Z pozoru prof. Jana Hartmana i Rafała Ziemkiewicza dzieli wszystko poza niepohamowaną skłonnością do rozpoznawania bojem granic tego co można w Polsce opublikować przy akceptacji chociaż części opinii publicznej. Właśnie obaj panowie walnęli głową w mur, a publikujące ich felietony redakcje zareagowały w iście orwellowskim stylu dokonując „zniknięcia” ich tekstów.
Wydawałoby się, że i redakcja Polityki o Onetu powinny zdawać sobie sprawę z tego z kim współpracują. Jednak obie zareagowały jakby w od dawna znanych im i opinii publicznej autorach z dnia na dzień nastąpiła jakaś niespodziewana zmiana, a przecież nic takiego nie miało miejsca. Na tym kończą się podobieństwa, bo oba przypadki są jednak różne.
Hartman w swoim tekście zaproponował dyskusje na temat możliwości depenalizacji kazirodztwa. Tak właśnie. Nie legalizacji, jak to mu potem powszechnie przypisano, ale depenalizacji. To tak jak z prostytucją, której państwo polskie nie zalegalizowało i nie akceptuje, a jedynie zrezygnowało z jej penalizacji. Niestety media - nie tylko tabloidalne - nie dołożyły starań, by tę dość prostą różnicę opinii publicznej wyjaśnić. Nawet redakcja Polityki, na której stronie tekst się ukazał nie rozdarła rejtanowsko koszuli w obronie swojego autora dając do zrozumienia, że także na lewicy są granice intelektualnej brawury. Cóż więc się dziwić, że „Wprost” (jak to „Wprost”) wywalił na okładkę zdjęcie Hartmana z małoletnią na kolanach, co niektórym mogło wręcz sugerować, że profesor UJ dopuszcza legalizację pedofilii.
Cała sprawa jest nader poważna, bo zaowocowała zebraniem 18 tysięcy podpisów pod żądaniem usunięcia z Uniwersytetu Jagiellońskiego nadpobudliwego intelektualnie naukowca, który w lekkiej formie zaproponował poważną dyskusję nad jednym z głównych cywilizacyjnych tabu.
Przypadek Ziemkiewicza był „zabawny inaczej”. Można zakładać, że portal zatrudnił go jako felietonistę właśnie ze względu na jego skłonność do skandalizowania, ale gdy przysłał do redakcji zapowiedź, że spełni pokładane w nim nadzieje i właśnie przygotowuje „skandalizujący tekst o seksie i gwałtach” współpraca z nim została nagle zerwana, a z portalu zniknęły nawet jego poprzednie publikacje. W przeciwieństwie do Hartmana Ziemkiewiczowi skandal nie zaszkodził. Właśnie lekko wylądował z felietonami w poprzednim miejscy pracy czyli w Interii.
Obaj panowie oberwali za coś czego… nie napisali, bo jeden jedynie zapowiedział, że napisze choć konkretnie nie wiadomo co, a drugi napisał coś innego niż mu przypisano. Oba przypadki są niezłym przykładem tego jak wygląda w Polsce publiczna debata. Poglądy przeciwników odrzuca się jako nie do przyjęcia jeszcze zanim zdążą je sformułować (Ziemkiewicz), a jeśli zdążą to tym gorzej dla nich (Hartman), bo wprawdzie nikt ich nie wysłucha i nie przeczyta ze zrozumieniem, ale za to wszyscy skomentują z należytym oburzeniem.
