Wczoraj odbył się pogrzeb Lee Kuana Yew, ojca założyciela Singapuru, który w ciągu trzech dekad zmienił miasto z sennej kolonii brytyjskiej na antypodach w jedno z najzamożniejszych państw naszego globu. Służył swojemu krajowi przez 31 lat – po raz pierwszy przysięgę premiera złożył w 1959 roku – i przez ten czas przeniósł ten kraj z Trzeciego do Pierwszego Swiata. Singapur -„azjatycki tygrys”, „miejsce, skąd widać jutro”.
Mimo ulewnego deszczu, ponad 450 tys. obywateli wyległo na ulice, aby pożegnać LKY, który przyniósł temu 5.5 mln miastu – państwu stabilizację, bezpieczeństwo i dobrobyt. Pośród gości dostrzec można było Billa Clintona, premiera Australii Tony Abbotta i szefów rządów Indii i Japonii, króla Malezji i sułtana Brunei. Oddano 21 wystrzałów armatnich, niebo przecięła eskadra myśliwców F-16, a kondukt pogrzebowy z trumną byłego premiera przebył trasę 15 kilometrów – od Nowego Parlamentu, poprzez Padang – brytyjską dzielnicę kolonialną, gdzie znajduje się Stary Parlament, Sąd Najwyższy i budynki użyteczności publicznej, wzdłuż wieżowców dzielnicy bankowej, dorównujących rozmachem tym z Szanghaju i Hong Kongu, potem Chinatown i handlowy dystrykt Orchard Road – jakby ojciec założyciel chciał po raz ostatni spojrzeć na swoje kwitnące gospodarstwo.
Byłam w Singapurze trzy razy, i kiedy dwa tygodnie temu przewodniczka przytaczała mi aktualne dane ekonomiczne, aż trudno było uwierzyć. A jednak ona miała rację! 59 wysp, 716 km 2, 5.5 mln ludzi. Metropolia, której mieszkańcy cieszą się jednym z najwyższych standardów życia, gdzie w pierwszym kwartale 2013 roku wzrost gospodarczy wynosił 45.8%, w tym samym roku PKB na głowę mieszkańca - 54.776 tys. amerykańskich dolarów, a bezrobocie stanęło na niskim pułapie 3%. W Wielkiej Brytanii, która ostatnio bardzo się chwali gospodarczym boomem, ta ostatnia cyfra wynosi 5.6%. Singapur sąsiaduje z Malezją i Indonezją, niedaleko mamy Tajlandię i biedny Wietnam, jeszcze nędzniejsze Laos, Kambodża i Birma. I z jakiejkolwiek strony wkraczać do tego kraju, odnosi się wrażenie, że jesteśmy w londyńskich Docklandach czy na Manhattanie - tyle że nowocześniejszych, bogatszych, śmielszych w pomysłach architektonicznych i znacznie czyściejszych. I tonących w egzotycznej zieleni. Singapur to jedno z najpiękniejszych miast świata, gdzie na starannie strzyżonych trawnikach rosną orchidee, a z wyższych pięter skyscrapers w pogodny dzień widać Indonezję i Filipiny. Najpierw XIII –wieczne księstwo Madjapahit, potem kolonia holenderska i brytyjska, przy czym tylko Brytyjczycy pozostawili tu widoczny ślad w prawodawstwie, architekturze, stylu życia. Miasto, opisywane przez wielu pisarzy, m.in. Jozefa Conrada /pamiętne sceny z „Lorda Jima” / i wielu opowiadaniach S.W. Maughama. Mieszanka ras i kultur, 24-godzinny spektakl teatralny – Malaje, Chińczycy, Hindusi i biali, maklerzy giełdowi i prawnicy, lekarze i pielęgniarki, architekci i marketingowcy, którzy przybywają tu, aby popracować w warunkach ekstremalnych wyzwań, i zrobić pieniądze. Do dziś Chinatown, Little India i Bugis district, kiedyś zamieszkiwany przez przybyszów z Cejlonu, potem przez drag queens, żyją własnym życiem. I oni wszyscy razem tworzą klimat Singapuru, „miasta lwa” i zarazem „miasta Lee Kuana Yew”. Nieprawdopodobna rozmaitość i, jak najbardziej, egzotyka, ale obok tego, Singapur, to największy port przeładunkowy świata, jedno z największych - obok Tokio, Wall Street i City - centrum finansowych i jeden wielki plac budowy.
A wszystko zaczęło się w maju 1959 roku. W wyborach zwyciężyła Partia Ludowej Akcji, i jej sekretarz generalny Lee Kuan Yew został pierwszym premierem Singapuru. Lee sprawował funkcje premiera przez 31 lat, w 1990 roku ustąpił swemu zastępcy Goh Chok Tongowi, a potem ten synowi Lee, Lee Hsien Loong, który sprawuje władzę do dziś. Nepotyzm? Chyba tak. Ponadto wszyscy trzej – to Chińczycy, których w Singapurze jest ok. 76%, i wielu z nich sprawuje, łącznie z prezydentem Tony Tan Loongiem, wysokie funkcje państwowe. Ale jakoś niewiele mówi się o dominacji Chińczyków. Jeszcze jeden dowód na to, że droga Azji do sukcesu niekoniecznie łączona jest z demokracją. Z perspektywy wielkich sukcesów Azji Południowo – Wschodniej, demokracja to umowa między białymi ludżmi, której podstawę tworzą wartości chrześcijańskie, obce sferze pryncypiów buddyjskiej, taoistycznej czy konfucjańskiej Azji. I obce prawu i obyczajom, które na bazie tych wartości stworzono. A jednak rezultat jest taki, że gdy Singapur odzyskiwał w 1959 roku niepodległość dochód na osobę wynosił 516 dolarów amerykańskich, a w 56 lat póżniej jest to 54. 776 dolarów.
Polityka gospodarczą steruje rząd, czyli jest to rodzaj socjalizmu z command economy. Ale z kolei gospodarka ma charakter rynkowy, oparta na własności prywatnej. Pieniądze robi się na usługach finansowych, turystyce, przemyśle petrochemicznym, stoczniowym i elektronicznym. Singapurskie prawo jest przyjazne biznesowi, no i te niskie podatki. Bardzo wysoki procent /ok. 80%/ właścicieli domów i mieszkań, choć jest to właściwie 99- letni najem od państwa. Wyjątkowy w Azji, obowiązkowy system emerytalny, istniejący od 1955 roku. Składka na ZUS wynosi 34.5%, a w tym 6-8% trafia na fundusz zdrowotny. Cały system edukacyjny, łącznie z uniwersyteckim, jest państwowy. Działa świetnie. Państwowe linie lotnicze, loteria krajowa i obiekty sportowe. W ciągu kilkunastu lat wybudowano 5 linii metra, a informację o długiej historii powstawania w europejskiej stolicy Warszawie półtorej linii metra, niezgulstwa i ciągłych problemów z otwarciem drugiej linii, znajomy singapurczyk przyjął z uśmiechem niedowierzania.
Mimo sukcesów gospodarczych, nie wszyscy byli z rządów Lee zadowoleni. Znany z silnej ręki, był krytykowany przez grupy obrońców praw człowieka za trzymanie za twarz mediów, zakaz demonstracji i lekceważenie civil liberties. Do dziś istnieje tam kara śmierci, i to nie tylko dla morderców, ale i handlarzy narkotyków oraz skorumpowanych urzędników. Ale w Singapur cieszy się jednym z najniższych wskaźników przestępstw na świecie, bardzo uczciwymi urzędnikami państwowymi i wysokim poziomem bezpieczeństwa obywateli. No i wprawdzie ludzie trzymani są krótko, ale rząd i urzędnicy państwowi – także. Turyści mają zabawę opowiadając sobie, jak to za publiczne żucie gumy, nie spłukiwanie toalet czy palenie papierosów grożą wysokie grzywny. Ale tłumnie przybywają do Singapuru, bo nie tylko egzotycznie, ale i czysto i bezpiecznie, i warunki higieny przypominają standardy europejskie, czego nie można powiedzieć o reszcie Azji. Zgodne współżycie wielu ras, narodów i religii – buddyzm, konfucjanizm, hinduizm, islam, chrześcijaństwo – barwne uroczystości państwowe, kulturalne i religijne, i liczne festiwale. Turystyczny raj.
I ten mało demokratyczny Singapur – jak Hong Kong i Szanghaj - jest coraz zamożniejszy, a z nim bogacą się jego mieszkańcy. Nie muszą emigrować, bo energia wprost rozsadza tę gospodarkę. Kiedy byłam tam pierwszy raz 15 lat temu, zachwyciła mnie uroda miasta i piorunująca mieszanka kulturowa. Kiedy trzeci raz, i mogłam porównać co się w tym czasie zmieniło, złapałam się za głowę! Tempo rozwoju dla Europejczyka niewyobrażalne! Wystarczy wjechać o zmroku na taras widokowy słynnego hotelu w kształcie łodzi Marina Bay Sands, żeby mieć jakieś pojecie o bogactwie i potędze Singapuru. Od horyzontu do horyzontu wysokościowce, jakie chciałby mieć Londyn i Manhattan. Banki, biurowce, hotele, błyszczące czystością centra handlowe, bloki mieszkalne wielkiej architektonicznej urody, z tak niekonwencjonalnym wykorzystaniem szkła drewna, wody i zieleni, że nawet bywały w świecie Europejczyk otwiera gębę ze zdumienia. Stąd nie tylko „widać jutro”, stąd Europa wydaje się starą, ubogą krewną z prowincji, a – biorąc pod uwagę wiek populacji – domem starców.
My tu, w Europie mamy swoje pytania: wolność czy bezpieczeństwo? Azja inaczej postawiła sprawę: wolność czy zamożność? I próbuje łączyć te dwa elementy według lokalnej receptury. Przecież tak działają Chiny. Ojciec założyciel singapurskiej państwowości Lee Kuan Yew chyba nieżle tę recepturę przetestował.
Elżbieta Królikowska-Avis. 30 marca 2015
