Najważniejszym słowem w Sopocie jest „promocja”. Promuje się tutaj dosłownie wszystko - turystykę, sport, kulturę, zdrowie, sztukę, miejskie inwestycje, a nawet wydarzenia promujące „sopocką markę”, czyli… promocję promocji Sopotu. W mieście rządzonym od 1998 roku przez Jacka Karnowskiego, nawet jednostki samorządu terytorialnego wymagają promocji - w zeszłym roku ratusz wydać miał na ten cel aż 356 tys. złotych.
W „Perle Bałtyku” przede wszystkim promuje się jednak samego Jacka Karnowskiego, który przed ostatnimi wyborami samorządowymi postanowił przedzierzgnąć się z zawodowego „sołtysa” w dobrego „szeryfa”. W metamorfozie tej urzędnikowi miały pomóc media. I zapewne pomogły, bo pomimo oskarżeń o korupcję i poświadczenie nieprawdy, sopocianie wybrali sobie urzędującego prezydenta już po raz piąty.
Z lojalnością dziennikarzy różnie bywa. Wie o tym każdy rasowy polityk. Wie również Jacek Karnowski. I zapewne dlatego utrzymuje przy życiu lokalne periodyki. Z tego samego powodu wspiera też - reklamami i ogłoszeniami - zaprzyjaźnione media głównego nurtu. Na ich opłacenie z kasy miasta wypływa rocznie ponad 400 tysięcy złotych, co oznacza, że każdy sopocian wydaje na ten cel ok. 11 zł - jest to mniej więcej równowartość sumy, jaką sopoccy urzędnicy przeznaczają na ochronę i konserwację zabytków.
Ale co tam zabytki… Secesyjne kamienice można przecież zastąpić koszmarkami w stylu Centrum Haffnera, Krzywego Domku, czy powstającego właśnie nowego dworca kolejowego. W Sopocie wszystko można zastąpić wszystkim, z jednym jedynym wyjątkiem - nie da się zastąpić prezydenta Karnowskiego, ten ma rządzić dożywotnio, a może nawet jeden dzień dłużej. I właśnie zadaniem mainstreamu jest kreowanie takiego przekonania.
Jacek Karnowski łapał już złodziei, był strażakiem, morsem, kulturoznawcą, żeglarzem, narciarzem rowerzystą i rugbistą, zna się na muzyce i sztuce, nie gardzi też teatrem i tańcem nowoczesnym. Przede wszystkim jest jednak pełnym troski o los sopocian i Sopotu „szeryfem”, który walczy z klubami go go i tandetą. Wykreowanie takiego wizerunku nie jest bynajmniej zadaniem łatwym - bo „jaki jest koń, każdy widzi”. Nie oznacza to jednak, że zlecenia tego wykonać nie można. Warunkiem są oczywiście pieniądze, a te, w tak bogatym mieście, jak Sopot, zawsze się znajdą.
Prócz pieniędzy płynących do kieszeni mainstreamowych wydawców, sopocianie muszą się liczyć z wydatkami na produkcję toreb, breloczków, kubków, filmików, folderów, mapek i innych koralików, które urzędnicy rozdają oficjalnym gościom nadmorskiego kurortu. W zeszłym roku wydano na ten cel aż 1 mln 245 tys. zł…
Ale to przysłowiowy „pikuś” w porównaniu z kasą, jaka poszła na ziszczenie kibicowskich snów sopockiego „sołtysa”. Z danych opublikowanych w Biuletynie Informacji Publicznej wynika, że na „usługi marketingowe na rzecz Miasta zlecane przy okazji organizacji imprez sportowych i rekreacyjnych o znaczeniu ponadlokalnym” (były to m.in.: „wyścigi konne, międzynarodowe zawody w skokach przez przeszkody, Trefl – koszykówka, Atom Trefl – siatkówka, promocja Miasta przez zawodniczkę SKLA, Tyczka na Molo, inne imprezy pojawiające się w trakcie roku”) w budżecie zarezerwowane zostało w ubiegłym roku 1 mln 800 tys. zł. Kolejne 6 mln zł urzędnicy wydali na Mistrzostwa Świata w Lekkoatletyce. Ale to jeszcze nie koniec sum, jakie sopocianie musieli wyłożyć na obiekty sportowe, wybudowane przez „sołtysa”.
W roku 2014 na ten cel z kasy miasta poszło prawie 17,5 mln zł, z czego tylko pół miliona zostało przeznaczone na modernizację stadionu rugby „Ogniwo”, a reszta na kolejną spłatę rat (11.734.277 zł.) i odsetek (5.200.000 zł) za Wielofunkcyjną Halę Widowiskowo-Sportową. Kolejne 2 mln zł miasto dorzuciło Spółce Hipodrom i następne 4 mln 677 tys. zł MOSiR-owi… W sumie na „kulturę fizyczną” Urząd Miasta przeznaczył w zeszłym roku 33 mln 90 tys. 477 zł! Dla porównania - budżet Wydziału Kultury wyniósł zaledwie 513.000 zł, a na szkolenie ratowników Pogotowia Ratunkowego ratusz wydał… 5 tysięcy zł (sic!)
Przykłady tego rodzaju inwestycji - niezwykle przydatnych, zwłaszcza seniorom, którzy stanowią 1/3 sopockiej populacji - można by było jeszcze długo mnożyć. Do kosztów utrzymania prezydenckiego folwarku nie zaszkodziłoby doliczyć pensji, nagród i „trzynastek” 216 ratuszowych urzędników (ich podstawowe uposażenie wynosi ponad 10 mln zł plus 3 mln zł dodatków) oraz opłat za wycieczki, zwane delegacjami służbowymi. Koszty funkcjonowania całego sopockiego Urzędu Miasta, to kwota blisko 17 mln zł (jest to jeden z najdroższych urzędów w Polsce). Co istotne - podana suma nie obejmuje tzw. miejskich jednostek budżetowych, ani spółek miejskich, do których utrzymania miasto również dopłaca spore pieniądze.
Za panowania Jacka Karnowskiego Sopot się zmienił, to fakt. Ale czy na dobre? Czy nadal jest to kąpielisko o światowej sławie, jak chce tego mainstream? Czy jest to jeszcze miasto artystów i festiwali, czy może raczej prywatny folwark przebiegłego „sołtysa”, jak twierdzą złośliwcy?
Zadłużenie budżetowe sięga w Sopocie niemal 60 proc. dochodów miasta. Drożyzna, brak mieszkań, „emigracja” młodych, poczucie bezkarności urzędniczej, brak bezpieczeństwa i opieki zdrowotnej - taki jest dzisiejszy Sopot… Ale o tym media głównego nurtu już tak chętnie nie informują. Dlaczego? Bo z „sołtysem” lepiej nie zadzierać, od niego przecież zależy, kto dostanie reklamę, a kto figę z makiem.
Dlatego lepiej pisać o Karnowskim, jako krystalicznie czystym „szeryfie”, mężu opatrznościowym i ojcu wszystkich sopocian, który buduje wspaniałe dworce PKP, domy seniora, mariny, sztuczne wyspy na zatoce i inne cudeńka, a w wolnych chwilach broni miasta przed złem.
Tylko co będzie, jak Jacek Karnowski zostanie skazany przez niezawisły sąd? Co będzie z mainstreamem? Pewnie nic. Zawsze można przestawić wajchę i wdzięczyć się kolejnej władzy. Wszak na promocję pieniędzy nigdy nie zabraknie.
