Niemal wszyscy dziennikarze „Dziennika Gazety Prawnej” będą pracować w systemie home office, czyli w domach. Czy taka będzie przyszłość polskich mediów? Czy dziennikarze mogą pracować bez redakcji? Zapytaliśmy o to dziennikarzy, redaktorów naczelnych i wydawców.
Piotr Pytlakowski, dziennikarz „Polityki”:
To ma dwie strony. Ja przeważnie piszę w domu, rzadko w redakcji. W gazecie codziennej, bazującej na newsach, redakcja jest jednak inspirująca. Siedzisz w newsroomie, możesz się z kimś skonsultować, tak to pamiętam z redakcji „Życia”. Pisanie newsów w domu wydaje się nowatorskie. Dziennikarze jednej gazety tworzą zespół, potrzebna jest między ludźmi interakcja, a pracując w odseparowaniu traci się więź międzyludzką. Nie wspominam już o formie kontrolnej: jak kierownik działu ma sprawdzić czy dziennikarz rzeczywiście pracuje, czy nie zmyśla? Robi się z tego takie workerstwo.
Alicja Molenda, prezes Stowarzyszenia Gazet Lokalnych, wydawca Tygodnika Ziemi Chrzanowskiej
„Przełom”:
Z punktu widzenia pracodawcy, który np. rozpaczliwie szuka oszczędności, to korzystne rozwiązanie. Bez względu na formę zatrudniania dziennikarzy. Dla nich samych, brak codziennego, "fizycznego" kontaktu z firmą, brak poczucia siły zespołu, brak możliwości wymiany myśli w realu, na kolegium, przy kawie, czy "na papierosku", może sprawić, że dziennikarze staną się wyłącznie zdalnie ocenianymi rzemieślnikami. Mnie ta perspektywa przeraża, ale obawiam się, że taka jest przyszłość mediów.
Jacek Strzelecki, redaktor naczelny portalu wSensie.pl: 
Nie wyobrażam sobie, że redakcje przestaną istnieć i nie z powodów technicznych, ale ludzkich. Bardzo ważny jest bezpośredni kontakt dziennikarzy jednego zespołu, zwłaszcza młodych z doświadczonymi, rozmowa o bieżącym redagowaniu gazety, konsultowanie się. To jest ważne, zwłaszcza, że dziennikarz nie wie wszystkiego na dany temat i potrzebuje zweryfikować informacje u eksperta.
Dzięki dostępowi do Internetu i narzędziom takim, jak mobilne komputery czy tablety dziennikarz może być równocześnie autorem, redaktorem i wydawcą. Niewątpliwie pomysł „Dziennika Gazety Prawnej” ma na celu oszczędności. Przenosi obowiązki wykonywane dotychczas w budynku na autonomicznych dziennikarzy. Gdyby jednak oni mieli działać w oderwaniu od całości, nie stworzą jednolitego, spójnego produktu medialnego, jakim jest gazeta. To jest niemożliwe.
Jolanta Hajdasz, publicystka, członek Zarządu Głównego SDP:
Dziennikarz pracujący w domu bez spotkań i dyskusji w redakcji to w
dzisiejszych czasach norma, wygodna jednak przede wszystkim dla
właścicieli mediów, bo z oczywistych przyczyn zmniejsza im koszty medialnej produkcji. Ale to wizja smutna, bo skazuje nas na zawodową samotność w pracy, w której bezustannie podlega się krytyce odbiorców i ocenie przełożonych, przez co tak łatwo w niej o depresje, lęki i „wypalenie”. Nic nie jest w stanie zastąpić bezpośredniego kontaktu dziennikarzy i redaktorów samych ze
sobą i twierdzę to jako osoba, która prowadzi firmę - redakcję bez redakcji, bo póki co naszego zespołu na nią nie stać. Ale my wszyscy, współpracujący ze sobą i przyjaźniący się dziennikarze, tęsknimy do miejsca, gdzie bez umawiania spotkamy się z kubkiem kawy (herbaty, wody, soku) w ręce i omówimy wszystkie sprawy z wczoraj, dziś i jutra. Taki zawodowo - towarzyski research jest bezcenny - z luźnych, niezobowiązujących rozmów rodzą się najbardziej oryginalne i wartościowe pomysły, a z sytuacji trudnych, bo ktoś znowu ma o coś pretensje, wychodzimy bez psychicznych strat, bo bardziej
doświadczony kolega pomoże zobaczyć wszystkie problemy we właściwych proporcjach. Dla dziennikarzy widzę tylko jedną zaletę pracy home office – łatwiejszą opiekę nad dziećmi, wtedy, gdy są małe, ale to się sprawdza tylko w krótkim czasie i w bardzo konkretnych specjalizacjach, w newsach i publicystyce – nie.
