Zmarł Robin Williams. Aktor z niezwykłą charyzmą. Nie zapomnę nigdy sceny z filmu „Stowarzyszenie umarłych poetów” (grał w nim nauczyciela, Johna Keatinga), w której uczniowie oddają mu hołd, wchodząc na ławki i deklamując fragment jego ulubionego wiersza Walta Whitmana. To jedna z najwspanialszych w światowym kinie manifestacji buntu i wolności. Powinna być pokazywana wszystkim, którzy chcą w swoim życiu góry przenosić. Robin Williams w tym filmie zagrał wychowawcę, będącego symbolem mistrza, wzorem do naśladowania. Jego śmierć uzmysławia, że tacy ludzie jak on rodzą się rzadko.
Zazdroszczę tym, którzy w swoim życiu trafili na mistrzów. Zazdroszczę Tomkowi Zimochowi, który w rozmowie opublikowanej na tym portalu wymienił kilku swoich wielkich nauczycieli dziennikarstwa i złożył im wyrazy wdzięczności. Mnie, w młodości udało się spotkać zaledwie kilku wybitnych czy świetnych dziennikarzy: Ryszarda Kapuścińskiego, Krzysztofa Turowskiego, czy Andrzeja Turskiego. Ten ostatni zaopiekował się mną jako młodym praktykantem w Polskim Radiu. Niestety, te spotkania trwały zbyt krótko.
Pokolenie mistrzów odchodzi i nie widzę takich, którzy mogliby ich zastąpić. Dzisiaj są dziennikarscy celebryci, są też dziennikarze utalentowani, doświadczeni i z osiągnięciami, ale nie ma takich, o których wszyscy inni powiedzieliby: to są mistrzowie. Miałem szczęście, że moim promotorem naukowym był wybitny historyk średniowiecza, Profesor Aleksander Swieżawski. Niestety, ludzie jego pokroju - całe pokolenie dawnych mistrzów - nie należą już do świata żywych.
Zastanawiam się, czy młodzi ludzie potrzebują mistrzów. Czy czasem nie jest tak, że kiedy nakręcą pierwszy reportaż telewizyjny, nagrają pierwszą audycję radiową, napiszą pierwszy artykuł, to wydaje im się, że już wszystko potrafią? I czy dla nich mistrzem, który ich wychował, nie jest aby Internet – wszechwładny patron, o niemal boskich atrybutach? Wielu z nich prawdopodobnie nawet nie pomyśli o tym, że ktoś mógłby być dla nich takim mistrzem w starym stylu w epoce dewaluacji autorytetów. Znak czasu oznacza różnice pokoleniowe. Dla pokolenia moich rodziców, mistrz był kimś pożądanym, był autorytetem obecnym, i na uczelni, i w dziennikarstwie. Dla mojego pokolenia, mistrz stawał się kategorią odchodzącą do historii, choć nadal był kimś cenionym, pożądanym i poszukiwanym, natomiast w pokoleniu moich dzieci mistrz jest już kimś nieobecnym, kimś kogo się już nie szuka (?). Niekiedy wydaje się nawet, że to najmłodsze pokolenie nie ma już świadomości, że ktoś taki mógłby nauczyć ich zawodu i wskazać życiowe cele.
Mam jednak nadzieję, że się mylę, i że śmierć Robina Williamsa przypomni młodym ludziom, że potrzebują prawdziwych mistrzów, dla których wchodziliby na ławki i przenosili symboliczne góry, mówiąc „O kapitanie! Mój kapitanie!”.
Marek Palczewski
14 sierpnia 2014
P.S.
Robin Williams dobrze grał rolę nauczyciela na ekranie. W życiu mu nie wyszło...
