Jesteśmy już blisko 3 tygodnie po Nadzwyczajnym Zjeździe (Programowym!) Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Był to zjazd ważny, merytoryczny co się zowie, a do tego odbywany w atmosferze gorącej, atmosferze wskazującej na wagę omawianych spraw – ale także na zaniepokojenie, ba, frustrację środowiska dziennikarskiego stanem polskich mediów publicznych.
Zjazd przyjął około 30 ważnych i bardzo ważnych uchwał. Niektóre z nich realizować się będą (trzeba mieć nadzieję) w czasie rozciągniętym, dotyczą bowiem raczej negatywnych procesów niż zjawisk, które można usunąć łatwo praktycznie jedną decyzją. Ale są uchwały, do realizacji których przystąpić trzeba jak najszybciej – co wcale nie znaczy, że sprawa jest łatwa, że da się efekty osiągnąć „bez bólu”. Natomiast oczywiste jest, że im szybciej się to uruchomi, tym szkody, spowodowane przez patologiczne układy w mediach, będą mniejsze.
Mam tu na myśli przede wszystkim uchwały dotyczące spraw personalnych i strukturalnych – uchwałę domagającą się postawienia przed Trybunałem Konstytucyjnym członków Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, którzy z powodu swych nierealizowanych uprawnień oraz jawnego lekceważenia swych konstytucyjnych powinności petryfikują sytuację na rynku polskich mediów publicznych (osobna sprawa – czy tylko publicznych!!!) oraz postulat natychmiastowego odwołania Juliusza Brauna z funkcji prezesa Telewizji Polskiej SA. Te sprawy już powinny się toczyć, jeśli środowisko dziennikarskie nie chce się ośmieszyć, a uchwały jego zjazdu nie mają pozostać na papierze.
Nie mniej ważną jest sprawa ponad 400 dziennikarzy (wyłącznie twórców programów), wyrzuconych z TVP i przeniesionych do „firmy zewnętrznej”, gdzie się ich upokarza, proponuje np. zbieranie szyszek i strzyżenie psów (sic!). Zjazd obiecał tym kolegom wsparcie i trzeba się za to wziąć.
To, co działo się przed I turą wyborów prezydenckiej i zaraz po niej świadczy, że sytuacja zmienia się wyraźnie na… gorsze. Media publiczne już bez osłonek zachowują się tendencyjnie, wrogo wobec zwycięzcy owej I tury, kandydata opozycji Andrzeja Dudy. Co więcej – głównym tematem ich komentarzy i programów stała się od poniedziałku troska o… stan polskiej lewicy, a właściwie lewactwa, późnych neomarksistów spod znaku filozofii gender, związków partnerskich, radykalnego feminizmu i tym podobnych wynaturzeń. Oczy przecierało się ze zdumienia, gdy newsem dnia okazał się list piątki profesorów – lewaków (m.in. Środa, Hartman, Kik…) do „środowisk lewicowych”. Państwo profesorostwo deklarują pomoc koncepcyjną i wszelką inną, by lewica jak najszybciej się „pozbierała” i stworzyła jakieś nowe programy, nowe struktury etc.
Fakt, że w sytuacji zbliżającego się zupełnego przełomu politycznego w naszym kraju media publiczne zajmują się jakimś marginesem marginesu politycznego i społecznego, że nagłaśniają ludzi, chcących galwanizować zdychająca formację, konserwującą od lat nasze życia publiczne, ten fakt wskazuje, że choroba antynarodowa i antyspołeczna nadal toczy nasze media, choć gołym okiem widać, że powrotu do starego porządku już nie będzie, że oczekiwanie zasadniczej zmiany systemowej jest w co najmniej połowie Polaków ugruntowane i że są oni gotowi, ba, zdeterminowani oczekiwanie to wykrzyczeć głośno.
Jeżeli teraz środowisko dziennikarskie, środowisko mediów nie pójdzie za ciosem i nie zażąda od władzy decyzji co do zmian strukturalnych i personalnych w kierownictwie mediów, jego wysiłek koncepcyjny, jaki widać było wyraźnie w czasie kazimierskich obrad, zda się psu na budę, cała para pójdzie w gwizdek, a lewactwo umocni się na swych pozycjach. Słowem – nic się nie zmieni. To będzie prawdziwy dramat.
Nikogo, kto trzeźwy, nie trzeba chyba przekonywać, że media mają z punktu widzenia wizerunku życia politycznego i społecznego znaczenie absolutnie kluczowe. Nawet te nieliczne media „prawicowe” zdołały dotrzeć do Polaków z przekazem: Polsko, czas na zmianę. Pokazały to wyniki I tury wyborów prezydenckich, w których „strażnik żyrandola”, protektor „Polski Bezpieczniackiej” przegrał z kandydatem Polski niepodległej i suwerennej, Polski praworządnej, gospodarnej, Polski z przyszłością.
Tego ożywienia – i medialnego i obywatelskiego – nie można zmarnować. Na ludziach mediów spoczywa wielki obowiązek doprowadzenia tego, co się stało, do pomyślnego dla Polski końca.
