Ukazały się kolejne numery znanych pism medioznawczych: „Studia Medioznawcze”, nr 3 (54)/2013 i „Nowe Media”, nr 5 (3), 2013. Na rynku pojawiła się również interesująca gazeta na tablety. Zestawienie tych publikacji unaocznia rozproszenie zainteresowań i różne podejścia do analizowanej rzeczywistości, przy jednocześnie odmiennym pojmowaniu rzeczywistości medialnej. W swojej recenzji skoncentruję na omówieniu wybranych artykułów, które bardziej niż inne przyciągnęły moją uwagę.

"Studia Medioznawcze"

W „Studiach Medioznawczych” będą to artykuły Kazimierza Wolnego-Zmorzyńskiego i Andrzeja Kozieła „Genologia dziennikarska” oraz Marii Łoszewskiej-Ołowskiej i Joanny Szylko-Kwas „Gatunek dziennikarski a cywilnoprawna odpowiedzialność dziennikarza za naruszenie czci”.

Pierwszy jest systematyzacją wiedzy na temat badań nad gatunkami dziennikarskimi w Polsce. Autorzy zajmują się pochodzeniem i wyjaśnieniem terminu „genologia”, wskazują na starożytne źródła, przypominają dzieje klasyfikacji gatunków literackich i dziennikarskich. Stwierdzają, że wyzwaniem dla współczesnych genologów stała się szybka ewolucja technologiczna zarówno samych mediów, jak i sposobów komunikowania. Klasyczny kanon gatunków dziennikarskich został zdominowany przez formy mieszane, hybrydowe. Współcześnie gatunki dziennikarskie definiuje się jako „zindywidualizowane struktury pełniące właściwe im tylko zadania w procesach komunikowania masowego. Składają się z elementów tworzywa, formy i treści, występują w sposób powtarzalny we wszystkich mediach”. Znaczenie tych elementów podkreślał prof. Andrzej Kozieł już we wcześniejszej pracy z 2004 roku („Gatunki dziennikarskie – rodowód, cechy, funkcje”). Struktury gatunkowe są swoistymi kodami komunikacyjnymi, dekodowanymi przez odbiorców, którzy są „w stanie prawidłowo odczytać sens przekazu i intencje nadawcy”. Można by jednak przy okazji tej frazy zapytać, czy tak się dzieje zawsze, i co się stanie, jeśli odbiorca nieprawidłowo rozkoduje przekaz, kto jest za to odpowiedzialny: „błąd gatunkowy”, nadawca, odbiorca? Wydaje mi się, że dziś takie „błędy odczytu” zdarzają się bardzo często i świadczą o braku świadomości genologicznej zarówno po stronie dziennikarzy, jak i po stronie odbiorców. To prawda, że – jak piszą autorzy – „wybór rodzaju, gatunku i jego odmiany podyktowany jest funkcją danego przekazu”, a jednak łączenie funkcji informacyjnych z publicystycznymi w obrębie jednego tekstu czasami jest rzeczywiście wynikiem niekompetencji, ale coraz częściej wypływa z celowego działania, a niekiedy wręcz z chęci zmanipulowania przekazu, a tym samym manipulowania odbiorcą. Sami autorzy przyznają, że często mamy do czynienia z synkretyzmem gatunkowym, mieszaniem cech konwencji poszczególnych rodzajów i odmian gatunkowych. Na zakończenie artykułu Wolny-Zmorzyński i Kozieł stawiają pytanie, czy w obszarze nauki o mediach powinna istnieć taka dziedzina jak genologia, i odpowiadają, że oczywiście tak, albowiem „wobec gwałtownego przyśpieszenia technologicznego teoretyczna refleksja gatunkowa staje się obecnie bardzo potrzebna”. Alternatywą jest postulat zacierania różnic międzygatunkowych, negacja tradycyjnych konwencji, „subiektywizm i błyskotliwość formy stawiając ponad dziennikarską rzetelność”. Nie sposób autorom nie przyznać racji, jednakże oczekiwałbym przykładów, potwierdzających ich tezy. Zdaję sobie sprawę, że artykuł ma charakter czysto teoretyczny, sądzę jednak, że wzbogacenie go o typologię najnowszych gatunków, które pojawiły się w internecie i zakorzenienie rozważań w rzeczywistości dziennikarskiej mogłoby tylko zwiększyć celność argumentów podniesionych przez autorów omawianego artykułu.

Maria Łoszewska-Ołowska i Joanna Szylko-Kwas z dużą pieczołowitością i zaangażowaniem podjęły trudny temat relacji pomiędzy gatunkiem dziennikarskim a odpowiedzialnością dziennikarza za naruszenie czci (dobrego imienia). Czy rzeczywiście istnieje korelacja tych dwóch elementów, to pytanie samo w sobie jest ciekawe, niezależnie od odpowiedzi jaka przynosi praktyka sądowa.

Autorki przypominają, że na dziennikarzach ciąży obowiązek nienaruszania dóbr osobistych i ich ochrony (art. 12 ust. 1 prawa prasowego). Oczywiście, aby móc go realizować, trzeba trafnie zidentyfikować te wartości i wiedzieć, jakiego rodzaju działania naruszają sferę prawnie chronioną. Sądy wymiennie używają pojęć czci z dobrym imieniem i dobrą sławą. W nauce – piszą autorki – przez dobre imię rozumie się zespół pozytywnych wyobrażeń o danej osobie w oczach innych. Sądy jako kryterium dla oceny tego, czy doszło do naruszenia owego dobrego imienia biorą pod uwagę, na ile sformułowany w publikacji zarzut mógł narazić daną osobę na utratę reputacji. Obiektywną miarą jest reakcja opinii publicznej, czyli konkretnie, sposób w jaki materiał prasowy mógł być zrozumiany przez odbiorców.

Okolicznością, która pozwala dziennikarzowi na uwolnienie się od zarzutu bezprawności czynu jest dozwolona prawem krytyka (art. 41 prawa prasowego zezwala na publikowanie ujemnych ocen), ponadto dziennikarz powinien dochować przy przeprowadzaniu krytyki szczególnej staranności i rzetelności (art. 12 prawa prasowego). Ale w praktyce trudno oddzielić sfery faktów od sfery ocen. Istotnym elementem – piszą autorki – konstytuującym dopuszczalność krytycznych ocen jest to, by miały one wsparcie w zaprezentowanym materiale faktograficznym. Weryfikacja materiału faktograficznego będzie rzutować na rozstrzygnięcia dotyczące dopuszczalności ocen. Krytyka jest więc rzetelna i rzeczowa, jeżeli zostaną dotrzymane takie m.in. warunki, jak: jest oparta na faktach; fakty są prawdziwe, a oceny adekwatne do nich; nastąpił kontakt z drugą stroną, zwłaszcza jeśli źródło informacji jest stroną w sprawie; wypowiedź dotyczy spornej kwestii, a nie jest motywowana chęcią poniżenia osoby reprezentującej krytykowany pogląd.

Ważne jest, by pamiętać również wnioski negatywne czyli to, kiedy krytyka nie spełnia kryterium rzetelności i rzeczowości. Zdaniem autorek, dzieje się to wtedy, gdy: relacja jest nieprawdziwa; cudze poglądy i wypowiedzi są relacjonowane niezgodnie z intencjami osób wypowiadających się lub wypaczają ich sens; jeśli źródła dobrane są w sposób tendencyjny; kiedy wywiad jest sfingowany; zarzut jest sformułowany w sposób ukryty, wywoływany przez skojarzenia; przytoczone informacje, nawet jeśli są prawdziwe, opatrzone są ubliżającym lub ośmieszającym komentarzem; jeżeli ogólna wymowa materiału jest nieadekwatna do warstwy faktograficznej; i ostatni przypadek – gdy autor posługuje się obraźliwymi zwrotami lub krytyka jest subiektywnie złośliwa. Przytoczyłem tu niemal in extenso fragmenty artykułu, w którym autorki oparły swoje uwagi na sadowych orzeczeniach, zapadających w procesach przeciwko dziennikarzom.

Artykuł ten jest niewątpliwie cennym źródło wiedzy dla dziennikarzy, instruującym, jak uniknąć naruszenia prawa. Ważna jest też uwaga autorek, że nie wystarczy oddzielić informacje sprawdzone od niesprawdzonych, by zachować staranność i rzetelność. Dziennikarze powinni dążyć do przedstawienia prawdy, powinni realizować interes społeczny i zachować właściwą formę wypowiedzi.

Jak do zaprezentowanych wyżej okoliczności mają się gatunki dziennikarskie? Które spośród nich pozwalają na większą, a które na mniejszą krytykę? Jaka jest relacja pomiędzy wybranym gatunkiem dziennikarskim a możliwością naruszenia czci? By odpowiedzieć na to pytanie autorki przywołują klasyfikację gatunków prof. Bogdana Michalskiego na opisowo-informacyjne, oceniająco-recenzyjne (publicystyczne), polemiczno-dyskusyjne, prasowe formy literackie i satyryczne oraz sprawozdania sądowe. Pod uwagę, jako zasadne dla tej analizy, wzięły trzy pierwsze kategorie uzupełnione o gatunki fotograficzne.

Jeśli chodzi o gatunki informacyjne (pierwsza kategoria z w/w), to naruszenie czci będzie zminimalizowane, jeżeli zostaną zastosowane zasady takie jak: pięć podstawowych pytań informacji, odwrócona piramida, oddzielenie faktów od komentarza. Dobra informacja powinna być „prawdziwa, wierna, aktualna, zrozumiała, obrazowa, zwięzła, jednoznaczna i konkretna”. Naruszenie prawa następuje wtedy, gdy podamy nieprawdziwą informację, gdy nie dostosujemy się do zasady zwięzłości i jednoznaczności.

W odniesieniu do gatunków publicystycznych, zwłaszcza opisowo-recenzyjnych, trzeba pamiętać, że tutaj dziennikarz interpretuje wydarzenia, wyraża subiektywną ocenę. Gatunkiem, w którym łatwo naruszyć cudzą cześć jest felieton. Dopuszcza on bowiem m.in. stronniczość, swobodę językową, krytyczny osąd rzeczywistości. To może prowadzić – podkreślają autorki – do konfliktów. Podobnie dzieje się w recenzjach. Poza wymienionymi gatunkami Łoszewska-Ołowska i Szylko-Kwas analizują również w tym kontekście reportaż, talk-show, debatę, wywiad, artykuł dyskusyjny i polemiczny i gatunki fotograficzne, w których coraz częściej dochodzi do manipulacji fotografią.

Z analizy autorek wynika, że niskie ryzyko naruszenia czci pociągają za sobą relacja, notatka, sprawozdanie, wzmianka, artykuł publicystyczny, komentarz, reportaż fabularny, talk-show, debata, fotokronika i portret, a wysokie ryzyko: wiadomość, felieton, recenzja, reportaż problemowy, artykuł dyskusyjny, artykuł polemiczny, wywiad, polityczne talk-show, fotomontaż i fotoreportaż. Wnioski jakie wyprowadzają na podstawie analizy wyroków sądowych są następujące:

- orzecznictwo sądowe nie potwierdza, że gatunek jest jednym z kilku kryteriów branych pod uwagę przy ocenie naruszenia czci (ale według autorek ten fakt nie przesądza, że nie ma związku pomiędzy gatunkiem a naruszeniem wspomnianego dobra);

- po drugie, są takie gatunki, które powinny operować przede wszystkim faktami, a te powinny być prawdziwe, bo inaczej naruszone może być czyjeś dobre imię; są też gatunki, w których liczy się opinia i ocena. W tym wypadku ocena powinna powoływać się na fakty. Mogą zdarzać się również manipulacje, kiedy np. wywiad jest prowadzony pod z góry założoną tezę, a komentarz przekazywany jest jako wiadomość;

- satyryczny materiał oceniający niesie mniejsze ryzyko naruszenia prawa niż materiał zrealizowany w formie oceniającej, ale niemający charakteru satyry. Ale, z drugiej strony, nadawca musi zadbać, „aby odbiorca był zorientowany, że ma do czynienia z konwencja satyryczną i, po drugie, aby nie posłużył się takim środkiem wyrazu, który spowodowałby skrajnie naruszenia godności, czyli byłby treścią skrajnie znieważającą”.

Na zakończenie artykułu autorki stwierdzają, że „wiele przypadków naruszenia dobrego imienia jest efektem stosowania technik manipulacyjnych”. Niestety, w artykule zabrakło przykładów z dziennikarskiej praktyki. Autorki bowiem formułując swoje oceny opierały się na orzeczeniach sądowych, pomijając (z wyjątkiem dwóch czy trzech) przykłady rzeczywistej działalności dziennikarskiej, która naruszała prawo. Wskutek tego, dla dziennikarzy ten bardzo wartościowy ze względu na zagadnienia prawno-etyczne artykuł poglądowy będzie nieco abstrakcyjnym wykładem, jako że pozbawionym odniesień do konkretnych case studies, o jakich głośno w środowisku dziennikarskim. Mam na myśli takie sprawy, jak choćby Kuby Wojewódzkiego i Michała Figurskiego żenujące żarty z Ukrainek, spór Michnik vs Rymkiewicz, obraza papieża Jana Pawła II przez tygodnik NIE, proces wytoczony przez b. wiceministra obrony Romualda Szeremietiewa dziennikarzom śledczym Annie Marszałek i Bertoldowi Kittelowi, czy choćby ostatnie publikacje tygodnika „Wprost” o Fibaku, ministrze Nowaku, czy rzeczniku PiS Hofmanie, oraz rozpoczęty proces „primaaprilisowy” z powództwa premiera Tuska przeciwko tygodnikowi NIE. Oczywiście, zrozumiała jest dla mnie konwencja artykułu, opartego na analizie orzeczeń sądowych, prawa prasowego i gatunków dziennikarskich, ale niewątpliwie przywołanie konkretnych spraw dziennikarskich z pewnością ożywiłoby przynajmniej niektóre fragmenty teoretyczno-naukowych rozważań. Mimo to warto polecić ów artykuł w całości zarówno dziennikarzom, jak i prawnikom, medioznawcom oraz wszystkim adeptom profesji dziennikarskiej jako zbiór reguł, których należy przestrzegać, żeby nie wpaść w konflikt z prawem.

"Nowe Media"

W drugim z recenzowanych pism, „Nowych Mediach” Eryka Mistewicza, jak zwykle porcja różnorodnych artykułów o nowych technologiach, sieci, dziennikarstwie, PR i przyszłości mediów. A że wszystkiego omówić się nie da, to wybrałem kilka artykułów odnoszących się do zmian w mediach i do przyszłości dziennikarstwa.

Według Piotra Legutki, rządzić zaczyna szanowny Pan Czytelnik. Tekst odnosi się do „Manifestu XXI” Patricka de Saint-Exupery’ego i Laurenta Beccarii, opublikowanego w 4. numerze NM. Legutko twierdzi, że cyfrowy król jest nagi, i że tymi, które zarabiają nie są wcale media w internecie, lecz tradycyjna, papierowa prasa, która na nie „tyra”. Zdaniem autora model biznesowy stosowany dziś w mediach nie uwzględnia dziennikarstwa, i to jest największy błąd. Produkt został zepsuty, „ludzie zamiast brzydkiego, ale pełnokrwistego, bo redagowanego przez żywych ludzi dziennika, dostali sterylną, zhomogenizowaną i zautomatyzowaną gazetę, pełną plotek i informacji typu low cost. Energia wydawców skupia się na cięciu kosztów, a nam tak naprawdę – pisze Legutko - potrzeba powrotu do korzeni dziennikarstwa; „Czas wreszcie docenić czytelnika. Sz. P. czytelnik to nasza ostatnia deska ratunku”.

Autor wskazuje, że w Polsce dobrze prosperują tygodniki takie jak „Gość Niedzielny”, „Polityka”, „Do Rzeczy”, czy „wSieci”, zatem jest możliwa prasa, którą Saint-Exupery i Beccari nazywają postindustrialną. Warunkiem przewrotu i owego powrotu do korzeni jest uznanie, że prasa może być finansowana przez czytelników, a nie z reklam. Drugi warunek, jaki musi być spełniony, to „powrót wartości na papier i ekran”. I trzeci: „być poza grą władzy”. Bardzo ważne jest bowiem to, żeby prasa nie stawała się instrumentem władzy. Legutko jest optymistą, ale po co zarażać się pesymizmem i bez przerwy wieścić kryzys dziennikarstwa i epatować niewiarą w odrodzenie prasy papierowej? Być może zatriumfuje jednak inne rozwiązanie: współistnienie różnych modeli biznesowych i rodzajów prasy, zarówno czytelnikowskiej, jak i reklamowej, z podziałem na internetową i postinternetową? Dotychczasowy rozwój mediów wskazuje bowiem na to, że tradycyjne (czytaj: wcześniejsze) środki przekazu nie obumierają, lecz następuje ich remediacja, konwergencja i współistnienie w nowej, zmienionej technologicznie rzeczywistości.

O tym, że dziennikarstwo nie zatonie, ono się zmieni – przekonany jest Aron Pilhofer, szef działu nowych mediów w „The New York Times”. Jego zdaniem „zaczął się jeden z najlepszych momentów w historii dla dziennikarstwa”. Kłopoty ma skostniały model biznesowy, niesprawdzający się w nowych warunkach i trzeba wypracować nowy. Można zapytać, jaki to model? Pilhofer sugeruje w wywiadzie Jackiem Tacikiem, że chodzi m.in. o reklamy w internecie, płatne zapory (paywalls), subskrypcje. Według niego tradycyjna prasa kiedyś zniknie z rynku. Jest to opinia całkowicie przeciwna tej, którą przedstawił w swoim artykule Piotr Legutko. Myślę jednak, że rację ma Legutko, bo tak jak nie zniknęło kino w dobie video, a książka w epoce e-book, tak i prasa papierowa nadal będzie miała swoich zwolenników. Oczywiście, zmienia się dziennikarstwo. Dziś dziennikarz musi rozumieć narzędzia online. Dziennikarz nowej – pisze Pilhofer - ery musi „być nie tylko pomysłowy i otwarty na nowe rozwiązania, ale też przedsiębiorczy. Musi eksperymentować, szukać nowych rozwiązań i sposobów komunikacji ze swoimi odbiorcami: nie może obawiać się pracy na tabletach i smartfonach”. Musi też rozumieć biznesową stronę dziennikarstwa i specjalizować się w jakiejś dziedzinie. Co do dziennikarstwa obywatelskiego – twierdzi autor - to ono nie wyprze dziennikarstwa zawodowego, ale może być jego dopełnieniem.

Zgadzam się z wieloma tezami Arona Pilhofera, jednak jedna z nich zabrzmiała dość groźnie: dziennikarz musi rozumieć, że dziennikarstwo to biznes. Przykłady na całym świecie pokazują, że kiedy dziennikarstwo staje się wyłącznie biznesem, słupkiem, oglądalnością, targetem i kontentem, to przestaje być dziennikarstwem o coś walczącym poza wzrostem dochodów, przestaje być IV władzą, a staje się władzą w rękach polityków, korporacji, biznesu i reklamodawców. Ale, może źle zrozumiałem słowa jednego z szefów NYT, wszak jest to gazeta, która zawsze dbała o jakość.

