Proces oskarżonego o korupcję prezydenta najpopularniejszego kurortu w Polsce nie budzi specjalnego zainteresowania mediów. Wyjątkiem była pierwsza rozprawa, na którą aż z Pucka przybył do sopockiego Sądu Rejonowego umierający na raka mózgu ksiądz. Na co dzień jednak zaprzyjaźnieni z Jackiem Karnowskim dziennikarze, od tematu „afery sopockiej” trzymają się z daleka.
Mainstream, od momentu wybuchu „afery Karnowskiego” w lipcu 2008 r., przyjął scenariusz, który zakłada, że prezydent Sopotu jest niewinny. Że padł ofiarą nagonki „pisowskich służb” i jakiegoś bliżej niesprecyzowanego „układu zamkniętego”. Medialny spektakl, mający udowodnić prawdziwość tych tez, miał także wyrobić w „ciemnym ludzie” pogląd, że cały ten proces to farsa, która wkrótce zakończy się uniewinnieniem, beatyfikacją, a kto wie, może nawet wniebowzięciem Jacka K. No bo przecież tylko szaleniec może podejrzewać „męża opatrznościowego” - jak mówi o nim Jacek Talyor - że była jakaś afera. Zdrowy człowiek wie, że nie było ani mieszkanka dla mamusi, ani taniej kupowanych samochodów, ani ustawiania przetargów, ani układów z sędziami, ani tym bardziej darmowych robót na prywatnej działce. Zdrowy człowiek wie także, iż podejrzenia o łapówki i poświadczenie nieprawdy to wymysły agentów CBA. Bo przecież, tak naprawdę, niczego nie było - poza uczciwością, ciężką pracą dla mieszkańców i miłością do Sopotu, oczywiście.
Taki mniej więcej obraz „afery Karnowskiego” powielały do niedawna media głównego nurtu. Teraz taktyka uległa nieznacznej modyfikacji. Dziennikarze - nawet ci z obiektywnych mediów publicznych - przestali w ogóle interesować się procesem. Na sali rozpraw, prócz stron i świadków, obecni są tylko „dyżurni obserwatorzy”, którzy - nie dość, że nieliczni, to jeszcze jacyś tacy zaspani.
A prolog wypadł tak dobrze… Na pierwszą rozprawę, 12 września zeszłego roku, przybyło kilka stacji telewizyjnych i radiowych. Obecni byli też reporterzy gazet. W ławach dla publiczności zasiedli zacni goście, m.in. ksiądz Jan Kaczkowski z puckiego hospicjum, który przyniósł ze sobą teczki z emblematem Caritas, jakże zachłannie filmowane przez rzetelne TV. Był także szef pomorskiej PO, Jan Kozłowski oraz przewodniczący sopockiej rady miasta, Wieczesław Augustyniak. Na kolejnych rozprawach pojawiali się również kombatanci opozycji demokratycznej, wspomniany już Jacek Taylor i Aleksander Hall oraz kilku ratuszowych urzędników.
Z czasem jednak duch dyżurnych podupadł - ostatnio na rozprawy przychodzi tylko zaspany przewodniczący koła PO w Sopocie, prof. Michał Woźniak oraz panie z Biura Prasowego Urzędu Miasta Sopotu. O ile troska prof. Woźniaka o popędliwego kolegę z partii jest dla mnie jasna (jest on bowiem specjalistą nauk medycznych, w tym od „Związków naturalnych chroniących serce”), o tyle rolę, jaką w procesie pełnią panie rzeczniczki, trudno byłoby mi wyjaśnić. Zwłaszcza, że ani owe damy, ani ich szef, od miesięcy nie odpowiadają na moje oficjalne zapytania prasowe. Nie oznacza to bynajmniej, że wierzę w plotki, jakoby naczelnik Biura Prasowego, p. Magdalena Jachim rozdawała tylko wybranym dziennikarzom oświadczenia oskarżonego Karnowskiego i instruowała ich, co pisać, a czego nie. Nie wierzę także w podłe insynuacje , że tych dwoje - coś jeszcze poza pracą - łączy. Tym bardziej, że p. Jachim publicznie oświadczyła, że do sądu przychodzi służbowo…
Oczywiście taka lojalność wobec szefa w tarapatach godna jest najwyższej pochwały. Zastanawiam się tylko, czy p. rzecznik i p. prezydent, na czas trwania procesu, nie powinni wziąć urlopu? W końcu 24 posiedzenia sądu, jakie mają się odbyć do końca czerwca tego roku - jeśli oczywiście znowu ktoś nie zechce przeciągnąć procesu - trwać będą 72 roboczo-godziny, czyli prawie dwa tygodnie pracy. Roczna pensja prezydenta miasta Sopotu to 173 072,30 zł - nie licząc dochodów uzyskiwanych z tytułu zasiadania w różnorakich radach nadzorczych. Oznacza to więc, że ok. 7 tysięcy złotych oskarżony Jacek K. dostanie z publicznej kasy jedynie za siedzenie na sali rozpraw…
Czy to w porządku, skoro prokurator oskarża go nie jako urzędnika, lecz jako osobę prywatną? Może w porządku, a ja jak zwykle się tego biedaka czepiam.
