Dzisiaj będzie świątecznie… chociaż nie do końca podniośle. Ale czy Wielkanoc musi kojarzyć się wyłącznie z Męką Pańską i zwycięstwem Chrystusa nad śmiercią? Przecież w misterium Męki Pańskiej uczestniczą zwykli ludzie - czasem mali, czasem śmieszni, często tragiczni wręcz. I nie zawsze śmierć zostaje pokonana.

 

Wielkanoc i poprzedzający ją Wielki Tydzień, to okres wspominania najważniejszych dla chrześcijan wydarzeń, okres przemyśleń i najprzeróżniejszych obrzędów. Wielkanoc to także palmy, święconki, bazie, polewanie wodą i chyba najpopularniejszy ze wszystkich zwyczaj malowania jajek. W różnych regionach Europy tradycje wielkanocne są pielęgnowane z różnym natężeniem. Różne są także ich historyczne podteksty. Niektóre wywodzą się z czasów pogańskich – są zaadoptowanymi na potrzeby chrześcijaństwa celtyckimi, germańskimi lub słowiańskimi kultami płodności, obrzędami odradzającego się życia, „mszami” za matkę-ziemię… Ale mniejsza z tym, nie chcę dziś pisać o folklorze, nawet rozumianym w najszerszym tego słowa znaczeniu. Chciałem podzielić się z Państwem wspomnieniem - świątecznym, emigracyjnym, takim właśnie kwaśno-słodkim, okraszonym refleksją nad zróżnicowaniem kulturowym Europy, i polskimi kompleksami, które - pomimo pozornej jedności naszego kontynentu - prowadzić mogą  do komicznych nieporozumień.

Jako naród jesteśmy wyjątkowymi egocentrykami: dumnymi i zakompleksionymi zarazem. To rozdwojenie widać szczególnie wyraźnie z perspektywy emigracji. Tu kompleksy urastają do rozmiarów Czomolungmy… Podczas swojej emigracyjnej, trwającej niemal dwie dekady wędrówki spotkałem wielu takich tragikomicznych typów i typków. Jednym z nich była pani Renata… przesympatyczna kobiecina z Kwidzyna.

Poznałem ją wkrótce po przyjeździe do Niemiec, w miejscowości Singen, w obozie dla „wypędzonych”, czyli „Aussiedlerów”. W kręgach obozowych kobieta ta znana było jako „Milka” – z uwagi na tuszę i niepohamowany pociąg do szwajcarskiej czekolady. W świetle niemieckich przepisów była Niemką. Bardziej jednak czuła się Polką, czego jednak się wstydziła, zwłaszcza w towarzystwie Niemek Nadwołżańskich, z którymi mieszkała w obozowym pokoju - w obawie przed zdemaskowaniem, iż nie zna „języka przodków“, po „powrocie“ do „Faterlandu” udawała przez wiele miesięcy głuchoniemą. Poradziła jej to jedna z obozowych współlokatorek – Ślązaczka, która dzięki tej właśnie umiejętności dramatycznej zdołała przeżyć „polsko-ruską okupację”.

Tuż przed Wielkanocą 1989 roku pani Renata-Milka wybrała się do kwiaciarni. Wtoczyła się do pomieszczenia pachnącego tysiącem nieznanych w PRL kwiatów i poprosiła na migi o goździki… Na południu Niemiec jest taki zwyczaj, że dzieciom w okresie Wielkanocy ekspedientki wręczają czekoladowe jajeczka. No i kwiaciarce zrobiło się żal babiny-kaleki, i dała jej takie jajeczko: śliczne, błyszczące, w kolorowym sreberku. Pani Renata uśmiechnęła się i ze wzruszenia huknęła: „danke schön!”

Pani Renata od paru lat nie żyje. Nie żyje również jej mąż, który przyjechał parę miesięcy po tamtej pamiętnej Wielkanocy. Oboje zginęli w wypadku samochodowym, w drodze do Polski, do „kraju wypędzenia”. Na raka niedawno umarł także ich syn i teść… Przedwcześnie zmarła siostra i szwagier.

Ostatnio zastanawiałem się, czy los tych ludzi miał być jakimś znakiem dla mnie, dla innych? Czy był jedynie przypadkiem, opowieścią obłąkanej Pytii… No bo przecież nie odpowiedzią na pytanie o sens człowieczeństwa, cierpienia, krzyża pańskiego, który wszyscy niesiemy… Do nikąd?

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl