Najważniejszą funkcją dziennikarstwa jest rzetelne informowanie. Ten truizm trzeba jednak przypominać, tak się bowiem „porobiło”, że w Polsce AD 2014 dziennikarze właściwie nie informują, a już na pewno nie informują rzetelnie. Upartyjnienie tego zawodu doprowadziło do tego, że społeczeństwo jest albo dez-informowane albo indoktrynowane; o informowaniu zgodnym z rzeczywistością nie ma mowy.
Jest jednak pewna sfera działalności dziennikarskiej, która do niedawna stanowiła tej profesji chlubę – dziennikarstwo śledcze. Każdy szanujący się tytuł – papierowy lub elektroniczny – miał takich ludzi w swoim zespole. Dzięki nim, dzięki ich determinacji i „śledczym” talentom, dowiedzieliśmy się wiele o naszym kraju i ludziach, którzy nim rządzą bądź zajmują w nim eksponowane stanowiska.
Jakoś tak się dziwnie stało, że ci ludzie poznikali; albo dali sobie spokój i zajęli się bezpieczniejszym segmentem działalności dziennikarskiej albo poszukali sobie innego zajęcia. I teraz albo dez-informują, jak inni ich koledzy, albo zarabiają dobre pieniądze w zupełnie innych branżach. Dziennikarstwo śledcze bowiem, najszlachetniejsza odmiana dziennikarstwa obywatelskiego, nie jest w obecnej dobie, na obecnym etapie egzystowania III RP, ani pokupne, ani – co ważniejsze – bezpieczne. Kraj, w którym żyjemy, jest bowiem poletkiem gier tak wielkiej liczby „przekręciarzy” – na skale mniejsze lub większe – że od potencjalnych afer mogłoby się dosłownie zaroić, gdyby…
A no właśnie… Gdyby media wypełniały jedną ze swych najważniejszych powinności, tj. gdyby patrzyły osobom publicznym na ręce.
Ostateczny finał sprawy „Sowy i przyjaciół” pokazuje tymczasem, że na „czepianiu się” można wyłącznie stracić. Elity władzy uodporniły się – dzięki między innymi parasolowi ochronnemu mediów i solidarnej zmowie głównych sił parlamentarnych – na ujawnianie skandali, fałszerstw, zdrad interesu narodowego etc. etc., zaś opinia publiczna zdaje się w ogóle nie być zainteresowana stanem naszego państwa. Szerokie masy dziennikarskie dbają o to, by dostarczać owym szerokim masom strawy lekkiej, a w konkurencji z nią poważne dziennikarstwo po prostu przegrywa. Jak ktoś się jednak mimo wszystko uprze, kończy w gazetkach i mediach niszowych lub na bezrobociu i upokarzającej bieganinie za jakimkolwiek groszem.
Niemal nikt więc już dziś niczego nie tropi, nie stara się niczego wyśledzić. To znaczy, przepraszam, owszem – jest wielu chętnych do nieustannego tropienia… homofonii, antysemityzmu, faszyzmu, nietolerancji i innych ciężkich grzechów Polaków. Dodajmy, że ta działalność skierowana jest oczywiście przeciw ludziom, którym jeszcze nie jest wszystko jedno i którzy nie godzą się na to, że nasz kraj staje się krajem antywartości, poletkiem do harcowania dla wszelkiej maści dewiantów, cwaniaków, gorszycieli, deprawatorów, oczajduszów e tutti quanti, oczywiście za publiczne pieniądze i przy poparciu różnych publicznych instytucji. To przeciw nim skierowane są dziś wysiłki naszych „dziennikarzy śledczych”.
Wspaniałym wyjątkiem w tak zarysowanym dziennikarskim krajobrazie jest redaktor Wojciech Sumliński – dziś Pierwszy Dziennikarz Śledczy III RP. Płaci za swą nieustępliwość bardzo wysoką cenę i po prostu igra z ogniem, ale to go ani nie przeraża ani nie zniechęca. Tropi sprawy naprawdę ważne, ba, dramatycznie ważne, sięga do korzeni afer i zbrodni tak bulwersujących, tak zasadniczych z punktu widzenia porządku prawnego dzisiejszej i wczorajszej Polski, że gdyby to działo się gdzie indziej, spora część polskiego politycznego establishmentu wyleciałaby po prostu w powietrze.
Niestety – rzecz rozgrywa się nad Wisłą, Odrą i Bugiem, a tu obowiązują inne zasady, tutaj się po aferach, zbrodniach i zdradach nie wylatuje w powietrze, tutaj się awansuje: zostaje się prezydentem, premierem, marszałkiem Sejmu, a już na pewno Człowiekiem Honoru, a jak się z tego świata zejdzie, ma się pogrzeb z pompą na koszt państwa i zagwarantowane miejsce w Alei Zasłużonych.
Bo tu większość środowiska dziennikarskiego chodzi na pasku ludzi władzy i pieniądza.
To co, ma to środowisko kąsać ręce, co je karmią?
