Coraz liczniejsze są wypadki, że pracodawca medialny (choć nie tylko) nie płaci autorom za ich teksty. Po prostu nie płaci. „Chcesz – pisz, nie chcesz – nie pisz”. Jakie to proste…
Pozbawianie pracownika różnych przywilejów jest w naszym kraju praktyką z dość już długą tradycją. Najbardziej wymowny przykład – „umowy śmieciowe”. Żadnego „socjalu”, żadnych składek… Jak dotąd jednak nikt nie posunął się do tego, żeby za wykonaną przez pracownika i wykorzystaną przez pracodawcę pracę w ogóle nie zapłacić. To domena czasów ostatnich.
Nie płaci się dziennikarzom, nie płaci się grafikom, często nie płaci się redaktorom czy korektorom. Tak właśnie – szykanowani są wykonawcy tzw. zawodów wolnych, ważnych przecież społecznie. Praktyka taka szerzy się nie tylko wśród dużych pracodawców z kręgów liberalnych (w końcu liberał ma wybór… może płacić lub nie…), ale także (a może nawet szczególnie…) wśród tych dysponentów mediów, którzy z mocy zasad, które (teoretycznie?) wyznają, są szczególnie predestynowani do uczciwości. Tak, uczciwości, bo niepłacenie za wykonaną pracę jest nieuczciwością.
Co innego, jeśli wykonawca (pracownik) jest o tym uprzedzony: „Pierwsze sześć miesięcy będziesz pracować za darmo, potem, jak się sprawdzisz, zobaczymy”. Tak potraktowana osoba może się zgodzić lub nie. Ale jeżeli owa „darmocha” jest czymś, co wychodzi na jaw z czasem – na to zgody być nie powinno. Tymczasem wielu szefów mediów już w punkcie wyjścia, przy pierwszej rozmowie np. z autorem motywuje fakt, iż nie płaci, tym, że dając możliwość publikacji daje także dziennikarzowi, rysownikowi czy grafikowi… „promocję”: „U mnie nie zarobisz, ale może inni cię dostrzegą i się na tobie poznają, to sobie straty odbijesz”.
To cynizm. Wspiera się on często na trudnej sytuacji na rynku mediów, tłumaczy niskimi wpływami, „zatorami płatniczymi”, ale jednak to cynizm, bo czy owi dysponenci mediów, czyli szefowie redakcji, naczelni redaktorzy, dyrektorzy wydawniczy itp. w trudnych czasach też nie biorą za swą pracę pieniędzy? Wolno wątpić. Już tak bowiem jest, że jeśli np. w gospodarce jakiś zakład ma trudności i pensje wypłaca w ratach bądź miesiącami nie płaci w ogóle, nie dotyczy to menagementu. Czy prezesi i dyrektorzy też pensji nie biorą bądź biorą ją w ratach? A naczelni i etatowi kierownicy działów w mediach? Jakoś trudno w to uwierzyć. Dla kadry pieniądze muszą być.
Wielu nazywa to niewolnictwem. Bardzo niesłusznie – właściciel niewolnika jednak przynajmniej go karmił, żeby mieć z niego pożytek. A tu – zapłatą ma być „promocja”. Ale promocją, jak wiadomo, nie napełni się żołądka, nie zapłaci się czynszu itd.
Słyszałem kiedyś o rozprawie przed Sądem Rodzinnym o alimenty. Tatuś nie miał żadnych dochodów stałych, a do tego był „dziennikarzem niesłusznym”, więc i o dochody z doskoku, z wierszówek, łatwo nie było. Ale sąd alimenty zasądził, bo – jak stwierdziła Pani Sędzia w uzasadnieniu wyroku – „pozwany miał duże możliwości zarobkowania”. Ów pozwany już już miał ponoć zapytać Panią Sędzię, czy wobec tego może płacić alimenty w „możliwościach”; na szczęście się opanował, bo jeszcze by mu Wysoki Bardzo Sąd grzywnę wlepił…
I tak darmocha funkcjonuje w świecie, medialnym również. Znajomy grafik książkowy wyznał mi niedawno, że ostatnie projekty okładek książkowych za pieniądze zrobił w roku… 2002. Nie pytałem go, jak wobec tego żyje, bo to sfera prywatności. Ale fakt pozostaje faktem: na dyktat nie ma rady. Na niemoralność, jak się wydaje, również.
