2 maja br. trójmiejska, internetowa mutacja „Gazety Wyborczej” podała wiadomość, że prokuratura umorzyła śledztwo ws. naczelnego miesięcznika „Riviera”, czyli piszącego te słowa… I w zasadzie wszystko się zgadza - jest umorzenie, ale jest też małe „ale”… I właśnie to „ALE” robi zasadniczą różnicę.
Sopocka prokuratura rzeczywiście odstąpiła od ścigania „Riviery”, i to już po raz drugi - pierwszy raz do odstąpienia od ścigania doszło 25 lutego 2014 r., drugi - 3 kwietnia 2015 r. W pierwszym przypadku prokuratura stwierdziła, że moje rzekome uchybienia prawne nie zawierały ustawowych znamion czynu zabronionego; teraz uznała je za czyny obarczone znikomą szkodliwość społeczną.
A jednak sprawa nie jest ani taka czysta, ani tym bardziej oczywista, jakby się co niektórym wydawało. Na dowód tej tezy, autorka notatki podpisanej inicjałami „kw”, przytacza wypowiedź Katarzyny Mosakowskiej, zastępczyni prokuratora rejonowego w Sopocie, która podkreśliła, iż „każda osoba, która czuje się pokrzywdzona przez naczelnego lub jego miesięcznik, ma inne możliwości na drodze cywilnej”. W materiale „GW” padło także sformułowanie, iż „Riviera” oskarżyła Piotra K., byłego radnego Sopotu o „rzekomą współpracę z SB”.
Nie wiem na jakiej podstawie dziennikarka gazety, pragnącej uchodzić za opiniotwórczą, z taką łatwością stawia tezę, podważającą wiarygodność małego, lokalnego pisma. Nie wiem także, po co to robi… Wiem natomiast, że sopocka „Riviera”, przez niemal dekadę istnienia nie opublikowała żadnego tekstu, który nie byłby poparty dowodami. W przypadku b. radnego Piotra K., ujawniliśmy jedynie fakty. Czy naprawdę, aż tak obciążają one byłego samorządowca, że potrzebuje obrony „GW”?
Z dokumentów gdańskiego oddziału IPN wynika, że 9 kwietnia 1987 r. Piotr K. został zarejestrowany przez Wydział III-1 Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Gdańsku. Początkowo w dzienniku rejestracyjnym figurował jako OZ (osoba zabezpieczona), następnie jako KTW (kandydat na tajnego współpracownika, a na koniec, jako TW. Bezpieka nadała mu wówczas pseudonim „ANDRZEJ” oraz nr rej. 56056. „Z karty typu EO-4-A wynika, iż TW Andrzej pozostawał na łączności funkcjonariusza w/wym. pionu WUSW w Gdańsku Janusza Dąbrowskiego” - czytamy w raporcie prokuratora IPN Andrzeja Golca. Podczas przesłuchania, przeprowadzonego 28 lutego 2012 r. przez tego samego śledczego, Piotr K. wspominał swojego oficera prowadzącego z nutą sympatii. Na pytanie o tematy rozmów, K. odpowiedział: „On pytał głównie o wyjazdy na ochotnicze hufce pracy głównie do NRD, do Berlina. Pytał kto jedzie, za co jedzie, jakie są kryteria doboru kandydatów, skąd pieniądze. (…) Pytał także, czy na uczelni zauważyłem działalność polityczną. Ja odpowiedziałem, że ja nie prowadzę działalności i nie miałem żadnego kontaktu z wielka polityką. Ta rozmowa trwała może godzinę. Były przy okazji emocje. Ja się bałem, że on mnie zapyta o moje machlojki i kombinacje związane z walutą. Po tym się rozstaliśmy, on nic więcej nie wymagał ode mnie, na 99,9 % nic nie musiałem podpisywać, żadnego oświadczenia zobowiązania itp.”
Piotr K. odbył z por. Dąbrowskim zaledwie trzy spotkania, tak przynajmniej twierdzi . To, czy w ich trakcie donosił na kolegów i wykładowców UG, i czy brał za to wynagrodzenie, może być jedynie przedmiotem spekulacji. W listopadzie 1989 r. dokumenty Piotra K., w tym teczki pracy i płacy, zostały zniszczone - niestety o ich zawartości nic nie wiadomo, bo esbecy przesłuchani przez IPN cierpią na amnezję. Zachował się jednak protokół zniszczenia, potwierdzający że ze wspomnianych spotkań bezpieka wygenerowała aż 80 stron dokumentów. Fakt ten jednak nie był, zdaniem prokuratury IPN, wystarczającym powodem, aby zarzucić Piotrowi K. kłamstwo lustracyjne - dlatego też jego sprawa została „pozostawiona bez dalszego biegu”.
„Prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie naczelnego sopockiego miesięcznika "Riviera", któremu policja pod koniec marca postawiła dwa zarzuty. Poszło o brak adresu redakcji na łamach gazety, co ma - według zawiadamiającego - uniemożliwić przysyłanie sprostowań, oraz o publikację danych osobowych. (…) - Śledztwo zostało umorzone ze względu na niską społeczną szkodliwość czynu” - pisze dziennikarka „GW”. Nie wspomina jednak, że prokurator Barbara Deć zdecydowała się odstąpić od oskarżeń ponieważ: „...zapisy ustawy „Prawo prasowe” nie precyzują, jak należy rozumieć pojęcie adresu” - czy jako adres w stopce należy rozumieć wyłącznie nazwę miejscowości, ulicy, numeru budynku i zajmowanego przez redakcję lokalu, czy dopuszczalne jest w tym znaczeniu również podanie adresu internetowego. Gazeta nie rozwodzi się również nad drugim zarzutem. W materiale nie pojawia się informacja, że: „Dane zawarte w artykule, takie jak wizerunek, czy raczej fragment kopi dokumentu potwierdzające tożsamość, uwiarygodniały tezy publikacji.” Nie ma także najmniejszej wzmianki, o tym, że prokurator przywołała opinię profesor Ewy Ferenc-Szydełko, specjalizującej się w prawie własności intelektualnej, z której wynika iż wypowiedzi, nawet jeśli naruszają cudze dobro osobiste, mogą być usprawiedliwione, jeśli podyktowane były ważnym interesem społecznym.
Jako były już „podejrzany” mam nadzieję, że decyzja sopockiej prokuratury ostudzi odrobinę denuncjatorskie zapędy lokalnych genseków, a dziennikarzom uświadomi, że w wykonywanym przez nich zawodzie rzetelność - a nie lojalność wobec władz i wydawcy - jest najważniejsza.
