Znalezienie bohatera reportażu, chociaż nie zawsze bywa proste, jest dopiero początkiem fascynującej przygody pod tytułem „przygotowanie reportażu radiowego”. O ile nagranie materiału newsowego czy publicystycznego nie wymaga wchodzenia w głębsze relacje z osobą nagrywaną, o tyle reportaż wymusza pewien rodzaj bliskości. Reportażysta musi bowiem zdobyć zaufanie bohatera i przekonać go do przekazania nie tylko informacji, ale też emocji i różnych intymnych przemyśleń. Bez tego ani rusz.
Drugą stroną medalu są emocje reportażysty, od których nie można się odciąć. Kiedy pracuję nad tematami w rodzaju: choroba, śmierć, przemoc, bieda, długo myślę o moich bohaterach i rzeczach, które ich dotknęły. Zdarzyło się kilka razy, że kiedy słuchałam moich bohaterów, oni płakali, a ja razem z nimi. Tak było na przykład, kiedy nagrywałam reportaż o śmiertelnie chorym triathloniście. Damian to o osoba mocno dotknięta przez los, a jednocześnie – o ogromnej woli życia. Kiedy spotkałam się z nim i jego mamą, w pewnym momencie rozmowa zaczęła dotyczyć przyszłości. Wszyscy wiedzieliśmy, że życie dwudziestoparoletniego chłopaka skończy się – kiedy, nie wiadomo, ale na pewno zbyt wcześnie. Każde z nas miało wtedy łzy w oczach.
Praca nad formą oczywiście wymaga pewnego „odcięcia”, ale tylko na chwilę. Jest to naturalne, bo podczas montażu i realizacji słuchamy niektórych fragmentów po kilkadziesiąt razy, więc nie można ciągle przeżywać emocji tak samo. Są jednak takie opowieści moich bohaterów, które zawsze poruszają we mnie czułe struny, chociaż słowa, którymi opowiadają, znam na pamięć. Zrobiłam kiedyś reportaż o Ukrainkach pracujących w Polsce. Jedną z nich była Lesia. W wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności przez kilka lat przebywała w Polsce nielegalnie. W tym czasie nie widziała rodziny, bo nie mogła przekroczyć granicy, tymczasem w swoim kraju zostawiła dwoje dzieci. Wreszcie po kilku latach nadarzyła się okazja, żeby spotkała się z córką, która przyjechała do Polski na występ taneczny. Lesia usiadła na ławce w miejscowości, przez którą przejeżdżał autobus. Permanentnie zmęczona i niewyspana zasnęła w mgnieniu oka i o mały włos nie przegapiła autobusu córki. Obudziła się w momencie, kiedy już odjeżdżał z przystanku. Zerwała się z miejsca i zaczęła za nim biec. Kierowca na szczęście się zatrzymał. Z autobusu wysiadła jakaś obca osoba, nastoletnia dziewczyna, w której Lesia dopiero po dłuższej chwili rozpoznała córkę.
Czy wobec takiej opowieści można być obojętnym? Czy można się odciąć od emocji, które towarzyszą słuchaniu takich historii? Myślę, że nie, i wcale nie chcę się odcinać. Dzięki temu, że słucham moich bohaterów i odwiedzam ich w miejscach, w których mieszkają, przyglądam się ich życiu i czasem nawet w nim uczestniczę, wiem więcej o świecie i jestem bardziej wrażliwa na jego problemy. Nie żyję w bańce, jak niektórzy dziennikarze, którzy mieszkają w dużym, zamożnym mieście i nie znają rzeczywistości tzw. przeciętnego człowieka. Zdarzało mi się nagrywać reportaże w bogatych willach, modnie urządzonych mieszkaniach, ale też w melinach, czy na przykład… o północy, na parkingu pewnego supermarketu, gdzie mi i mojej bohaterce szukającej tam jedzenia przyglądały się ciekawskie szczury. Pamiętam też historię lekko upośledzonego chłopaka z domu dziecka. Matka porzuciła go w dzieciństwie. Nie trafił do adopcji ani do rodziny zastępczej, całe życie przeżył w placówce. Po ukończeniu osiemnastego roku życia musiał się usamodzielnić. Ostatecznie trafił z powrotem do matki-alkoholiczki. Żyją razem w brudnym, zrujnowanym mieszkaniu. Chłopak marzy o miłości – że pójdzie na randkę, spotka dziewczynę, która zostanie jego żoną. Jak na razie jednak trafia głównie na ludzi, którzy wykorzystują jego słabości i nieprzystosowanie do życia. Długo rozpamiętywałam spotkanie z nim.
Żeby ktoś opowiedział mi o swoich przeżyciach, przemyśleniach, żeby wpuścił mnie do domu i dobrze się przy mnie poczuł, musi mi zaufać. Nie udaję przed moimi bohaterami. Opowiadam o sobie, jeśli pytają, albo chcą słuchać. Staram się skrócić dystans. Jeśli zasady dobrego wychowania na to pozwalają, proponuję przejście na ty. Nie jestem wielką panią dziennikarką z dużego miasta, ale osobą, która chce porozmawiać i poznać historię drugiego człowieka. Przed pierwszym spotkaniem staram się spojrzeć na siebie oczami mojego bohatera, bo pamiętam błędy, jakie zdarzało mi się popełniać – na przykład zakładać markowe ubrania, drogie okulary, kiedy szłam do ludzi, których na takie rzeczy nie stać, którzy opowiadali mi o swojej biedzie. Kiedyś pojechałam w eleganckich butach na wieś, do bohatera, który żyje z gromadką dzieci w dwóch pokojach. Pokazywał mi swoje gospodarstwo, a ja brnęłam po jego podwórzu w błocie po kostki. Czułam się i wyglądałam idiotycznie, a mój rozmówca, zamiast opowiadać o sobie, ciągle przepraszał za bałagan na podwórku i moje zniszczone buty. Banalny drobiazg utrudnił porozumienie między nami i podkreślił różnice. Teraz staram się na to zwracać uwagę. Jeśli idę na spotkanie z bezdomnym, zakładam bluzę i dżinsy. Jeśli do starszych, dystyngowanych osób – sukienkę. To trochę stereotypowe myślenie, ale po pierwsze: lubimy ludzi podobnych do nas samych, a po drugie: znam moc tzw. efektu aureoli, opisywanego przez psychologów. Inaczej mówiąc, nie da się zrobić po raz drugi pierwszego, dobrego wrażenia. A skoro o psychologii mowa, to w pracy reportażystki bardzo przydaje mi się wiedza, którą zdobyłam na studiach. Zajęcia z psychologii ogólnej, społecznej i komunikacji dały mi solidne podstawy, umożliwiające porozumienie z drugim człowiekiem. To właśnie na studiach dowiedziałam się między innymi, co to znaczy słuchać aktywnie, jak zadawać pytania czy parafrazować to, co przed chwilą powiedział mój rozmówca. Wszystkie te techniki sprawiają, że osoba, z którą rozmawiam, ma poczucie, że jestem zainteresowana rozmową i że staram się dobrze zrozumieć, co ma na myśli.
To poczucie sprawia czasem, że moi bohaterowie traktują naszą relację jako wykraczającą poza nagrywanie reportażu. Prawdziwa przyjaźń bohatera i reportera jest możliwa, ale zdarza się dość rzadko. Czasami moi bohaterowie traktują mnie, jakbyśmy się zaprzyjaźnili, ale tak naprawdę ta relacja jest jednostronna. Oni mają poczucie, że świetnie nam się ze sobą rozmawia, chociaż w rzeczywistości nasze rozmowy to prawie ich monologi. Ludzie lubią mówić o sobie i jeśli jest ktoś, kto uważnie ich słucha, zazwyczaj czują do takiej osoby sympatię (to też dowiedzione naukowo!), a moja praca polega przecież na słuchaniu. Zdarza się jednak, że z bohaterem reportażu nadajemy na tych samych falach i wtedy faktycznie się zaprzyjaźniamy, zwłaszcza kiedy nagrywam długo (a nad niektórymi reportażami zdarzało mi się pracować wiele miesięcy). Sądzę jednak, że dopóki spotykamy się na nagrania, dobrze mieć do siebie trochę dystansu, bo jako dziennikarze odpowiadamy za to, co przedstawiamy słuchaczom, a przyjaźń i sympatia do bohatera nie mogą zastąpić lojalności wobec odbiorców i rzetelności.