Piotr Legutko, szef krakowskiego oddziału „Gościa Niedzielnego”, wiceprezes SDP: 
To, co wprowadza „Dziennik Gazeta Prawna” niestety nie jest wyjątkiem. Wiele nowo powstających tytułów, ale i niekiedy zacnych, przechodzi na tryb telepracy. To taka forma outsourcingu. Dziennikarze nie dostają umów o pracę, co najwyżej umowy o dzieło i zlecenia, pracują w domach. To jest całkowicie sprzeczne z ideą redakcji, jej duchem, planowaniem, gdzie dziennikarze wymieniają myśli, spierają się twórczo. Bez tego obiegu nie ma redakcji. Jest kreatywne dziennikarstwo, jak kreatywna ekonomia.
Tomasz Patora, dziennikarz TVN: 
Nie ma nic złego w tym, że będą pracować on line, w domach, a nie w redakcji, jeśli będzie to sensownie zorganizowane. Ja 80 proc. pracy wykonuję on line, za wyjątkiem montażu. Ale z takim trybem pracy wiąże się też poważne niebezpieczeństwo, bo w ten sposób mogą pracować tylko dziennikarze doświadczeni. Tymczasem dzisiaj – w czasach oszczędzania - dziennikarze zbyt często pracują za przysłowiową miskę ryżu i profesjonaliści zastępowani są przez stażystów, a oni bez wsparcia doświadczonych kolegów, bez szkoleń i dokształcania się, nie poradzą sobie w systemie home office.
Wojciech Surmacz, redaktor naczelny „Gazety Bankowej”:
W takim systemie małe redakcje, jak „Gazeta Bankowa”, pracują od dawna i to się doskonale sprawdza. Ja pracuje tak od roku. Dla mnie to jest naturalne i większość redakcji mogłaby tak pracować. Wielkie koncerny medialne, - jak Ringier Axel Springer, Burda czy Bauer – też mogą przejść na takie systemy, a nawet powinny, tylko jest kwestia rozliczeń sprzętu: abonamentów za Internet czy telefony. Myślę, że wydawcy powinni partycypować w tych kosztach, a nie przerzucać ich na dziennikarzy. Bo home office jest próbą przerzucenia pewnych kosztów na dziennikarzy. Oczywiście wydawca szuka w ten sposób oszczędności.
Anna Raciniewska, dziennikarka portalu mPolska24.pl: 
Codzienne przesiadywanie w redakcji ma niewątpliwie swój urok, ale nie jest konieczne. Tak naprawdę to przecież praca indywidualna plus bieganie po konferencjach czy wywiadach. Nie powinno się jednak rezygnować z regularnych kolegiów i spotkań. Myślę, że rozmów i planowań nie da się zastąpić telefonem, wideokonferencją. Dziennikarze muszą się spotykać, aby wchodzić w interakcje, dzielić się pomysłami, analizować tematy, kłócić się, serdecznie krytykować. I chociaż mało dziś już redakcji w starym stylu: które były drugim domem, a naczelny dawał młodym prawdziwą szkołę dziennikarstwa, jestem za tym, aby ludzie się widywali często: rozmawiali ze sobą i czuli, że tworzą zespół.
