Chyba tylko w Wielkiej Brytanii istnieje specjalizacja dziennikarska zwana a royal correspondent, „królewski korespondent”, czy raczej wysłannik, który śledzi na bieżąco aktualności z pałaców Buckingham, Windsor, Balmoral czy Sandringham.
Brytyjskie, a w istocie światowe tabloidy, wciąż przeżywa ostatni epizod serialu pt. The Royal Baby. Wiemy już, że mały przybysz – przełamując tradycję i odrzucając znane królewskie imiona Edward, James czy Artur - będzie miał na imię Archie ( Archibald). I że nie jest to jedyna manifestacja prywatnych upodobań jego rodziców. Właściwie przez cały okres ciąży Meghan Markle tabloidy umiejętnie podgrzewały atmosferę oraz – właśnie! – akcentowały wszystkie odstępstwa od tradycji. Toteż mały Archie nie przyszedł na świat w szpitalu St. Mary’s w londyńskiej dzielnicy Paddington, nie został zaprezentowany przez chwiejąca się na nogach położnicę w kilka godzin po porodzie, tylko książę Harry pojawił się na progu nowej rezydencji młodych Frogmore Cottage i – już zgodnie z wieloletnim zwyczajem - oznajmił, że jego żona Meghan urodziła syna, że została powiadomiona królowa i reszta rodziny, i że wszyscy są „incredibly delighted” czyli „niewiarygodnie zachwyceni”. Przy czym księżna Sussex urodziła w innym szpitalu, tym samym w którym przyszły na świat dzieci Victorii i Davida Beckhamów, czyli bardzo luksusowym i kosztownym, i doprawdy trudno powiedzieć, co to za różnica, prócz oczywiście hasła „zrywania z tradycją”. Następnie w tabloidach pojawiły się zdjęcia z oficjalnej foto – sesji, Elżbieta II i książę Edynburga oraz dumni rodzice prezentujący ostatni dodatek do rodziny.
I wtedy światowe „czerwoniaki” zalała lawina rewolucyjnych planów Meghan Markle, dotyczących macierzyństwa. A to, że będzie publicznie karmić niemowlaka piersią, obalając anachroniczny zwyczaj, aby robić to za zamkniętymi drzwiami. A to znowu, że wyprawiła baby shower, czyli spotkanie z przyjaciółkami, które przybywają z okolicznościowymi prezentami, za 1.5 mln dolarów. Brytyjskie tabloidy kręciły nosem, że „to amerykański zwyczaj” i że wydano „niepotrzebnie mnóstwo pieniędzy”. A ostatnio poinformowały, iż książę Harry „znów skupił się na swoich „królewskich obowiązkach”, które – trzeba przyznać - traktuje bardzo serio. Ciekawe może być to, że polskie popołudniówki i plotkarskie portale jak Pudelek, wciąż pokazują kolejne odcinki psychologicznej sagi „Meghan Markle – królewska rebeliantka” i opowiadają o jej rzekomych zatargach z Elżbietą II czy „jej rywalką o serce królowej i względy światowych mediów”, szwagierką Kate Middleton. A także o tym, że służba nadała Meghan przydomek „Trudna” oraz że wszystko wskazuje, iż „o niczym tak nie marzy, jak o tym by zostać The Icon Mum i inspirować inne matki do „przełamywania konwencji”.
Tak twierdzą polskie tabloidy, ale że z Londynu wszystko wygląda inaczej niż z Warszawy, spieszę poinformować, iż przynajmniej połowa z newsów o zatargach MM z Elżbietą II i KM jest fikcją, i jeśli dochodzi do nieporozumień czy lapsusów, jest to skutek zderzenia kulturowego. Oto Amerykanka z bardzo niskiej klasy średniej, z rozbitego środowiska rodzinnego, aktorka telewizyjna, a więc człowiek z show businessu. A z drugiej strony – Brytyjczycy, ze swoją powściągliwością zachowań i królewski protokół, liczący sobie kilkaset lat. Przecież nawet tzw. dress code, sposób ubierania się obu stron jest radykalnie odmienny, nie mówiąc już o przeszłych doświadczeniach rodzinnych i biznesowych! Czyli, jak dotąd, księżna Sussex radzi sobie wcale nieżle – z ogromnym wsparciem męża, który dobrze pamięta opowieści swojej matki, lady Diany Spencer, o jej osamotnieniu na królewskim dworze.
Lecz dawno minęły czasy, kiedy zdarzeniami z kręgu The Royal Family zajmowały się wyłącznie tabloidy: konserwatywne „Daily Mail” i „Sun” czy lewicowe „czerwoniaki” z grupy „The Mirror Newspapers”. Z których pierwsze wspierają monarchię, a drugie, wręcz przeciwnie, wściekle ją zwalczają. Dziś - zwłaszcza po tragicznej historii z lady Dianą w roli głównej, a potem mocnym wejściu na scenę medialną najmłodszej generacji, książąt Williama i Harry’ego oraz dzieci księżniczki Anny i książąt Andrzeja i Edwarda, nie mówiąc o wzorowo przeprowadzonym Diamentowym Jubileuszu - nastąpił istny renesans zainteresowania rodziną królewską. A przyczyniły się do tego nie tylko tabloidy. Mniej więcej 30 lat temu na rynek medialny wszedł może nie nowy, za to na masową skalę, segment pism dla kobiet. Oczywiście, w XIX wieku były takie magazyny - jak amerykańskie „Good Housekeeper”, „Ladies’ Home Journal” czy „Cosmopolitan” - ale dziś zalały one półki światowych kiosków i supermarketów! W tej chwili mamy prasę kobiecą na masową skalę – nakład 3 – 4,5 mln, aż trudno uwierzyć, że ktoś to wszystko kupuje i czyta! Na Wyspach creme de la creme w tej konkurencji, to oczywiście brytyjska wersja amerykańskiego „Hello!”, zawierająca ekskluzywne wywiady, reportaże, informacje z terenu rodziny królewskiej, traktowanej zresztą z pełną rewerencją. Wspaniały papier, druk, atrakcyjne łamanie, słowem magazyn z najwyższych sfer towarzyskich. Potem jest „OK.!”, a jeszcze niżej, a tak, bauerowskie piśmidła typu „Take a break!” i jemu podobne. Wszystkie one komentują, każde na swój sposób, newsy z życia najbardziej znanej rodziny w kraju. No i chyba tylko w Wielkiej Brytanii istnieje specjalizacja dziennikarska zwana a royal correspondent, „królewski korespondent”, czy raczej wysłannik, który śledzi na bieżąco aktualności z pałaców Buckingham, Windsor, Balmoral czy Sandringham. Najbardziej znani, to Penny Junor, Jennie Bond i Nicholas Witchell, który uchodzą za najlepszych znawców przedmiotu.
I kolejny rozdział tej historii – rynek prasowy a rodzina królewska - the national. Są to poważne dzienniki krajowe jak „The Times”, „Daily Telegraph”, czytywany codziennie przez Elżbietę II, „Financial Times”, „Guardian” czy niedzielna gazeta „The Observer”. Otóż jeszcze 20 – 30 lat temu w tych szanowanych dziennikach newsy z The Royal Household pojawiały się głównie z okazji takich zdarzeń jak śluby, chrzciny czy pogrzeby, kolejne jubileusze panowania królowej czy kryzysy konstytucyjne. Kiedy np. w 2013 roku królowa holenderska Beatrix abdykowała na rzecz swojego syna, 45-letniego Wilhelma Aleksandra, na Wyspach w nationals rozpoczęły spekulacje nt. abdykacji 87-letniej wówczas Elżbiety II na rzecz 65-letniego następcy tronu. „Interesująca lektura dla księcia Karola” – żartował sobie wtedy „Daily Telegraph”. To właśnie wtedy królowa zapowiedziała, że nie zamierza abdykować, bo „monarcha, to rola i odpowiedzialność na całe życie”. A biografka królewska Sally Bedel Smith wsparła ją lojalnie: „Nawet jeśli Elżbieta II byłaby terminalnie chora lub cierpiała na Alzheimera, powinna pozostać na tronie z Karolem jako rodzajem regenta / a substitute monarch/”.
Zmierzam jednak do tego, że dziś nawet te nationals rozluźniły zasady i etykietę, i zamieszczają na swoich łamach wiele faktów mniej znaczących dla monarchii, czasem na granicy – być może lepiej sprawdzonych niż w tabloidach – jednak ploteczek. Podróże służbowe księcia Walii i Camilli do Kanady lub pary książę Harry z Meghan na Wyspy Fidżi, należących do Wspólnoty Narodów. I oczywiście nie ma mowy o informacjach jak tarcia między księżną Cambridge i Sussex – są pewne granice prywatności, których poważne krajowe dzienniki nie przekraczają. Natomiast i w tym segmencie rynku prasowego także widać powiązania polityczne: pro – monarchistyczny „Times” i zwolennik republiki „Guardian”. Było to świetnie widać np. przy okazji Diamentowego Jubileuszu Elżbiety II czy kolejnych kryzysów rozwodowych jej dzieci. Np. pojawienie się w 1992 roku bestsellera Andrew Mortona „Diana: prawdziwa historia”, który wstrząsnął posadami monarchii i spowodował pierwszy rzut reform. Już w następnym roku królowa – choć na mocy specjalnej umowy z rządem nie musiała - zaczęła płacić podatek dochodowy i ograniczyła Listę Królewską, czyli członków rodziny, utrzymywanych z podatków obywateli, z 13 do 3. Pamiętam jak tabloid „Sun” skwitował to wtedy elegancko: „O dziesięć gęb mniej do wykarmienia”. A przy okazji – po 20 latach „stąpania po kruchym lodzie” oraz wielu mądrych i odważnych reformach, Elżbieta II, która dysponuje chyba najlepszym zespołem PR-owców w Wielkiej Brytanii, odzyskała sympatię społeczeństwa. Jej słupki popularności tuż, po świetnie zorganizowanym Diamentowym Jubileuszu, strzeliły w górę jak rakieta. Dziś ponad 70 proc. Brytyjczyków uważa, że „bez monarchii Zjednoczone Królestwo byłoby gorszym miejscem do życia”, a notowania republikanów spadły do 13 proc..
We wszystkich tych dobrych i złych dla monarchii czasach dużą rolę odegrały brytyjskie tabloidy, zwłaszcza konserwatywne. Inne, lewicowe z grupy „Mirror”, nadal wściekle zwalczają monarchię i mają nadzieję, że tuż po śmierci Elżbiety II monarchia rozsypie się jak house of cards. Nie bez powodu. Bo kiedy ciesząca się zasłużenie sympatią i szacunkiem królowa – odpukać – zamknie oczy i na tron wstąpi mało popularny książę Walii, przyszłość Zjednoczonego Królestwa i Commonwealthu nie jest oczywista. Tak czy inaczej, dla brytyjskich tabloidów zawsze jest oraz będzie czas żniw.
Elżbieta Królikowska-Avis
