Kiedyś na kolaudacji usłyszałem, że zrobić dobry reportaż telewizyjny to wysiłek intelektualny, taki jak napisanie pracy magisterskiej. Potwierdzam, tak jest. Ale za tą ogromną pracą idzie najczęściej ogromna satysfakcja.

   Radzyń Chełmiński, rynek miasta. Awantura, krzyki i przepychanka pomiędzy radnymi i tłumem ludzi. Zbuntowani mieszkańcy miateczka pełni emocji opowiadają do naszej kamery o nadużyciach miejscowej kliki. Spośród 18-tu miejscowych radnych 12-tu to jedna rodzina. Ludzie opowiadają, że w niczym sycylijskim miasteczkiem Radzyniem rządzi rodzinny klan. W tej stylistyce utrzymany jest reportaż pt. „Referendum w Radzyniu czyli awantura o makaron”.  Skąd makaron w tytule ? Jeden z „radnych-mafiozów” to właściciel fabryki makaronów. Rozdaje mieszkańcom makaron i żąda by w zamian ci nie szli na referendum w sprawie odwołania radnych.    

   Połowa lat 90. Zanim powstał reportaż „Referendum w Radzyniu” pracowałem w newsach w lokalnej, publicznej telewizji w Bydgoszczy. News żył dzień, najwyżej dwa. Pośpiech, pęd był jakoś wbrew mojej naturze. Lubię analizę, refleksję nad wydarzeniem, nad ludzkim postępowaniem. A to wbrew temu czym news jest. Moje propozycje, aby niektóre newsowe tematy zamienić w reportaże znalazło wsparcie u świętej pamięci Ryszard Nakoniecznego, ówczesnego dyrektora programowego TVP Bydgoszcz. Dziś pewnie te pierwsze produkcje trudno nazwać reportażami. W tym czasie stacja ledwo raczkowała - bardzo młoda załoga, żadnej twórczej tradycji, nikogo od kogo można by się uczyć sztuki reportażu telewizyjnego. I kiedy zupełnie niespodziewanie 23 lata temu za  reportaż „Referendum w Radzyniu” otrzymałem nagrodę od Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich - zawodowy świat stanął przede mną otworem. Legendarna reportażystka - Blanka Danilewicz, szefowa działu reportażu i jednocześnie „Ekspresu Reporterów” w TVP 2 zaprosiła mnie do współpracy. Tak trafiłem na warszawskie kolaudacje programowe, które tak naprawdę były mistrzowskimi warsztatami. Miejscem nauki zawodu reportażysty telewizyjnego. Wspomniana Blanka Danilewicz, prof. Michał Bogusławski, Stanisław Kostrzewa, Leszek Ciechoński, starsi koledzy i koleżanki redakcyjne - to od nich czerpałem wiedzę czym telewizyjny reportaż jest i jak go robić.

Dokumentacja ponad wszystko.

   Kiedy już znajdę temat na reportaż, albo temat sam mnie znajdzie - ktoś zadzwoni, napisze - to najpierw oceniam czy temat nadaje się do opowiedzenia obrazem. Bywa, że świetny temat nadaje się wyłącznie na reportaż pisany, bo nikt nic przed kamerą  powiedzieć nie chce, bo cały obrazek to tylko plik dokumentów np. jakiejś sprawy urzędowej. Telewizyjnie totalna nuda, wiec odpada.  Kolejny etapem jest dokumentacja. Ustalenie, czy prawda jest prawdziwa. A dokładniej weryfikacja, czy sprawa rzeczywiście wygląda tak, jak nam się mieni lub jest przedstawiana. Badam  dokumenty, przeglądam internet, sprawdzam przepisy,  rozmawiam z wieloma osobami. Czasami jeszcze przed nagraniami sprawdzam na miejscu jak rzeczy się mają. A z tym bywa różnie. Często emocje potencjalnych bohaterów sprawiają, że widzą fakty i innych ludzi po swojemu, albo wprost chcą coś ugrać dla siebie, manipulują. Im solidniej wykonana dokumentacja, im wiecej energii w nią włożę, tym lepszy efekt końcowy. To sposób na unikniecie reportażowych wpadek. Pamiętam do dziś, jak przed laty pokrzywdzony człowiek zgłosił sprawę wyłudzenia pieniędzy w zamian za obietnicę pracy. Prosił, wręcz błagał, abym podjął się realizacji reportażu, pomógł. Kiedy z ekipą byliśmy już prawie pod jego domem nie odbierał telefonów. Wysłał tylko sms, że się rozmyślił. Jechaliśmy do niego zimą, kilkaset kilometrów. Bolało. Do dyscypliny dokumentacyjnej zmusza więc telewizyjna specyfika. Wyjazd z ekipą kosztuje i to nie mało. Temat nie wyjdzie - płacisz z własnej kieszeni.

Państwowe telewizja, państwowe twarze

   Kiedy zaczynałem pracę kilka lat po upadku PRL-u ludzie bardzo chętnie występowali przed kamerą. Nawet jak na ulicy robiłem zwykłą sondę to sami z siebie podchodzili i odpowiadali na pytania. Zupełnie nikt nie miał pretensji, że jest filmowany w miejscu publicznym. Może dlatego, że kiedyś wszystko było państwowe, więc i telewizja, i każda twarz też była państwowa. A może po prostu ludzie byli bardziej sobie życzliwi. Teraz wszystko stanęło na głowie. Kiedy pojawiamy się na ulicy z kamerą, podchodzą do nas osoby, które nie są filmowane i co absurdalne robią awanturę, że nie życzą sobie, aby je filmować. Na nic zdają się tłumaczenia, że monitoring uliczny filmuje ich cały czas, a do monitorująch jakoś z pretensjami nie idą. Albo też są ludzie, którzy chcą pieniędzy za sfilmowanie, a my przecież ich nie filmujemy. Inni grożą sądem. Z bohaterami reportaży jest inaczej, wcześniej wiedzą , że będą filmowani, oswajają się z tą myślą. Cierpliwie słucham i nagrywam wszystko. Tylko tak można wydobyć prawdę.  

Władza reaguje albo się ukrywa

   Spała. Myśliwi urządzają pokot i festyn. Na swoje święto zapraszają okolicznych mieszkańców. Na centralnym placu miejscowości leży ponad setka martwych zwierząt. Zabite zające, kuropatwy, dziki. Sarny, jelenie i łosie mają poderżniete gardła. Niektóre wciąż patrzą przerażonymi oczyma. Ślady krwii są wszędzie. Między zwierzętami chodzą rodzice z małymi dziećmi, niektóre z przerażenia płaczą. Myśliwi bawią się, nagradzają, świętują, nie widzą nic niestosowenego w publicznym eksposnowaniu pokotu dzieciom. Rzecznik Polskiego Związku Łowieckiego mówi nam do kamery, że śmierć nie może być tabu, że dzieci trzeba z nią oswajać jak najwcześniej.

   Reportaż wywołał falę oburzenia. Sejm na wniosek organizacji prozwierzęcych w ekspresowym tempie wprowadza zmiany w prawie łowieckim. Odtąd dzieci i osoby nieletnie nie mogą już brać udziału w polowaniach i w pokocie. W takich chwilach można poczuć siłę rażenia telewizyjnego medium. Są jednak też chwile, kiedy biję głową w mur, jak w przypadku dyrektorki jednej ze szkół na Śląsku. Mobbing, wyzwiska i poniżanie nauczycieli i uczniów,  są twarde dowody w postaci nagrań.  Wojna z radą rodziców. Dowiedzione malwersacje finansowe. Takie zarzuty dyrektorce stawiają nauczyciele i rodzice. Pikietują, ogłaszają pogotowie strajkowe, bo miejscowy wójt, jako pracodawca dyrektorki, na nadużycia zupełnie nie reaguje. Proszą moją redakcję o interwencję. Zjawiam się w urzędzie miasta, w sekretariacie, kamera włączona, przede mną stoi burmistrz we własnej osobie i mówi, że on nie jest burmistrzem, ucieka i zatrzaskuje drzwi gabinetu. Bezsilność. Dyrektorka zostaje odwołana dopiero po trzech miesiącach, po decyzji kuratorium oświaty. Burmistrz broni jej do końca.           

Reportażyści „naprawiają świat”    

   Znalezienie i wyselekcjonowanie tematu, dokumentacja, weryfikacja faktów, plan realizacji nagrań i pomysł na reportażowe, najlepiej orginalne opowiedzenie historii, tak, by nie powstała niestrawna nuda. Bohater jednostkowy czy lepiej zbiorowy? A w tym wszystkim - co najważniejsze - wyłuskanie prospołecznego celu, w jakim reportaż jest robiony. Wtedy też, na którejś z kolaudacji usłyszałem, że zrobić dobry reprortaż telewizyjny to wysiłek intelektualny taki jak napisanie pracy magisterskiej. Potwierdzam, tak jest. Ale za tą ogromną pracą idzie najcześciej ogromna satysfakcja. Satysfakcja, jakiej nie dają inne dziennikarskie gatunki. Satysfakcja, że naprawiamy otaczający świat, bo reportaż śledczy demaskuje, ujawnia, napiętnuje patologie. Obyczjowy daje namysł, przestrogę, mądrość. Portretujący opowiada jakąś ważną prawdę o życiu. Interwencyjny jest pomocą w rozwiąząniu jakiejś ważnej indywidualnej sprawy.

   W niewielkiej wsi koło Ciechanowa gospodarstwo rolne po starszych rodzicach przejmuje pan Krzysztof. Od dziecka kocha pracę na wsi, w szkole zwycięża w ogólnopolskich konkursach wiedzy o rolnictwie. Z ogromnym zapałem i pasją zabiera się do modernizacji rodzinnego gospodarstwa. Otrzymuje kilkusettysięczną dotację na rozbudowę obory. Ma na to 5 lat. Opuszczone siedlisko graniczące z jego gospodarstwem kupuje oficer policji z Warszawy. Policjant chce na wsi wypoczywać. W sielance przeszkadzają mu muchy nadlatujące z rozbudowywanej obory. Oficer wynajmuje prawnika i skutecznie blokuje inwestycję, bo jako sąsiad ma prawo do odwołań, zaskarżeń, protestów. Rolnik jest załamny. Jeśli nie dotrzyma 5-letniego terminu wykonania inwestycji, będzie musiał zwrócić dotację. A to dla niego oznacza bankructwo. Szuka pomocy wszędzie, także u nas. Po naszej interwencji oficer wycofuje wszystkie swoje urzędowe zaskarżenia i o dziwo daje spokój rolnikowi. Wystarczyło, że w poincie listu jaki piszę do komendanta głównego policji padło pytanie:  „czy policjant powinien bać się much”?   Po wszystkim otrzymałem podziękowanie od rodziców pana Krzysztofa. Napisali, że ocaliłem im syna. Był tak zaszczuty, że zamierzał targnąć się na swoje życie.

   Dobry reportaż jest dobrym uczynkiem.

Andrzej Tomczak

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl