Louis Terrenoire, uczestnik ruchu oporu, dziennikarz, chrześcijański działacz społeczny, samorządowiec, a także minister w rządzie Charlesa de Gaulle’a, znany jest poza granicami Francji m.in. jako autor sentencji: „Prasa musi mieć swobodę mówienia wszystkiego, by niektórzy ludzie nie mieli swobody robienia wszystkiego”. Z podobną czcią do wolności słowa odnosi się artykuł 54 Konstytucji Rzeczypospolitej, który mówi, że „każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji”. Ustawa zasadnicza podkreśla m.in. fakt, że „cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane”.
Wolność mediów to fundament demokracji. Fundament tak ważny, że jego obrona zagwarantowana została nawet w Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, którą Polska podpisała 26 listopada 1991 r. Okazuje się jednak, że wolność słowa w III RP to często jedynie teoria. Że niezależne media - szczególnie te małe, lokalne - traktowane są przez władze samorządowe, jak wróg. Publicyści i wydawcy nękani są przez sądy, prokuraturę, policję, a przede wszystkim przez przyłapywanych na szwindlach polityków i samorządowców. Ludzie władzy wywierają naciski także na reklamodawców, bez których przecież małe gazety żyć nie mogą.

Prześladowania i szykany mają przestrzegać niezależne publikatory przed patrzeniem władzy na ręce. Mają karać publicystów i wydawców za podejmowanie niewygodnych tematów i stosowanie prowokacji dziennikarskich, które w wielu przypadkach są jedynym sposobem ujawnienia spraw ważnych dla społeczności lokalnej. W efekcie tych praktyk wydawca ma się dziesięć razy się zastanowić, nim raz zdecyduje się opublikować materiał na przykład na temat nieformalnych powiązań władzy, biznesu, wymiaru sprawiedliwości, palestry i mafii.
Kara za prawdę
Po serii artykułów dotyczących koneksji jednego z sopockich samorządowców z komunistyczną bezpieką, również pomorski miesięcznik „Riviera” popadł w konflikt z… prawem. Opisany przeze mnie radny poczuł się obrażony i postanowił oddać sprawę do sądu. Sąd jednak pozew w całości oddalił. Były radny bynajmniej nie zrezygnował z dochodzenia specyficznie rozumianej sprawiedliwości. Na jego wniosek sąd nakazał policji wszcząć ponownie dochodzenie przeciwko wydawcy „Riviery”.
Zdumienie takim obrotem sprawy wyraziło Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. 6 lutego br., jego dyrektor, Wiktor Świetlik wydał oświadczenie w którym napisał m.in., że „wyraża zaniepokojenie postępowaniem karnym, prowadzonym przez Komendę Miejską w Sopocie w sprawie nie zamieszczenia w stopce redakcyjnej pisma „Riviera” adresu redakcji. (…) Takie działania nie służą bowiem wolności prasy ani społeczeństwu obywatelskiemu, a także negatywnie wpływają na wizerunek organów postępowania karnego. Mając na uwadze ratio legis powołanych przepisów (które w zamyśle ustawodawcy miały służyć do szykanowania wolnej prasy w latach 80.), jak również istotne zmiany w obowiązującym systemie prawnym np. wejście w życie Konstytucji RP czy ratyfikowanie przez Polskę szeregu umów międzynarodowych (jak Europejska Konwencja Praw Człowieka), jedyną rozsądną decyzją organów postępowania karnego powinno być w tym przypadku umorzenie postępowania, co najmniej z uwagi na brak społecznej szkodliwości czynu”.
Na śmietnik historii
Oświadczenie Centrum Monitoringu nie odniosło jednak efektu i 26 marca 2015 r. sopocka Policja przedstawiła mi dwa zarzuty popełnienia czynów zabronionych przez Prawo Prasowe.
Z uwagi na obowiązek zachowania tajemnicy śledztwa nie mogę ujawnić dokładnej treści ani kwalifikacji prawnej tych zarzutów. W mojej ocenie są one jednak absolutnie nieuzasadnione – i to zarówno w odniesieniu do rzeczywistego stanu faktycznego, jak i od strony prawnej. Czuję się całkowicie niewinny i mam głęboką nadzieję, że nadzorujący śledztwo prokurator niebawem podejmie decyzję o jego umorzeniu.
Mam także wrażenie, że osoby, którym moja działalność dziennikarska jest nie na rękę, próbują wykorzystać organy ściągania do zamknięcia mi ust. Liczę, że ten plan się jednak nie powiedzie, a wolność prasy zostanie obroniona. Wierzę również głęboko, że lokalni politycy, nie tylko w Sopocie, rozstaną się wreszcie ze starymi przyzwyczajeniami i zrozumieją, że czasy, kiedy za pomocą cenzury, terroru i szykan można było blokować ludziom dostęp do informacji, odeszły już dawno na śmietnik historii.