I jeszcze jeden artykuł z „Nowych Mediów” – Eryka Mistewicza „Czas na media własne”. Autor pisze, że „tradycyjne media stają się niewydolne, przestają się sprawdzać jako pas transmisyjny komunikatów biznesowych, korporacyjnych, czy politycznych”. Dziś nie mamy wyjścia: nie mogąc liczyć na komunikację swoich celów przez stare albo nowe media musimy tworzyć media własne!

Własne media – pisze Mistewicz – są koniecznością; tylko media urzędowe, czy dziennikarstwo firmowe jest w stanie opisać cele strategiczne firmy, opowiedzieć jej historię. Konferencje prasowe, komunikaty, wrzutki PR, już nie wystarczają. Mistewicz jest pewien, że media firmowe, urzędowe, będą dla wielu dziennikarzy deską ratunku, by nadal mogli w nich uprawiać swój zawód. Tylko, pyta, czy nadal będzie to dziennikarstwo? Na pytanie nie odpowiada, ale z pewnością odpowiedź już zna. Moim zdaniem to nie będzie dziennikarstwo, lecz promocja reputacji, a prawdziwe dziennikarstwo przetrwa, być może w jakichś niszach, ale będzie nadal, jeżeli dziennikarze poważnie potraktują apel Mistewicza: twórzcie własne media!

"W Punkt"

I tak się stało w przypadku nowego pisma opinii „W Punkt” dostępnego wyłącznie na urządzenia mobilne (na iPady). Założył je Jakub Halcewicz-Pleskaczewski. Premiera odbyła się w maju tego roku. Dotychczas ukazały się dwa numery. Na stronie internetowej Magazynu można przeczytać, że:

„Magazyn „W PUNKT” ma odpowiadać na nowe trendy i potrzeby czytelnicze oraz tworzyć skuteczną formę przekazu dla jakościowego dziennikarstwa. Będzie promować wartości demokratyczne (wolność, równość, solidarność), bronić tematów istotnych, które giną w zalewie informacji, zwalczać stereotypy historyczne, kulturowe, polityczne, szerzyć wiedzę o przeszłości, a przede wszystkim koncentrować się na nowych zjawiskach społecznych”. Autorami Magazynu są m.in. Krzysztof Bobiński, Sebastiana Duda, Bartosz Ławski, Jarosław Marczuk, Anna Mateja i Maciej Okraszewski. Część zespołu stanowią byli redaktorzy „Gazety Wyborczej”, „Newsweeka”, „Bloomberg – Businessweek Polska” i „Tygodnika Powszechnego”.

W pierwszych dwóch numerach znalazły się interesujące artykuły m.in. o fiasku monitoringu Jarosława Marczuka, o prawach człowieka na świecie Krzysztofa Bobińskiego, przedruk fragmentów książki o Kaukazie Wojciecha Góreckiego, wywiad Wojciecha Załuski z socjologiem Tomaszem Żukowskim, oraz fragmenty analizy z raportu „Obywatele i wybory” Fundacji Batorego o JOW-ach, czyli jednomandatowych okręgach wyborczych.

W maju „W Punkt” miał ponad 3 tys. pobrań, co dawało mu 4. miejsce wśród nowych darmowych aplikacji na iPada. Ma również strony na FB i Twitterze. Wydawcą i redaktorem naczelnym pisma jest Jakub Halcewicz-Pleskaczewski.

 Przykład, które powyżej omówiłem jest jednym z twórczych zastosowań uwag o przyszłości prasy, przekazanych czytelnikom „Nowych Mediów” przez Piotra Legutkę, Arona Pilhofera i Eryka Mistewicza. To nic, że na razie świeżo zakładane pisma mają nie więcej niż kilka tysięcy czytelników (choć „Do Rzeczy” czy „wSieci” pozornie przeczą tej tezie). Ważne, że mają charakter obywatelski, zakładane są przez ludzi z pasją i są niezależne od władzy politycznej i reklamodawców.

Marek Palczewski

Autor jest adiunktem w Katedrze Dziennikarstwa SWPS w Warszawie

17-09-2013

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl