Jako dziecko myślałem, że dziennikarz, to „pisarz”, tyle że piszący do gazet. Te wyobrażenia wzięły się najprawdopodobniej stąd, że mój ojciec zajmował się pisaniem artykułów i książek, reportaży i sztuk teatralnych, felietonów i słuchowisk, wywiadów i bajek dla dzieci - a wszystko robił niemal jednocześnie. Był także moim prywatnym nauczycielem pisania. Czytając szkolne wypracowania, zwracał mi uwagę na rolę jaką w tekście odgrywać powinien walor artystyczny: kompozycja, fabuła, język, jakieś przesłanie - a więc solidny warsztat.

Czy nauczył mnie pisać? Nie wiem… Ale czy w ogóle można nauczyć się pisania?

Dziennikarzem z dyplomem można zostać już po trzech latach studiów. Wyższe uczelnie, oferujące wykształcenie w tym kierunku zaręczają, że zdobyta wiedza, praktyczne umiejętności i warsztat, gwarantuje adeptom dziennikarstwa zdobycie ciekawej i dobrze płatnej pracy w środkach masowego przekazu, w reklamie, promocji i rzecznictwie prasowym. W materiałach promocyjnych jednej z takich szkół wyczytałem, że: „podstawę nauki pisania stanowią przedmioty dotyczące poprawnego i sprawnego posługiwania się językiem polskim w mowie i piśmie. Duże znaczenie mają także zajęcia zapoznające studentów z warsztatem pracy dziennikarza, gatunkami dziennikarskimi oraz praktyki zawodowe, które zapewnią praktyczne umiejętności (...) Nacisk kładziony jest również na przygotowanie przyszłych dziennikarzy do pracy z samorządami lokalnymi, jako partnerami…”

Hmm… Czy rzeczywiście taki kurs „poprawnego i sprawnego posługiwania się językiem polskim”, a zwłaszcza „przygotowanie do współpracy z samorządami” wystarczy, by stać się uczciwym dziennikarzem? Czy młody człowiek, chcący opisywać otaczającą go rzeczywistość, będzie po takiej szkole w stanie robić to w sposób profesjonalny, a do tego rzetelny?

Niestety większość świeżo upieczonych „dyplomowanych dziennikarzy”, z którymi przyszło mi pracować, nie spełniało tych warunków - albo nie potrafili w ogóle pisać, albo pisali pod dyktando szefostwa gazety. Bywali i tacy, którzy „ściągali” cudze teksty z internetu i po przeredagowaniu dawali do publikacji, jako swoje. Ale najgorsi ci, którzy wzięli sobie do serca „współpracę z samorządami” i ograniczali się do podpisywania swoim nazwiskiem „gotowców” przygotowywanych przez rzeczników urzędów miast. Co najgorsze - większość młodych dziennikarzy miała i ma, jak to określają: „kompletnie wywalone” na to co piszą… I dlatego m.in. odszedłem z lokalnego dziennika (należącego do niemieckiego koncernu), i zająłem się tworzeniem własnej gazety.

Próbowałem także wrócić do pisania prozy, co nie jest ani proste, ani wdzięczne. Bycie pisarzem w III RP coraz bardziej przypomina bowiem uprawianie hobby. Książki prozą wychodzą w nakładach kilkuset egzemplarzy, poezja - kilkudziesięciu… Kontakt z czytelnikiem ograniczony jest do paru spotkań autorskich odbywanych w osiedlowych bibliotekach. A jednak, bycie pisarzem, pomimo że nie daje, konkretnych dochodów, wykształca to coś, czego nie posiadają młodzi adepci szkół dziennikarskich - niektórzy nazywają to talentem, inni „palcem Bożym”.

Czy pisania można się więc nauczyć? Czy może jest to cecha wrodzona - taka, jak kolor oczu, kształt nosa, charakter… Z tego co wiem, studia pisarskie przez długie lata były prowadzone w Związku Radzieckim. W Moskiewskim Instytucie Literatury im. Gorkiego kształcili się pisarze z całego Ost-bloku, w tym także z Polski. Niestety z miernym na ogół skutkiem.

Absolwent moskiewskiego Instytutu otrzymywał legitymację Związku Pisarzy Radzieckich i określone miejsce w hierarchii społecznej. Luksusowe - jak na ówczesne warunki - mieszkanie, kartki do literackiej stołówki, stypendia, skierowania do domów pracy twórczej i inne przywileje, o jakich przeciętni obywatele Kraju Rad mogli tylko sobie pomarzyć. W zamian dyplomowany pisarz miał obowiązek pisać powieści i poematy, portretujące klasę robotniczą z aktywem partyjnym na czele. Miał sławić przodujących komsomolców, kołchoźników, żołnierzy niezwyciężonej Armii Czerwonej. Musiał także uczestniczyć - w charakterze honorowego gościa - w budowie fabryk, kopalń, zapór wodnych i kanałów, mających zmienić warunki życia wyzwolonego z carskiego ucisku ludu.

Naukę pisania prozy prowadzi się także na Zachodzie, również w u nas. Tu jednak sprawa wygląda odrobinę inaczej. Dyplom ukończenia takiego kursu nie oznacza automatycznie pasowania na pisarza. Sławę połączoną z dużymi pieniędzmi uzyskują tylko nieliczni. Większość absolwentów „szkół pisania” to posiadacze zupełnie innych zawodów. Z wyjątkiem autorów bestsellerów, pisarze traktują swoją twórczość, jako drugie zajęcie, nie to które stanowi o podstawie finansowej rodziny. Pisanie zadawala ich ambicje, daje możność wypowiedzenia się na forum publicznym. Wielu pracuje w mediach, gdzie, jak już wspomniałem, bardzo przydaje im się umiejętność literackiego pisania.

Na ile więc, w pracy świeżo upieczonemu absolwentowi dziennikarstwa, pomocne są studia dziennikarskie? Moim zdaniem przydają się w stopniu niewielkim - takim samym mniej więcej, jak pisarzowi, wyższa szkoła literatury. Stylu, poprawności językowej i kompozycji, można się oczywiście nauczyć w szkole, ale o wiele większe i prawdziwsze doświadczenie zdobywa się w pracy, podczas staży i praktyk.

Niepodobna orzec, czy wykształcenie literackie potrzebne jest tylko pisarzom średniej klasy - wyrobnikom pióra - czy dotyczy także tych największych, tworzących dzieła epokowe. Na przykład czy Ernest Hemingway lub William Faulkner pisaliby jeszcze lepiej, gdyby zamiast poprzestać na szkole średniej ukończyli studia literackie? Osobiście mam co do tego poważne wątpliwości. Tak samo jak do nieustraszonego Nowozelandczyka, Petera Arnetta… Nie wierzę, że stałby się on jeszcze lepszym reporterem wojennym, gdyby zamiast Waitaki Boys High School, skończył studia dziennikarskie. Moim zdaniem owa sprawność nie jest bowiem możliwa bez talentu, bez tej przysłowiowej „iskry Bożej”.


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl