatnie wydarzenie w salonie Toyoty w Radości.  Oto „dzień jak co dzień” polskiego życia politycznego. 

     Mówi się o takiej demokracji „demokracja fasadowa”, „malowana” albo „niepełna”, co w istocie znaczy brak demokracji.  Jednym z sygnałów  jej deficytu jest  zerwanie  łańcucha zależności  między  przekraczaniem obowiązujących standardów zachowań przez polityka a  jego odpowiedzialnością za te zachowania.  W Wielkiej Brytanii  najważniejszym miernikiem oceny jest  politician’s performance, przydatność  polityka  dla  społeczeństwa. W Polsce -  ta zależność jest  kompletnie nieznana. A demokracja działa jak  dobrze naoliwiony  mechanizm, kiedy spełnione są co najmniej trzy warunki: życie publiczne  opiera się o wspólną dla władzy i społeczeństwa bazę wartości (tu wciąż pamięta się idee „polityki moralnej” premiera Gladstone’a),  istnieją instytucje, które pilnują, aby nic złego im się nie stało, i po trzecie – gdy społeczeństwie nie ma przyzwolenia na omijanie prawa oraz lekceważenie dobrych obyczajów.  Ład demokratyczny ma  zatem pewne elementy porządkujące,  choć jego  istota  wciąż  pozostaje  ta sama -  „idea dobra obywateli”.  Innej opcji w cywilizowanych krajach nie ma.

    Patrząc na naszą scenę polityczną widać jasno, że Polska wciąż znajduje się w sferze rozchwianych wartości - brak zarówno  systemu, jak  instytucji,  które   teorię  przekładałyby na język życia.  Właściwie  żaden ze składników  tego  puzzla nie działa ani sprawnie,  ani  skutecznie.  W dodatku nie ma ani wiedzy, ani woli,  aby funkcjonujące w Europie, a zapomniane w Polsce  standardy  aplikować  i egzekwować. W Wielkiej Brytanii  ten „model do składania” działa następująco: media, poseł  czy obywatel nagłaśniają  sprawę - powiedzmy ciągnących się w nieskończoność procedur adopcji dzieci - a za kilka miesięcy mamy gotowy przepis skracający te procedurę.  Jest skarga grupy klientów na British Gas o niestosowanie właściwych procedur w załatwianiu skarg klienta - instytucja zostaje ukarana 2 mln funtów. Były prezes Royal Bank of Scotland Fred Goodwin  otrzymuje  szlachectwo za „niezwykle zasługi w budowaniu potęgi  banku”,  wkrótce bank staje na krawędzi bankructwa,  zostaje wykupiony przez rząd za 45 miliardów funtów i w wyniku protestów  podatników  Goodwin zostaje pozbawiony szlachectwa.  Dalej, w  „News of the World” wybucha skandal hakerski,  tygodnik zostaje zamknięty,  powołuje się  parlamentarną komisję  lorda Levesona, przed którą stawia się   najpotężniejszy  dziś  bonza medialny Rupert Murdoch, a 33 osoby z jego otoczenia otrzymują  zarzuty karne.  Albo ostatnia afera pedofilska w BBC „Savile-gate”. Jej dyrektor generalny  George Entwistle został wezwany  do Westminsteru przed  komisję parlamentarną, nieźle tam został przeczołgany, a kilka dni temu , na skutek  zmasowanego nacisku  ze wszystkich stron,  zrezygnował ze stanowiska.  A teraz  media pilnują, aby trzy wewnętrzne śledztwa powołane  przez Korporację a jedno przez Scotland Yard, nie zwolniły tempa prac.

     Rzecz w tym, że w demokracji  nie – fasadowej istnieje sprzężenie zwrotne między oczekiwaniami obywateli, artykułowanymi zwykle przez  media, a działaniami  władzy.  W największym uproszczeniu  schemat  wygląda tak:  jest pakiet wartości,  na który umawiają się wszystkie strony, gdzie mamy  poczucie przyzwoitości, świadomość służby społecznej,  odpowiedzialność rządzących przed rządzonymi,  szacunek dla państwa i prawa, etc.  I są  ludzie, instytucje państwowe oraz procedury, które „przekładają” te wartości na życie codzienne obywateli.  A kiedy w trybach pojawi się piasek, jest instrukcja jak  się go pozbyć i ponownie wprowadzić maszynę w ruch.  W Polsce taki system był, lecz po 1945 roku zaginął po nim wszelki ślad. Generacja depozytariuszy pamięci o demokracji odchodzi,  komunistyczny  reżim,  dodając jej przymiotnik „socjalistyczna”, zdołał odebrać  jej wszelki sens,  i dopiero od kilku lat  zaczyna się powracać do tematu. Tymczasem mówi się o modelu, bez szczegółów,  w atmosferze  lekceważenia władz i większości mediów mainstreamowych oraz niewiary obywateli w swoją siłę.  Toteż nieczęsto słyszy się,  że premier,  prezydent,  parlamentarzyści, to jedynie urzędnicy państwowi, wybierani na 4 lata, aby służyć państwu i obywatelom.  A jeśli się nie sprawdzą, muszą  „wypaść z gry”, przynajmniej na jakiś okres. Czesław Bielecki  wspomniał kiedyś w TV Niezależna:  „Zmora nieodpowiedzialności unosi się nad tym krajem”.  Ktoś inny  mówił o „zachowaniach  niehonorowych”, jeszcze inny - o  „kloace  nieprzyzwoitości”. Owszem, to wszystko prawda.  Ale to już  wiemy. Teraz należy zdiagnozować przyczyny i  szybko podać  lek, bo powtarzając  słuszny skądinąd pogląd  o „zmorze nieodpowiedzialności” nie posuniemy się ani o krok naprzód.

    Żądanie, aby  skompromitowana partia rządząca  usunęła się i zrobiła miejsce dla opozycji,  to  „nic nowego pod słońcem”.  Już 25 wieków temu Platon twierdził, że „rządy winni sprawować ludzie odważni, mężni i uczciwi”, a „ich rządy  powinny cechować się cnotą czyli osiąganiem celów godzących cele osobiste z celami wspólnoty, i sprawiedliwością”.  Już wtedy za bezpośrednią przyczynę rozkładu ustroju Aten podawał korupcję ateńskich urzędników,  ich nietrafne decyzje oraz niewłaściwe wykorzystanie pieniędzy publicznych.   Arystoteles w akcentowaniu „czynnika ludzkiego” poszedł jeszcze dalej: „to czy dane państwo jest dobrze czy źle rządzone – pisał - często zależy nie od formy rządów, lecz od jakości przymiotów ludzi władzy”.  Ilu jest u nas ministrów, posłów, senatorów,  którzy z uwagi na brak kompetencji, ale także kwalifikacji moralnych, nigdy nie powinni  trafić na Wiejską czy do Belwederu? Po ujawnieniu niedawnej afery korupcyjnej w Izbie Gmin, David Cameron krzyczał ze swej ławy: „Ludzie są zdenerwowani naszym nagannym postępowaniem. I musimy zrobić wszystko, żeby odzyskać ich zaufanie!”  Czy  podczas któregoś z licznych set-backów  śledztwa smoleńskiego  premier Tusk  dyscyplinował  swoich ministrów w imię pryncypiów, uczciwości, wiarygodności i zaufania?  Polskie media  niezależne  twierdzą, że nasza klasa polityczna nie ma poczucia przyzwoitości, nie ma wstydu.  Owszem, nie ma.  A przecież wystarczy przekartkować  podręcznik historii Europy, żeby uświadomić sobie jak ważną rolę  odgrywały tam wartości i  „ludzie odważni, mężni i uczciwi”. W Polsce przez  45 lat sowieckiej obecności i 23 lata Pan Bóg wie czego,  przez  niekompetencję, głupotę, cynizm, zatarto nawet pamięć o demokracji.  Zniszczono jej moralne podstawy,  instytucje i procedury  eliminowania  niewłaściwych ludzi. Trzeba to wszystko odtworzyć i odbudować. 

   Jak mówią Chińczycy, „jeden przykład pokazuje  lepiej niż 10 tysięcy słów”, zacznijmy więc od przykładów. W Wielkiej Brytanii, gdzie  jest wiele rzeczy które warto  zmienić,  mechanizm demokracji działa akurat bez zarzutu. Spróbujmy  zestawić kilka  podobnych przypadków, które wydarzyły się  w Wielkiej Brytanii i w Polsce, i pokazać jak sobie z nimi poradzono.  1988 rok:  katastrofa Boeinga 747 nad szkockim miasteczkiem Lockerby, w którym zginęło wielu Amerykanów. Śledztwo prowadzone było nie tylko siłami brytyjskimi, Dumfries and Galloway  Constabulary, lecz do współpracy zaproszono także FBI.  Wspólnie, bez  dyskryminowania  żadnej  ze stron, przesłuchano około 15 tys. świadków, zebrano  2 mln dowodów, do których obie strony miały równy dostęp, postawiono zarzuty i skazano Libijczyka Abdelbaseta Ali al - Megrahi.  Rok 2004:  tym razem Madryt,  na dworcu Atocha, także na skutek zamachu terrorystycznego,  zginęły 192 osoby. A  w kolejnych  wyborach przegrała partia  premiera Aznara, którego Hiszpanie oskarżyli o niezapewnienie obywatelom bezpieczeństwa. Nawet w tak młodej demokracji jak hiszpańska, odpowiedzialność władz za zdrowie i życie obywateli, to jeden z najważniejszych mierników jej oceny!  W Polsce  w katastrofie smoleńskiej zginęło  kilkudziesięciu najwyższych rangą urzędników państwowych, niemal cały sztab generalny,  ucierpiało więc nie tylko bezpieczeństwo obywateli, ale i państwa. A dwa lata po tragedii najważniejsze dowody rzeczowe wciąż znajdują się w Rosji; to opozycja powołuje komisję, która prowadzi staranne śledztwo, to opozycja  powołuje  kilku światowej sławy ekspertów (prof. prof. Michael Baden i Kazimierz Nowaczyk z USA czy  dr Grzegorz Szuladziński z Australii), a rząd próbuje  zdyskredytować jej starania!  Ostatnie polowanie na Cezarego Gmyza świadczy, że  jeszcze  wiele  przed nami.

     Rok 2009: w Izbie Gmin wybucha afera korupcyjna, w którą uwikłani są posłowie z trzech głównych partii. Ówczesny premier Gordon Brown, szef opozycji David Cameron i liberalnych-demokratów  Nick Clegg natychmiast przystępują do eliminacji  skompromitowanych polityków,  żeby odbudować zaufanie wyborców do  partii. Stawiają im ultimatum: odchodzisz dziś lub nie kandydujesz do wyborów parlamentarnych za pół roku, co też się staje.  Stawka była wysoka,  uratowanie  zdrowia całego systemu. Główny strateg New Labour Party Peter  Mandelson dwa razy znalazł się „za burtą”. Po raz pierwszy w 1998 roku, kiedy media ujawniły, że nie poinformował urzędu skarbowego o pożyczce 373 tys. funtów na zakup domu od kolegi partyjnego Goeffreya Robinsona, i drugi raz, kiedy poza kolejnością załatwił brytyjski paszport indyjskiemu milionerowi Srichandzie Hinduji za obietnicę miliona funtów na budowę Millennium Dome, którą nadzorował. A był to ideolog Nowej Partii Pracy i przyjaciel Tony Blaira!  Ale czymże są  jego „drobne grzeszki” w porównaniu z polskimi aferami  korupcyjnymi: stoczniową i hazardową, „powodziową” i „czynszową”,  Jacka Karnowskiego i Janusza Palikota czy  skandal – gigant Amber Gold? Czy któryś z „bohaterów” stanął przed sądem, i albo  wyjaśnił przekonywująco swoją sprawę, albo  został skazany prawomocnym wyrokiem?  W brytyjskim społeczeństwie i  mediach, od „lewa do prawa”, gdy chodzi  o pryncypia, nie ma zgody na „wrongdoing” czyli „przekręty”. Naszego społeczeństwa  nikt nie nauczył jego  praw, a  mainstreamowe media – ich obowiązków.

     Dalej: liberalna  BBC jest potęgą, ale nie na tyle, żeby wygrać proces sądowy o agizm, wytoczony niedawno przez zwolnioną z powodu wieku dziennikarkę Miriam O’Reilly.  O’Reilly proces wygrała, została publicznie  przeproszona, otrzymała 150 tys. odszkodowania i obietnicę powrotu do Firmy.  A cóż to za wykroczenie w porównaniu z prawdziwym political cleansing, jakie rozegrało się  w polskich mediach publicznych ponad rok temu, kiedy  wyrzucono na bruk wszystkich dziennikarzy konserwatywnych?  Czy w porównaniu z szykanami wobec  TV Trwam, dla której nie znaleziono miejsca na multipleksie cyfrowym,  dyskryminując przy okazji  parę milionów jej odbiorców ? Albo  teraz sąd kapturowy,  przepraszam, wewnątrzkorporacyjny nad „Rzeczpospolitą” i  zwolnienie grupy dziennikarzy, mimo że dochodzenie  w sprawie  obecności materiałów wybuchowych  w/na Tupolewie ma zakończyć się za pół roku.  Nie ma zgody na „śledztwa wewnętrzne”, niespełniające zasad transparentności, nad którymi nie widać  żadnej kontroli społecznej! A  przecież Grzegorz Hajdarowicz, to jeszcze nie Rupert Murdoch, który  na dodatek  firmuje  Media Corp.  swoją twarzą  i swoimi pieniędzmi.  Właśnie te różnice postaw  dowodzą,  że w Polsce nastąpiło zerwanie  łańcucha przyczynowo -  skutkowego między zachowaniem  polityków a publiczną, moralną i prawną oceną  ich zachowań.  Zlikwidowano lub osłabiono  wszystkie ośrodki kontroli elit rządzących  - opozycja, niezależny wymiar sprawiedliwości, pluralistyczne  media, organizacje pozarządowe, świadomość podmiotowości obywatelskiej.  Ten stan trwa od 1945 roku i sytuacja wcale się nie polepsza,  wydaje się nawet, że od  kwietnia 2010 znacznie się pogorszyła.

     Tak więc nie ma zgody na brak kompetencji czy zaniedbania w sprawie przygotowania lotu  polskiej delegacji państwowej do Katynia, ani tryb prowadzenia śledztwa smoleńskiego. Na  dowolność interpretacyjną artykułów Konstytucji RP, np. 53, mówiącego o wolności wyznania i praktykowania religii przez wiernych oraz dyskryminację  mediów katolickich. Na  artykuł 212 kk, którym niszczy się kariery dziennikarzy opozycyjnych.  Na brak rozeznania  lub świadome łamanie standardów  egalitaryzmu,  np. dzielenie obywateli  na lepszych i gorszych.  Wiadomo , że demokracja  nie jest dana raz na zawsze  - o czym świadczą  także przykłady z terenu Wielkiej Brytanii.  U  nas  proces jej rewitalizacji  dopiero się zaczął. Należy  więc przypominać bez końca, kim jest polityk, poseł, senator (urzędnik państwowy z obywatelskiego wyboru), i komu ma służyć (tymże obywatelom). Bez względu na ich wiek, stopień zamożności, miejsce zamieszkania, poglądy polityczne oraz  religijne. A decyzje, jakie podejmują, instytucje, jakimi kierują, winny mieć jeden cel – dobro państwa i  obywateli.  Należy także  tworzyć coraz gęściejszą  sieć ośrodków kontroli, które będą monitorować  działania władz, i w jakimś momencie mówić „sprawdzam”. W zachodnich demokracjach  to „podręcznik obywatela”,  z którego korzysta się na co dzień, w Polsce – „biała karta”.

      A przecież od 25 wieków wiadomo, że  „nie nos dla tabakiery”. W Wielkiej Brytanii  nowoczesna demokracja funkcjonuje od 150 lat (choć są tacy, którzy wskazują na  1215, rok ustanowienia Magna Carta). Ale  nasza Konstytucja 3 maja  już 221 lat temu głosiła, że „Rzeczpospolita jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli”, a w kilka miesięcy później o równe prawa dla wszystkich upomniała się  Pierwsza Poprawka  do Konstytucji USA. To  światowe dziedzictwo demokracji, które wszyscy, zwłaszcza elity polityczne, które mają w ręku losy państwa i narodu,  prawo i narzędzia jego egzekucji, winny  uznać za swoje.  Zwłaszcza, że nie importujemy nowych zasad, lecz przywracamy dawne, które do 1939 w Polsce funkcjonowały, a których nas potem pozbawiono. Niskie standardy polskiego życia politycznego, to jeden z dramatycznych skutków zapaści demokracji po 1945 roku, która - mimo ciągłego  szpachlowania jej  „fasady” – wciąż trwa.

 

Elżbieta Królikowska-Avis

Londyn,  17 listopada  2012

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl