Moją uwagę przykuł dzisiaj artykuł opublikowany na portalu Gazeta.pl pod znamiennym tytułem ,, ,,Ekwadorski klub prześladowanych, czyli co łączy Assange'a z Cejrowskim". Jego autor Robert Stefanicki używa bardzo prostego, żeby nie powiedzieć prostackiego porównania Julliana Assange'a do Wojciecha Cejrowskiego. Obaj bowiem ci dżentelmeni zadeklarowali podobno chęć życia w tym kraju. Co prawda ja słyszałem, że Cejrowski wspominał o Kostaryce, a Assange dokonał wyboru z przymusu, a nie z miłości do ,,urokliwych wulkanów i parków narodowych", ale rozumiem o co autorowi chodzi. Ja też więc zabawię się w równie naciągany jak stare gacie na łysy czerep porównanie ,,co łączy Michała Tuska z Gazetą Wyborczą?", czyli jak dostać w Polsce robotę o której reszta może sobie pomarzyć? Otóż wystarczy być synem premiera. Proste jak drut i jasne jak błysk gamma.
W PRL-u, parapaństewku, które Tusk i Michnik - dwaj bojownicy styropianowego podziemia - zwalczali w imię wolności słowa, demokracji i walki z nepotyzmem partyjnym była taka zasada: jeżeli miano wyznaczyć ambasadora w jakimś egzotycznym i przytulnym państewku, a było dwóch wybitnych kandydatów do tej misji, to było niemal pewne, że ambasadorem zostanie kandydat trzeci - syn lub krewny Jaroszewicza. I tyle. Dzisiaj nasz faktyczny przywódca, jeden z największych oszustów wyborczych w historii Polski ( i chodzi tu o całe millenium, a nie za przeproszeniem tzw. III RP) wygłasza na oczach kamer najbardziej drwiący sobie z Polaków komentarz na jaki pozwolił sobie kiedykolwiek polityk w tym kraju: przecież gdybym chciał to załatwiłbym synowi o wiele lepszą posadę. Ot dobry wujek, łaskawca i batiuszka naszej strany.
Chwała mu! Dobry pan, mógł ukraść cały worek a napchał sobie jedynie chlebak!
Jego syn dostał ,,jedynie" (!) dwie posady jednocześnie za około 9000 zł netto. I to gdzie? W samej Gazecie Wyborczej stołecznego Trójmiasta - największej propagatorce pierduł o rynku pracownika pod rządami PO. Każdego dnia Dział Rekrutacji Agory proponuje na stronach własnej gazety przyjęcie nowych pracowników na staż dziennikarski. To oczywiście ich sprawa prywatna, nawet jeżeli udają, ze nie wiedzą np. o istnieniu giełdy dziennikarzy poszukujących pracy np. na portalu SDP. Wiadomo, o wiele lepiej zatrudnić młodych frajerów na trzymiesięczną umowę o staż, wmawiając im, że uczą się ,,strasznie trudnej sztuki dziennikarstwa" niż już ukształtowanych pismaków.
Młode wilki, czyli nadgorliwcy i jelenie wierzą, że otwiera im się szansa na stały etat, przystępują do zagorzałej pracy i jak kolega Stefanicki chcą się pokazać. Dowalają więc w swoich tekstach wszystkiemu co ... prawicowe, niezależnie czy chodzi o prawicę polityczną czy tą, za pomocą której piszą te swoje śmiałe artykuły lub się podcierają. Dobrze jest pokazać się przed samym Adasiem z chociaż jednym tekstem obsikującym Cejrowskiego, Korwina-Mikke, prezesa, Ziemkiewicza czy papę dyrektora.
To metoda oparta jest na morale ulubionego dowcipu Ronada Reagana o wolności słowa w USA i ZSRR: ,,Spotyka się Ruski i Amerykanin i porównują wolność słowa w swoich krajach. Amerykanin mówi: ja kiedy chcę mogę pójść pod Biały Dom i powiedzieć strażnikom, że polityka prezydenta USA jest błędna i prowadzi do tragedii wojennej. Na co Rusek odpowiada: U nas jest dokładnie taka sama wolność słowa - ja w każdej chwili mogę iść pod okna Kremla z wielkim transparentem, na którym będzie napisane, że polityka prezydenta USA jest błędna i prowadzi do tragedii wojennej".
Podobnie wyważona wolność słowa panuje w czołowym organie III RP. Młode, rzekomo agresywne, ale jednocześnie wykastrowane politycznie i z wybitymi kłami wilki dziennikarstwa piszą tak jak im zagra skrzypek na dachu. Oczywiście wspomniany gość z wyborczej może powiedzieć, że taka jest także moja publicystyka. Czyżby? Proszę sobie przejrzeć wpisy choćby na tym blogu. Zero pettingu politycznego. Kto nie wierzy niech sobie porówna wpisy ,,Gott mit PiS" i inne tekściki o PO i jej wodzusiu.
Ale wróćmy do kariery dziennikarskiej młodego Jaro... hmmm Tuska. W kraju o blisko 12-procentowym bezrobociu, gdzie przeciętny absolwent wydziału historii ląduje ze szczotką do mycia sracza w jakimś londyńskim hoteliku, pewien koleś bez trudu otrzymuje tuż po studiach całkiem dochodową posadę. Geniusz? Szczęściarz, który trafił szóstkę w lotka? Jakiś arystokrata o którym sobie przypomniała ciotka z Pałacu Buckingham? Nie! To Michał syn Donalda, też magistra historii - obecnie robiącego za wizjonera europejskiego!
Magister Michał Tusk dostaje na start posadkę za którą, jak powiada jego tatuś, może dostać niezły kredyt hipoteczny i spłacić sobie przytulne mieszkanko.
I co? Nie ma racji nasz prezydent Bronisław hrabia Maria Komorowski? Nie korzystamy z pełni wolności jak rzadko które pokolenie Polaków?
W sumie młody Tusk nie zaznawszy widoku pośredniaka od razu jest ustawiony jak mało który trzydziestolatek. Ale jego były kolega z redakcji - Robert Stefanicki bardziej niż na nepotyzmie ,,Jaroszewiczów III RP" skupia się na obrzuceniu kupą Cejrowskiego, który swoim talentem i uczciwą ciężką pracą dorobił się popularności i kasy. Pewnie, że to żaden wstyd pomagać swoim dzieciom. Nie mam nic przeciwko temu, żeby Donald Tusk kupił synowi za własne pieniądze chałupę, jacht, beemkę czy inny atrybut polskiej klasy poststyropianowej. Czyż jednak premier i jego rodzina nie powinni być jak żona Cezara - nieskazitelni?
Powiecie - O sancta simplicita!? Durny pan panie piszący jest czy z innej planety?
No cóż, wychodzę z naiwnego założenia zaszczepionego mi przez ewangelie, że w każdym można odnaleźć choćby ślad przyzwoitości. Nawet Stalin odmówił Niemcom zamiany swojego syna Jakowa Josefowicza Dżugaszwili na marszałka Friedriecha Wilhelma Ernsta Paulusa, argumentując to słynnym powiedzeniem, że ,,nie wymienia się marszałka na porucznika". A przecież Stalin raczej nie musiał się obawiać zmasowanej krytyki swoich mediów.
Zresztą porównywanie Stalina do Tuska, wielkiego zbrodniarza do fałszywego demokraty, budowniczego jednego z największych imperiów świata do partacza zadłużającego zadupie Europy na trzy kolejne pokolenia i faceta ze zbrodniczą wizją do człowieka o mentalności akwizytora dywanów bez najmniejszej wizji jest silnym nieporozumieniem. Zresztą mnie w tym wszystkim najmniej porusza postawa rodziny Tusków. Od pierwszej obietnicy rzuconej przez Donalda Tuska naiwnemu elektoratowi polskich pseudoitnelektualistów czułem, że mam do czynienia z hochsztaplerem politycznym najwyższej klasy - człowiekiem, dla którego ten system polityczny jest wprost stworzony.
Na swój sposób podziwiam wolną amerykankę Tuska, tą niezachwianą zdolność nachalnego wciskania ludziom kitu wyborczego z niezamąconym wzrokiem i zabawę z marnymi dziennikarzami na konferencjach prasowych. Jest w tym człowieku geniusz akwizycji kłamstwa. Naprawdę, Donald Tusk to niezwykle uzdolniony blagier.
A ci dziennikarze, którzy są wysyłani na konferencje prasowe do URM-u? Kim oni są? Przecież normalni reporterzy wbili by Tuska w polityczne błoto! A tu sami melepeci nie umiejący zadawać prostych pytań, które same w całej tej sprawie cisną się na usta!
Ale pomińmy już samego pana premiera, któremu życzę jak najszybszej dymisji. Mnie tak naprawdę obrzydzeniem napawa wyłącznie postawa szefostwa Gazety Wyborczej, która przez dwie dekady przedstawia się jako wpływowe medium, które jest niezaangażowane politycznie oraz nieskazitelne, fachowe i obiektywne źródło informacji. Tymczasem, wystarczyło nazwisko Tusk, żeby dostać pracę w Wyborczej i robić tam karierę pisząc wywiady z samym sobą (Czy był jakiś nadzór? Gdzie był naczelny, szef działu, sekretarz redakcji, koledzy?). O jakiej fachowości i obiektywizmie można mówić w przypadku syna premiera prowadzącego wywiady z samym sobą w imieniu firmy jakiegoś cwaniaka okradającego kilka tysięcy obywateli tego kraju?
Kilka lat temu sam złożyłem podanie o pracę w Agorze. Moje CV i doświadczenie publicystyczne mogło przyćmić piętnastu Michałów Tusków. Miałem już na koncie setki artykułów o tematyce międzynarodowej. Oczywiście pies z kulawą nogą z Agory do mnie się nie odezwał. I chwała Bogu, bo nie umiałbym sobie dzisiaj spojrzeć w lustro pisząc pod gust Adasia lub gdybym musiał żreć jajecznicę w Lotosie z Węglarczykiem.
Funkcje stałych komentatorów, mentorów, mądrali, autorytetów i publicystów w tej gazecie zajmuje pan Blumsztajn z panią Wielowieyską oraz niewielką liczbą ścisłego grona znajomych. Reszta to zmienna armia stażystów dmuchających w michnikowski żagiel, aby flagowy organ III RP płynął w jedynie słusznym kierunku. Dla mnie sprawa Michała Tuska to nie ,,sprawa ojca czy syna". Nie dziwi mnie, że ktoś skorzystał materialnie z wyjątkowej pozycji swojego starego. takich ludzi są dookoła nas miliony. Nepotyzm to bowiem drugie imię naszego kraju.
Ale dla mnie jest to jedynie kolejne, cholernie smutne potwierdzenie polityki rekrutacyjnej i informacyjnej podmiotów należących do spółki Agora. Ta firma jako źródło obiektywnej informacji jest dla mnie splamiona i uważam, że w obecnym kształcie stanowi największe zagrożenie dla wolnej polityki informacyjnej naszego kraju oraz walki z nepotyzmem, kolesiostwem i hucpą propagandową jednej partii.
