Normalnie to o tej porze roku mielibyśmy dość nudny sezon ogórkowy, ale dzięki moskiewskiemu embargu mamy aktywny sezon jabłkowy. W Polsce rosyjskiego prezydenta lubi chyba tylko Korwin – Mikke, więc nic dziwnego, że akcja „Jedz jabłka na złość Putinowi” stała się atrakcyjna niczym klimatyzacja.
Twitter i Facebook zapełniły się zdjęciami dziennikarzy żarłocznie pożerających embargowany owoc. „Wyborcza” pochwaliła się zakupem 666 kg polskich jabłek rozdawanych redaktorom, czytelnikom, a nawet przypadkowym przechodniom. Superstacja zaprojektowała nowe logo oczywiście z… jabłkiem, a w Newsweeku Magdalena Gessler zaproponowała kilka jabłkowych potraw. Inni pewnie też wypichcili coś w tym stylu. Jak już minęło pierwsze szaleństwo to redakcje bynajmniej nie otrzeźwiały (nic dziwnego przy takiej ilości spożytych jabłek) i kontynuowały temat dowodząc teraz, że akcja nie ma większych szans na skuteczność, bo tylu jabłek ile eksportowaliśmy do Rosji nie przejemy nigdy w życiu. Ta smutna konstatacja nie zmieniła jednak w niczym redaktorskiego zapału do wspólnej zabawy i kontynuowania tematu.
Tak to już z mediami jest. Jak się napędzą to nie są w stanie się zatrzymać aż zanudzone na śmierć redakcje oraz czytelnicy/widzowie/słuchacze padną na twarz. Przypomina mi to zdarzenie sprzed lat. Od swojej ówczesnej radiowej szefowej otrzymałem polecenie zaproszenia kogoś do rozmowy na temat spuścizny po JP II. Rzecz w tym, że papież choć był już w stanie bardzo ciężkim ciągle żył, a tymczasem my i inne polskie media już od tygodnia wałkowaliśmy temat „spuścizny”. Zaprotestowałem stwierdzając, że w tym uporczywym medialnym sępieniu na łóżkiem konającego udziału nie wezmę. Moja szefowa najpierw nie bardzo wiedziała o czym mówię, bo co złego w tym, że robimy to samo co wszyscy, a później bardzo kreatywnie zaproponowała polubowne rozwiązanie. Miałem zaprosić kogoś do rozmowy na temat tego dlaczego media z takim zapałem „sępią” nad łożem śmierci powszechnie lubianego w kraju człowieka.
Dzięki skłonności do stadności media są jak dzieci we mgle. Można je do woli wodzić za nos i jeszcze będą się cieszyć. Jan Komasa z wielką pompą zorganizował słynny pokaz swojego „Miasta 44” na Narodowym. Gdy już wszyscy odnotowali po wielokroć, że pokaz tuż tuż, a potem, że właśnie właśnie, a potem że co dopiero się skończył i film wypadł tak a tak, reżyser stwierdził, że jest zdumiony pojawieniem się recenzji, bo to nie jest ostateczna wersja, która pojawi się dopiero w połowie września. W ten sposób uzyskał reklamę przed premierą, która podobno nie była premierą, po premierze, która nie była premierą i zapewne przed i po premierze, która będzie premierą, a może nie będzie. Czekam z niecierpliwością na ostateczne raporty branżowych portali informujące ile (w przeliczeniu na złotówki) były, są i będą warte sprowokowane tym sposobem bezpłatne publikacje na temat filmu.
Media są jak dzieci we mgle, ale czasem są to dzieci sprytne. Program „Tak czy Nie” w Polsat News przeciętnie ogląda zaledwie 137 tys. widzów. Jednak gdy tylko rozeszła się wieść o słownym i fizycznym starciu Artura Zawiszy z Rafalalą w przeciągu trzech dni na samym You Tube najgorętszy fragment programu obejrzało 0,5 mln internautów, a całość dodatkowe 170 tys. Dodatkowo przed demonstracyjnym, acz niezdecydowanym wyjściu ze studia Zawisza zapowiedział pozew o odszkodowanie. To w powiązaniu z tempem pracy naszych sądów daje gwarancję, że co kilka miesięcy darmowa promocja „Tak czy Nie”, Rafalali i Artura Zawiszy w prasie, radiu telewizji i Internecie będzie powracać. Możliwe, że finał sprawy będzie tematem dnia sezonu ogórkowego 2015 lub nawet 2017, a to już nawet nie będzie promocja, ale cała kampania reklamowa.
Tak to już jest. Wszystko jedno co. Wszytko jedno jak. Wszystko jedno czy dowcipnie czy bez klasy. Byle się działo i dało przerobić na autopromocję.