Są też relacje trudne. Dla mnie taką relacją była znajomość z panią D., za którą poniekąd musiałam wziąć odpowiedzialność. Pani D. mieszkała w domku, który samodzielnie wybudowała w ogródku działkowym. Najpierw urzekła mnie jej pomysłowość. Kiedy przyprowadził mnie do niej mój znajomy, pani D. właśnie budowała prysznic. Jej dom był zbudowany z okien, drzwi i desek znalezionych na śmietnikach Warszawy, które pani D. zwoziła na działkę rowerem. W środku było ciepło, a przez wielkie szklane powierzchnie wpadało mnóstwo słońca. Pani D. hodowała kury, kozy i króliki – wszystko to zaledwie kilka kilometrów od najbardziej ruchliwych ulic w samym centrum miasta. Kiedy zaczęła opowiadać o sobie, okazało się, że jej historia jest bardzo poruszająca. Pani D. jest matką kilkorga dzieci. Opowiadała, że odebrano je jej, bo podobno była zbyt biedna, aby je wychowywać. Ona sama wyjechała pracować za granicę, ale została zmuszona wrócić do kraju. W Polsce nie miała się gdzie podziać. Przyjechała do Warszawy i odtąd wiedzie życie bezdomnej. Nie mogła się jednak pogodzić ze stratą rodziny. Kiedy odwiedziłam ją któregoś razu, okazało się, że buduje w domku piętrowe łóżka dla dzieci, które miały ją odwiedzić z okazji świąt. Niestety, nie przyjechały.
Po jakimś czasie okazało się, że pani D. jest ubezwłasnowolniona. To oznaczało, że nie mogłam opowiedzieć jej historii bez zgody jej opiekuna prawnego, czyli jednego z dorosłych już synów. Kiedy ją o tym poinformowałam, poprosiła mnie, żebym nie wspominała synowi, że opowiedziała mi ich rodzinną historię. A przecież to byłoby clou reportażu!
Po przemyśleniu wszystkich za i przeciw uznałam ostatecznie, że chociaż mam już wiele godzin nagrań, ten reportaż nie może powstać. Zdałam sobie sprawę, że pani D. najprawdopodobniej jest w konflikcie ze swoimi dziećmi, że nie wszystko co mi mówi, musi być prawdą, a poza tym, że opowiadanie tej historii mogłoby jej zaszkodzić w i tak już nienajlepszych relacjach z dziećmi.
Druga historia jest zupełnie inna. Nagrałam kiedyś opowieść polsko-niemieckiego dziennikarza, który przyjechał do Polski, tu spotkał miłość i wyleczył raka. Nie miałam pojęcia, jakie konsekwencje może mieć wyemitowanie tego reportażu. Okazało się bowiem, że wiele osób zarzucało potem mojemu bohaterowi, że nie może się zdecydować co do swojej tożsamości, że w rzeczywistości nie jest Polakiem, itd. Reportaż po emisji zniknął więc ze stron Polskiego Radia, żeby nie robić mu kłopotów. Zwyczajne, ludzkie bycie w porządku wobec człowieka, który mi zaufał, było dla mnie ważniejsze, niż fakt, że tego reportażu już nikt pewnie nigdy nie posłucha.
Opisane przeze mnie sytuacje mogą sprawiać wrażenie, że moja praca to nieustające źródło problemów, ale tak wcale nie jest. Praca w bliskich relacjach z ludźmi jest trudna, ale i fascynująca, a wszystko wynagradza moment, kiedy bohater, sam nieco zaskoczony, mówi: „jest pani pierwszą osobą, której o tym opowiedziałem”.
Olga Mickiewicz-Adamowicz
