Powtórnie przemówił Krzysztof Kłopotowski o „Idzie”. Najpierw 23 lutego na naszym portalu ukazała się jego recenzja: „<Ida> idzie w świat, a Witold Pilecki?” .Tytuł osobliwy, Jak można – pomyślałem zrazu – w ogóle przy tym filmie wymieniać nazwisko, które symbolizuje bohaterską walkę z Niemcami i zbrodnię popełnioną na Herosie przez jego rodaków służących drugiemu, utajonemu wrogowi naszego narodu i państwa? Zrozumiałem, doczytawszy do końca wypowiedź Kłopotowskiego.
Otóż wie on, że producent „Idy” jest menedżerem tworzonego filmu o Rotmistrzu. A więc wedle naszego kolegi jeżeli ten obraz nie będzie uwłaczał ani czci bohatera, ani prawdzie historycznej, czyli naszej polsko-katolickiej godności, to powinniśmy producentowi wybaczyć dwa jego poprzednie filmy: „Obywatela” i właśnie „Idę”, „A z wybaczeniem Oskara Pawlikowskiemu – autor ładnie zamyka ten wątek - poczekajmy na następny film”.
Puenta ta tedy zawiera, może bardziej w domyśle niż wprost, ocenę negatywną. A kiedy dodamy do niej sekwencje wcześniejsze, np.: „…do kształtu artystycznego filmu należy dezinformacja, jak było w Polsce podczas okupacji, by stworzyć wrażenie udziału Polaków w Holokauście”. Albo: „co złego mówi się o Polakach, spada na mnie, czego doświadczam w Ameryce. Czy też spada na Pawlikowskiego w Anglii? Czy ma on jakiś azyl przed złą reputacją Polaka” - to już nie mamy żadnych wątpliwości, że autor krytykuje ten „oskarowy” obraz. Wszelako odnoszę wrażenie, że owa negatywna ocena jakoś podświadomie mu doskwiera, zastrzega bowiem: „Oskar dla „<Idy> jest (…) wiadomością dobrą i złą. Złą, bo daje sławę filmowi, który nas zniesławia w p e w n e j m i e r z e” (podkr. J.W.). Dlaczego „w pewnej”, a nie konkretnej – jakiej mierze? Chyba to taka swoista ambiwalencja publicysty, który chce zadowolić zarazem entuzjastów i radykalnych krytyków dzieła…
Może to jednak nie ambiwalencja, tylko, powiedziałbym przenośnie, wyzwolenie dwóch temperamentów pisarskich. Ledwo bowiem minęły trzy dni, a w dzienniku „Rzeczpospolita” Kłopotowski wydrukował (26 lutego) krótkie omówienie tego filmu pt. „Ściszony głos „<Idy>”. Tu ocena jest jednoznaczna, sformułowania wyważone i ładne, wręcz literackie określenia. Autor w telegraficznym skrócie streszcza wątki. Po czym konkluduje: „Mimo tak wybuchowej mieszanki - film jest bardzo wyciszony. Paweł Pawlikowski robi, co może, żeby fabuła była możliwie niedopowiedziana”. I dalej: „To przeciwieństwo <Pokłosia>. Film Pasikowskiego był propagandowym kiczem, a film Pawlikowskiego to dzieło sztuki. Aż za bardzo wyrafinowane”.
Czy owo „wyrafinowanie” (nadmierne) odnosi się do zacytowanego passusu z refleksji nad filmem opublikowanej na naszym portalu, powtarzam go: „do kształtu artystycznego filmu należy dezinformacja”? A o tym, że ten obraz „nas zniesławia w p e w n e j m i e r z e” (podkr. J.W.) na łamach „Rzeczpospolitej” ani słowa.
Natomiast tajemniczo brzmią uwagi ostatniego akapitu: „Pawlikowski zrobił więc dzieło <artystyczne>, które pozostanie niszowe. Jak to się mówi - <nie przeora (raczej przeorze - J. W. ) naszej świadomości>”. Dlaczego dzieło niszowe? Dlaczego artystyczne w cudzysłowie? Dlaczego miałoby „przeorać” naszą świadomość? I czy to dobrze, czy źle, że nie przeorze?
Wolę pierwszą recenzję. Jest ona nieco (nieco!) odważniejsza... Natomiast najlepiej podobają mi się eseje Kłopotowskiego – takie jak o „Katyniu” czy filmie o Wałęsie według scenariusza Janusza Głowackiego.
Zastanawiam się nad źródłem tej dwoistości cenionego krytyka filmowego. I tym bardziej utwierdzam się w postanowieniu, jakiemu dałem wyraz w publikowanej tu niedawno wypowiedzi, inspirowanej wspaniałym tekstem Dominika Zdorta o „Idzie”, że nie obejrzę tego filmu.
A wielce zasłużony dla polskiej niezawisłej publicystyki mój szanowny kolega Krzysztof Kłopotowski staje się dla mnie Sfinksem w nader szerokim znaczeniu tego symbolu...
Jacek Wegner
