„Chce-my-praw-dy, „Chce-my-praw-dy” – skandowali uczestnicy msz św. odprawionej w katedrze warszawskiej w piątą rocznicę tragedii smoleńskiej. Celebrował i homilię wygłosił kard. Kazimierz Nycz - mówił aksjologicznie bezbarwnie o wartościach bez ich konkretyzacji i wskazań genezy. Dlatego wierni musieli się upomnieć o to, co w tamtych okolicznościach było najważniejsze.
Bo prawda po piłatowsku zmywana z rąk to kłamstwo. Tam gdzie jej nie ma, tam jest ono. Bywa też nim tzw. półprawda. Nie trzeba wcale świadomie mówić nieprawdy, żeby kłamać, wystarczy, że milczy się wtedy gdy trzeba wyrażać własne poglądy, odczuwania, myśli. Kłamstwo jest zawsze skuteczniejsze od prawdy i bogatsze: wielopostaciowe. Ona zawsze jednoznaczna drażni umysł, stanowi zagrożenie dla kłamstwa, skłóca wspólnoty. Ono przeciwnie - subtelnie zawoalowane, sugestywne, łagodzi wszelkie napięcia, niweczy podziały międzyludzkie w dążeniu do korzyści.
Przeze kilka dni w „Wiadomościach” TVP pokazywane były tzw. czarne skrzynki w kolorze czerwonym, przewijające się taśmy magnetofonowe; kamery rejestrowały wciąż te same, jakby redaktorzy wydania stracili inwencję, ujęcia podchodzących do stołu obrad prokuratorów wojskowych w eleganckich mundurach wyższych oficerów. Same uniformy wywoływały miłe wrażenia, wzbudzały sympatię. Obrazy te i podobne powtarzały się w różnych wydaniach „Wiadomości”. Był ktoś w minionym stuleciu, kto odkrył prawo kłamstwa, że w powtarzane wielekroć ludzie uwierzą, jak w prawdę. Zresztą myśmy przez 45 lat też w nie wierzyli, choć oczywiście treść nieprawdy był inna. I nadal wierzymy - inaczej wprawdzie, lecz także z głębokim przekonaniem.
Teraz dla naszych rządzących nadeszły czasy, o jakich tamci nie mogli nawet marzyć: ogromna część społeczeństwa nie czyta gazet, wystarcza jej telewizja, bo słowo zobrazowane łatwo i sugestywnie opisuje rzeczywistość i przekonująco ją komentuje. A rządzący mają nadto w TVP dyspozycyjnych dziennikarzy. Notabene nie przestaję się dziwić, że Krzysztof Ziemiec nie rezygnuje z pracy w telewizji publicznej…
Więc „Wiadomości” nieustannie cytowały te same fragmenty nagrań skopiowanych z zapisów tzw. czarnych skrzynek rozbitego nad Smoleńskiem tupolewa; każdy mógł zobaczyć owe skrzynki w kolorze czerwonym i kręcące się taśmy magnetofonowe, z których wedle podawanych informacji zapisano cytowane słowa. Tylko że żaden dziennikarz ani polityk nie wyjaśnił, że to, co telewidzowie widzieli i słyszeli - to mistyfikacja, atrapy, nie te skrzynki, które miał na pokładzie samolot z 96 osobami. Albowiem tamte trzymają Rosjanie, tak samo jak wrak tupolewa – i nie oddają. Nie oddadzą nigdy, chyba że w Rosji wybuchnie nowa rewolucja. A słowa przez kilka dni cytowane w TVP miały pochodzić z owych skrzynek, które rzeczywiście mają Rosjanie. No cóż, każdy może napisać wszystko, na przykład, że w daczy Putina jest słoń w karafce.
Na monitorze telewizorów pojawił się w piątkowych „Wiadomościach” niczym błysk flesza marszałek Radosław Sikorski i z wielce zatroskaną miną oznajmił, że tragedia smoleńska jest, a nie może być, dyskontowana politycznie. W domyśle było, że takiego szalbierstwa: wykorzystania katastrofy smoleńskiej do niecnych gier politycznych - dopuszcza się PiS. Dlatego w domyśle, że każdy wie, iż marszałek Sejmu, były szef polskiej dyplomacji nawoływał do dorżnięcia watahy pisowskiej. Od razu, czego „Wiadomości” nie omieszkały podać zaraz w sobotę, w górę notowania sondażowe Platformy Obywatelskiej tak poszybowały w górę, że gdyby teraz były wybory, to ona mogłaby rządzić samodzielnie. Wataha dorżnięta, a przed nami wizja następnych czterech lat męki.
Czy kłamstwa Polsce pojłatańskiej też był tak skuteczne? Nie, nie były, ponieważ nie zasłaniała jej „gruba kreska”, której peerelowski establishment nie zdołał wymyślić. Trzeba było poczekać, aż wirtuoz polskoludowego oportunizmu wpadnie na ten pomysł. Zaraz znalazł naśladowcę. Prezes TVP Andrzej Drawicz ogłosił, że dziennikarze telewizyjni zostawiają w portierni legitymacje. Bo moralnie odrażająca przeszłość się nie liczy. Dlatego dzisiaj nad grubą kreską można budować piramidy fałszerstw. Ale dlaczego milczą dziennikarze i nie demaskują kłamstwa z czarnymi skrzynkami, które są w Moskwie, a pokazywany u nas, zapisy zaś spreparowanie nie wiadomo gdzie i przez kogo.
To hańbi nasz zawód, że społeczeństwo, któremu winniśmy wskazywać wszelkie draństwa i oszustwa władzy, spontanicznie na mszy św. wykrzykiwało swe pragnienie – i żądanie – prawdy. Gdzie w tych trzech dniach: w czwartek, piątek i sobotę byli dziennikarze telewizyjni?
Czy znają piękną kartę naszych dziejów, kiedy nie było jeszcze dziennikarzy, ale była wierność ideom i odwaga w ich głoszeniu. Owo chóralne skandowanie „chce-my-praw-dy” kojarzy się z wydarzeniami sprzed ponad półtysiąclecia w paryskim kościele.
Po wybraniu Henryka Walezego na króla Polskie i Wielkiego Księcia Litewskiego trzeba było przywieźć nowego władcę na Wawel. Grupa szlachecko-możnowładcza: dziesięciu katolików i czterech innowierców, wybrała się więc do Paryża. Oficjalni wysłannicy Rzeczypospolitej przywieźli z sobą artykuły henrykowskie, w których zobowiązywali swego wybrańca do przestrzegania wolności wszelkiej religii wszystkich obywateli i mieszkańców kraju nad Wisłą. Dźwiną, Dnieprem i Dniestrem.
Elektorowi nie podobały się postanowienia, które podsuwali mu przyszli poddani, toteż w paryskiej katedrze Notre-Dame, gdzie musiał na nie przysięgać, opuścił przyrzeczenie zachowania pokoju religijnego. Przedstawiciele Rzeczypospolitej od razu, w tejże świątyni, zaprotestowali jednomyślnie, odważnie i ostro. Oto Jan Zborowski wykrzyknął po łacinie: - si non iurabis, non regnabis (jeśli nie zaprzysięgniesz, nie zostaniesz królem); jego towarzysze manifestując swe poparcie wyciągnęli szable i wznieśli je do góry. Możemy sobie wyobrazić, jaki był rwetes. Najpierw wykrzyknięte zdania łacińskie, później metaliczny, jak uderzenie dzwonu, dźwięk wyciąganych z pochew szabel i jeszcze błysk metalu nad głowami... Obecni w kościele Francuzi i rezydenci innych dworów europejskich oniemieli i osłupieli z przerażania i zdziwienia - jak to, poddani śmią wybranemu przez siebie królowi, bratu monarchy francuskiego, dyktować jakieś warunki, grozić bronią? Tego jeszcze w nowożytnej Europie nie było.
Henryk w każdym razie się ugiął i zaprzysiągł. Zwyciężyła nasza idea, nasza prawda, bo nie było jeszcze „grubej kreski” i krętactw rządu Platformy Obywatelskiej.
A w tym kłamstwie „misyjnej” telewizji publicznej kto jest bardziej winien - dziennikarze czy politycy? Proponuję, żeby wyróżnienia hieny przyznawać im również. Od razu można by wypisać kilkadziesiąt nazwisk wybitnych kandydatów.
Jacek Wegner
