Tak dziś wyglądają składane publicznie (czyli głównie na FB i TT) wyrazy podziwu, składane rzecz jasna bez szacunku dla polszczyzny. Ja swój „szacun” kieruję wobec koleżanek i kolegów po fachu, towarzyszących mi od rana do wieczora za pośrednictwem radia i telewizji informacyjnych. Mam coraz większy „respect” dla publicystów przybliżających rodakom świat polityki i gospodarki, odsłaniających kulisy i prostujących meandry.
Przyznaję, trudno nie popaść w kompleksy słuchając porannych komentarzy w Tok Fm czy radiowej Trójce, a potem telewizyjnych dysput toczonych przez cały dzień na wszystkich możliwych kanałach informacyjnych. Też staram się być „na bieżąco”, czytać co mi wpadnie w ręce i porządkować pozyskaną tą drogą wiedzę na twardym dysku pamięci. A pamiętam sporo, bom człek (pół)wiekowy. Mimo to nie byłbym w stanie zabrać głosu na większość tematów poruszanych przez komentatorów „od nawozów i od świata”. Zwłaszcza, że w ciągu kwadransa są oni w stanie faktycznie obgadać tak zwany całokształt. I nie zadrży im głos ani powieka.
Tak. Zżera mnie zawiść. Dotyczy ona także odwagi głoszonych w ten sposób poglądów. Przeważnie skrystalizowanych i pozbawionych jakichkolwiek wątpliwości. Z komentatorskiego słownika powoli znikają zwroty w rodzaju „wydaje mi się”, „w mojej opinii”, „nie wykluczone że…”, albo „prawdopodobnie”. Bo skoro ma się pełną wiedzę i komplet informacji w każdej sprawie, tego typu podpórki stają się zbędne. Zastępują je proste dżingle podsumowujące głosy innych komentatorów, w rodzaju: „ależ skąd!”, „no, proszę cię…” albo „czy już mogę przestać się śmiać?”
Poza tymi niskimi uczuciami zazdrości targa mną też zwyczajna ludzka ciekawość: jak Wy to robicie? Obserwując aktywność zawodową dziennikarskiej „pierwszej kadrowej” próbuję rozgryźć tajemnice tak efektywnego gospodarowania własnym czasem. Kiedy liderzy opinii znajdują czas, by posiąść tę wiedzę, którą się ze mną dzielą. Zwłaszcza, że większość komentatorek i komentatorów jest także aktywna… właściwie on line - na Twitterze. Kiedy udaje im się naładować taczki z którymi nieustannie zasuwają.
Ponieważ nie znajduję racjonalnej odpowiedzi na powyższe pytania, pozostaje mi jedynie bezsilna złośliwość zawarta w znanym dziennikarskim porzekadle: dziś wszyscy piszą (i komentują), ale nikt nie czyta. Poza oczywiście tym, co napisali inni komentatorzy, by było co komentować.
