W "Gazecie o inwestycjach", AGORY, czytam: "coraz częściej na terenach poprzemysłowych powstają atrakcyjne dzielnice biurowo-mieszkaniowe oraz obiekty kultury". Jasne, budujmy dalej aqua-parki, boiska i baseniki, dróżki takie i owakie. Na zasypanej kopalni w Świętochłowicach - rozrywkowy skwerek, w Helu parking po zakładach przetwórczych i fokarium, by się foczki rozmnażały (już wyjadają ikrę u ujścia Wisły), by zżerały - każda - do 30 kg ryb dziennie, a półwysep helski najlepiej niech będzie skansenem dla niemieckich turystów. "Kratkowane" dróżki już są. Ciekawe kto będzie łożył na konserwację.
Likwiduje się miejsca pracy! - panie Kiełbasiński (to autor z "Gazety o inwestycjach". Likwiduje się lub oddaje w obce ręce odlewnie i huty (w Częstochowie, Katowicach).
W fabrykach łódzkich pracowały tysiące. Teraz w barach i kawiarniach tyją lemingi i nowobogackie elity. Nie ważne, że na Piotrkowskiej kupcy padli. Jest fajnie. Tylko komu!
Na każdym obiekcie powstającym w części za unijne pieniądze obowiązkowo muszą być pokaźne tablice na solidnych metalowych lub betonowych podstawach. Rok-dwa wyglądać to będzie świeżo. Potem trzeba będzie te informacyjne potworki konserwować. Na to Unia już dawać nie będzie.
Warunkiem wszelakiego rozwoju jest zarabianie na siebie. Zagraniczni inwestorzy wyeksploatują co się da i porzucą. Tak się dzieje w stoczniach i hutach. Jeśli nie obudzimy się rychło z tego kolorowego snu zostaniemy goli i wesoło wcale nie będzie.
Może wtedy do zakutych łbów dotrze, że piękniejszy od osobowego jest samochód ciężarowy, traktor - bo to co może pracować i przynosić zysk jest 100 razy ważniejsze od gadżetów dla kilku procent populacji. Najważniejsze nasze bogactwa - ziemia nieskażona i lasy jeszcze są nasze. Przemysł, handel, media - już nie!
Właśnie te cholerne media mogłyby powstrzymać rabunek kraju, gdyby dziennikarze kierowali się etyką i patriotyzmem. Niestety dla mamony zdradza się ideały i gwałci ojczyznę. Te słowa oczywiście wywołują ironiczny uśmieszek i protest. Ale każdy dobrze wie jak cyniczna i zachłanna jest nasza klasa polityczna. Premier i jego dwór bez krępacji zbytniej zostawili rozbabrany kraj i pojechali... "za chlebem".
Nie warto by było zajmować się tymi ludźmi, gdyby istniała nadzieja, że przyjdą nowi - lepsi. Niestety nie zanosi się na to. Media nie wykonały wyborczego zadania. Miliony ulotek z buźkami uśmiechniętymi i hasłami -komunałami to nie jest przedstawianie ludzi, to nie jest informowanie społeczeństwa co ci kandydaci zamierzają.
Media dysponują armią dziennikarzy, którzy potrafiliby - ale zarządzani są przez karierowiczów trzymających się kurczowo ciepłych, intratnych posad. Ci ludzie zrobią wszystko co im się każe! Są jak wójtowie-burmistrzowie-starostowie i prezydenci "rodowo" przysposobieni do "przesiadywania" na tronach przez kilka kadencji. Monarchii dziedzicznej nie mamy, ale kacykowate rody - tak!
Metoda jest prosta – zatrudnia się jak najwięcej „swoich”, a potem oni w trosce o własne miejsca pracy wraz z rodzinami i „przyległościami” zapewniają elekcję bossowi ponieważ jest niska frekwencja wyborcza i zorganizowane w ten sposób grupy dają skuteczny głos.
Oczywiście największe szkody czynią monopoliści na rynku - czyli Państwowa Telewizja i Radio. To oni docierają do milionów - bezkonkurencyjny mają zasięg rażenia, a także zagwarantowane pieniądze.
Przez Telewizyjne Wiadomości, Panoramę nie widać kraju. Mówią do nas ludzie, którzy zgoła nic nie mają do powiedzenia. Panienki trzepią rzęsami i tyle z nich pożytku. Człowiek się gapi na te młode gębusie i już nie słucha. Bo i nie warto.
Szkoda, bo telewizja-radio to fajne zabawki. Robiąc je uczciwie i dobrze można mieć wiele frajdy, a i pożytek z takiej pracy byłby wielki.
Czy ktoś policzył ile kosztowało w ciągu kilkunastu lat utrzymywanie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji? W 1993 roku było ponoć 9 członków KRRiTV i 85 urzędników na etatach. W styczniu przed dwunastoma laty już 160. I jeszcze do tego eksperci i doradcy. Teraz... lepiej nie pytać. Tłum. Są tam po to, by pilnować nie wiadomo czego i nie wiadomo po co? Te synekury to nagroda za dotychczasową służbę. Nikt z tych ludzi nigdy się nie wychylił, więc jako wierni mają - bo zasłużyli. Mówi się do tych głównych 5-ciu: "panie ministrze". Muszą się faceci nieźle nudzić. Ale czasem się cieszą, że mogą znowu ukarać Ojca Rydzyka. Wątpię zresztą czy programy oglądają. Od tego mają tłum pracowników. Synekura. Słowo jak inne. Ma w sobie coś zachęcającego i wrednego zarazem.
3 XI 2014 Stefan Truszczyński
