W Święta Bożego Narodzenia zwykle więcej słuchamy w radiu muzyki. Nie dotyczy to oczywiście zdeklarowanych konsumentów „XI Muzy”, dla których telewizor od dawna jest najważniejszym domownikiem, ale tych zostawmy tymczasem na boku.
Jak jest w naszych stacjach radiowych z tą muzyką? Zwłaszcza z muzyką tzw. świąteczną?
W tym roku n-ty raz potwierdziła się prawda, że nasi „dziennikarze muzyczni” (a tacy z pewnością istnieją!) to jest towarzystwo, mające do swej pracy stosunek lekki i łatwy, a do honorariów przyjemny. O przyjemności trudno już jednak mówić w wypadku słuchacza, zwłaszcza tego odrobinę bardziej wymagającego. Jak skala radioodbiornika długa, a polskie pasmo eteru szerokie – od lat w kółko to samo! Od lat banalne anglosaskie piosneczki o „jingle bells”, o „Santa Claus”, o „white Christmas”, o „Christmas Time”, o „Merry, Merry Christmas”… To niebezpieczne: w Święta, wiadomo, sporo się konsumuje, a wysłuchanie 20. czy 30. raz w ciągu dwóch, trzech dni tych samych utworków może doprowadzić do tego, że żołądek zaprotestuje…
A teraz serio. Dziennikarzami muzycznymi są zapewne w naszym pięknym kraju ludzie młodzi – wszystkich starszych niedługo zapewne ześle się do rezerwatów. Ci niefrasobliwi młodzieńcy niewielkie mają pojęcie o tradycji muzycznej, o tym, co było „kiedyś” (nieważne, co kiedyś, ważne, co teraz – złota dewiza!). Mogą nie wiedzieć, kto to byli Gilbert O’Sulivan, Bing Crossy, Pat Boon, jaką muzykę grali (i śpiewali) The Weavers, The Platters, The Four Brothers… Dobra, nie będę się znęcać… Młodzieniaszkowie, o których mowa, mają dostęp do najpopularniejszych play lists na świecie i spod dużego palca wstawiają do swoich programów jak leci. W efekcie tzw. przeciętny Polak, spędziwszy kilka godzin w jakimś hipermarkecie, gdzie te wszystkie „jingle bells” lecą na okrągło, wraca do domu, nastawia sobie radio, a tam – „jingle bells”, „Santa Claus”, „white Christmas”…
Nie mówię już o muzyce z motywami religijnymi – o pastorałkach, o ludowych kolędach… To będzie wkrótce surowo zakazane, jak od lat zakazane jest wysyłanie „służbowych” pocztówek świątecznych z motywami religijnymi. Ale są piosenki o ładnych, rodzinnych klimatach, o nadziei, o byciu razem… To przecież są tematy świąteczne – bo takie jest znaczenie faktu, że Bóg się narodził na Ziemi, że przyszedł do nas, do ludzi, żeby ukoić nasze troski, wątpliwości, lęki.
Czegóż jednak wymagać od chłoptasiów z naszych muzycznych redakcji, skoro w „poważnych” krajach Europy i świata zakazane są już uliczne choinki? Więc idą ci „muzyczni dziennikarze” w opłotki łatwizny, serwując muzykę nie budzącą wątpliwości ani „złych” skojarzeń.
Żeby być dobrym dziennikarzem muzycznym, trzeba o muzyce – nawet rozrywkowej – sporo wiedzieć, ona bowiem nie zaczęła się wraz z erą samplerówi innych szpejów muzycznych, pozwalających ułożyć „utwór muzyczny” niejako samoczynnie, bez muzycznego wykształcenia, bez elementarnej wrażliwości. „Czas młodych” zaś – to często czas ludzi bez kompetencji, byle jak wykształconych, pozbawionych – poza materialnymi – jakichkolwiek większych ambicji. Do dziennikarzy (również muzycznych) odnosi się to w szczególności, bowiem ewidentny w naszych czasach w Polsce niedowład „IV władzy” (która w lwiej części stała się „władzą dworską”, a więc Pierwszą) jest jedną z głównych przyczyn tego, że o nasz wspólny los można się zupełnie serio obawiać.
Dziennikarz muzyczny nie zbawi oczywiście świata, ale może go – jeśli potrafi – uczynić znośniejszym.
A to naprawdę niemało.
