Profesjonaliści środków masowego przekazu  w starciu z potęgą mediów społecznościowych niekoniecznie skazani są na porażkę.

Dziennikarz „umie w Internety”, a jego gazeta „ogarnia Fejsa i Twittera”. O tak, bez wątpienia. Dziś trudno znaleźć w mediach kogokolwiek, kto zapytany, jak sobie radzi w sieci, odpowiedziałby inaczej. Gorzej z odpowiedzią na pytania o cel i sens aktywności, np. na platformach społecznościowych. Bo z pewnością efektów biznesowych, wzrostów zasięgu, nakładu, sprzedaży – przynajmniej takich, jakimi chciałyby się chwalić „mainstreamowe” media – z aktywności w społecznościach online nie mają. A pojedynczy dziennikarze mogą chyba czuć się nieco sfrustrowani, że o autorytet muszą tam rywalizować z anonimowymi „przywódcami opinii.”

Prawie trzy miliardy użytkowników mediów społecznościowych na świecie nie może się mylić. Platformy takie jak Facebook czy Twitter są czymś potrzebnym. Jednocześnie tylko część z tej ogromnej rzeszy nastawia się wyłącznie na odbiór, konsumpcję tego, co oferują inni.  Byliby to odbiorcy ze starych dobrych czasów, w których media publikowały i nadawały, a odbiorcy czytali, oglądali i słuchali, a swoje przemyślenia i opinie zachowywali dla siebie i ewentualnie wąskiego grona znajomych.

Stare dobre czasy jednak minęły. Tradycyjne środki masowego przekazu od lat 90. miały kilka świetnych szans, aby wsiąść do internetowego ekspresu, wyprzedzić wszystkich innych i obecnie odcinać kupony. Kiedy popełniły błędy i dlaczego, to trochę inna historia, którą być może będzie okazja opowiedzieć zainteresowanym.

Obecnie w Internecie rządzi pokolenie urodzonych już w 21. wieku. Dla nich to nie jest dodatkowa forma rozrywki, czy źródło informacji, lecz integralna część życia. Jeśli ktoś spotkał nastolatka, który sprawdza w smartfonie każdą informację, którą mu przekazujesz, ten wie o co chodzi. Oni sięgają po tę maszynę w każdej sytuacji życiowej. Gdy widzą chmury, to sprawdzają w telefonie, czy będzie burza. Gdy są głodni, to maszyna mówi im gdzie zjeść. Gdy nie wiedzą co robić, to smartfon im powie lub sam stanie się zajęciem.

Jak się w tym wszystkim odnaleźć, zachodzi w głowę zapewne niejeden dziennikarz i jego redakcja również się zastanawia.

Huragan nowych mediów

Może zacznijmy od tego, że w pewnych sprawach i sytuacjach nie ma co się ścigać z Internetem. W ubiegłym roku ofiary huraganu Harvey w USA w miarę narastania powodzi i zagrożenia zwróciły się o pomoc do Twittera i Facebooka, na których polegali nawet bardziej niż na liniach alarmowych służb ratunkowych. Hashtagi takie jak #sosHarvey i #helphouston były używane do oznaczania ratowników obywateli, konta takie jak @HarveyRescue kompilowały bazy danych adresów i nazwisk osób znajdujących się w krytycznej potrzebie przez cały czas trwania burzy. Znany był przypadek Maritzy Ritz Willis, która opublikowała apel o pomoc na Facebooku po tym jak nie mogła się dodzwonić na numer  911. Pomoc przyszła po godzinie, co było spektakularnym sukcesem i dowodem efektywności social mediów.

Na fali entuzjazmu Nikki Usher, specjalistka w dziedzinie z Uniwersytetu George’a Waszyngtona komentowała: „To jedna z pierwszych katastrof, gdzie widać było na masową skalę pomoc i ratunek za pośrednictwem mediów społecznościowych (…) W mediach społecznościowych widzieliśmy obrazy, które były poza zasięgiem tradycyjnych mediów”.

Trudno nawet największym mediom i najodważniejszym reporterom rywalizować z tysiącami nadawców, którzy są już na miejscu, mają smartfony w dłoni i działające łącze internetowe. Stawiałoby to media na całkowicie przegranej pozycji, gdyby nie pewne „ale”. Serwis BuzzFeed News opracował po wszystkim listę fałszywych, mylących lub wręcz oszukańczych wiadomości, które zostały udostępnione w mediach społecznościowych w trakcie, gdy szalał Harvey i powódź. Poza tym, jak zwróciła uwagę policja, fotografowanie własnego domu z podaniem adresu wraz z informacją, kiedy nas w nim nie będzie, to nie najlepszy pomysł.

Pomimo więc wielkich możliwości jakie dają media społecznościowe, okazuje się, że pewne stare i może już trochę niemodne przyzwyczajenia profesjonalistów medialnych, takie, jak sprawdzanie informacji przed publikacją, znajomość i ochrona praw bohaterów materiałów, odpowiedzialność społeczna, wciąż mogą się przydać

Media i uczucia

Odruchowa i chyba słuszna odpowiedź dziennikarzy na tę nową rzeczywistość social media jest taka, że wystarczy konkurować jakością a ona sama się obroni. Rzecz w tym, że jak już pięć lat temu podawała amerykańska instytucja badawcza Pew Research Center w swoim raporcie pt. „State of the News Media”, ilość i jakość informacji podawanych przez tradycyjnie rozumiane środki masowego przekazu maleje. A przyczyn tego zjawiska analitycy upatrywali w ogólnym zjawisku „zwijania się” przemysłu medialnego. 

Niektórzy uważają, że rzeczywistość mediów internetowych już zlała się z tradycyjnymi środkami przekazu i to jest dla tych ostatnich korzystne. José van Dijck, profesor medioznawstwa na Uniwersytecie Amsterdamskim w swojej książce „The Culture of Connectivity: A Critical History of Social Media”, twierdzi, że pluralistyczne i rozproszone w swojej pierwotnej fazie media społecznościowe przekształciły się w świat  zdominowany przez kilku głównych graczy (Facebook, Google i Twitter), którzy mają przemożny wpływ na to co „odbierają” użytkownicy. Robią to za pomocą algorytmów sterowanych z jednej strony potrzebami reklamodawców, z drugiej - preferencjami użytkowników.

Autor jest zdania, że media społecznościowe, składające się początkowo niemal wyłącznie z treści generowanych przez użytkowników, obecnie zdominowane są już przez treści generowane profesjonalnie przez największych producentów marek i korporacje zarządzające środkami masowego przekazu. Jak argumentuje profesor van Daijk, koncepcja, że media społecznościowe są alternatywą dla środków masowego przekazu, a nawet są całkiem odrębnymi mediami, nie odpowiada już rzeczywistości.

Praktyczne doświadczenia dziennikarzy z Twittera i Facebooka raczej nie potwierdzają tez Holendra. Jeśli media nawet „zlały się” z kanałami społecznościowymi, to trudno mieć wrażenie dominacji. Charakterystycznym przykładem może być informacja o śmierci Arethy Franklin. Czy w wielkiej fali publikacji, która po tym smutnym wydarzeniu rozlała się po Twitterze, dominowały dobrze, profesjonalnie przygotowane nekrologi i wspominki z „mainstreamowych” mediów? Ależ skąd. Najszerzej udostępniane były emocje, impresje i osobiste wspomnienia zwykłych użytkowników. Duże media stały w najlepszym wypadku w tym samym szeregu. Nikt nie potrzebował ich materiałów o artystce bardziej niż uczuć zwykłych ludzi.

Nie odziedziczony kapitał

Prawda o mediach społecznościowych może być jeszcze bardziej brutalna. Tak przynajmniej wynika z ocen Dereka Hrynyshyna, autora opublikowanej w ubiegłym roku książki  „The Limits of the Digital Revolution: How Mass Media Culture Endures in a Social Media World”. Twierdzi on m.in., że z punktu widzenia reklamodawców, czyli w efekcie właścicieli i zarządzających platformami social media, to nie „kontent” tworzony przez użytkowników (czyli również dziennikarzy) jest wartościowy, lecz sieć relacji, które serwisy te budują.

Wynikałoby z tego, że nie jakościowe treści, które były i wciąż są atutem mediów i dziennikarzy, lecz coś co nazywa się „społecznościowym kapitałem” ma prawdziwe znaczenie na Facebooku czy Twitterze. Wielki społecznościowy kapitał w tym sensie ma Kim Kardashian, obdarzona dużą pupą, a nie ma go doświadczony publicysta obdarzony wielką wiedzą i talentem.

Rzecz w tym, że ów kapitał nie jest w mediach społecznościowych dziedziczony po medialnych przodkach, albo dziedziczony w bardzo ograniczonym zakresie. Jeśli tradycyjnym środkom przekazu i ich pracownikom na tym „społeczościowym kapitale” w ogóle zależy, a logika dziejów wskazywałaby, że powinno zależeć, to trzeba go na nowo zdobyć.

Profesjonaliści środków masowego przekazu niekoniecznie są w tej walce bez szans. Pamiętajmy, że „millenials” jest zmęczony i skołowany zalewem fake newsów, że sprawdza wszystko w smartfonie. Rzetelne, dokładne, zweryfikowane i apolityczne informacje nigdy i nigdzie nie przestały być cenione. Również w mediach społecznościowych

Mirosław Usidus

Od redakcji: Tym tekstem Mirosław Usidus rozpoczyna stałą współpracę z portalem SDP.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl