Zdjęcie z anteny TVP programu Jana Pospieszalskiego na trzy dni przed drugą turą wyborów… nie jest niczym zaskakującym. Właściwie można się było tego spodziewać od momentu, gdy autor wysłuchał, nagrał i podzielił się w widzami wiedzą o Bronisławie Komorowskim, jaką posiadają Wojciech Sumliński i Romuald Szeremietiew. Pytając przy okazji gości w studiu, czy jest to wiedza, którą powinni poznać wyborcy, zanim wybiorą głowę państwa na kolejną kadencję.

Oczywiście pytanie było retoryczne. Nie powinni. Są już na ten temat pisemne uzasadnienia zarówno przewodniczącego KRRiT, jak i prezesa TVP. Ten ostatni stwierdził, że wypowiedzi Sumlińskiego, Szeremietiewa, a także państwa Olewników „były dobrane w sposób naruszający zarówno zasadę rzetelności dziennikarskiej jak i obowiązki nadawcy publicznego”. Przewodniczący Jan Dworak poszedł krok dalej, jasno dając do zrozumienia, że zawieszenie jednego odcinka nie powinno być ostatnim słowem władz telewizji publicznej w tej kwestii: „Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji traktuje stanowisko zarządu TVP jako zapowiedź zmian dotyczących deontologicznego i etycznego aspektu audycji Jana Pospieszalskiego, liczy jednak przede wszystkim na skuteczność podejmowanych działań” – pisze przewodniczący do prezesa. I będzie rozliczał z tej skuteczności.

Cokolwiek byśmy nie powiedzieli, nie napisali czy nie pomyśleli o (jakiejkolwiek) kampanii wyborczej, ustalmy jedno: wyborca powinien mieć pełną wiedzę o ludziach, którym powierzony zostanie jego los, bezpieczeństwo i pieniądze. To jest moment przypominający zawarcie sakramentu małżeństwa. Jeśli ktoś „coś” wie o jakichś przeszkodach, niech powie teraz. Bo potem będzie za późno. Kandydaci mogą kalkulować, chować na siebie różne haki, mówić tylko to, co im w danym momencie pasuje. Powinnością dziennikarzy jest wyrzucać na ladę wszystko co mają. Po to, by towar został oceniony – potwierdzony lub zdezawuowany.

Myślę, że w krajach o bogatych tradycjach wyborczych ze zdumieniem przyjęto by fakt, że tak ważne fragmenty życiorysu urzędującego (i kandydującego) prezydenta objęte są embargiem, a każde wspomnienie o nich w medium publicznym traktowane jest jako łamanie wszelkich zasad.

A to Polska właśnie!

Teksty o relacjach prezydenta z WSI ukazały się co prawda w kilku tygodnikach, ale zostały otoczone medialnym kordonem sanitarnym przez wszystkie media elektroniczne (poza Wnet i Republiką). Przywołanie ich w TVP uznane zostało zaś za casus belli.

Naszą specyfiką jest też zaangażowanie dziennikarzy… nie tylko we wspieranie tego stanu rzeczy, ale w domaganie się karania tych, który ochronę medialną władzy naruszają. „Gazeta Wyborcza” przez tydzień prowadziła kampanię na rzecz zdjęcia z anteny programu Jana Pospieszalskiego, nie bacząc na fakt że tym samym zrywa ostatni kwiatek z siermiężnego kożucha TVP. „Seans nienawiści”, „pseudopublicystyczna audycja”, „eksces”, „ordynarna agitka” – to próbki stylu (styliska) Wojciecha Czuchnowskiego i Mariusza Jałoszewskiego, którzy wespół w zespół wezwali zarząd TVP, by zrobił wreszcie porządek z programem „Bliżej”.

Wezwanie ma swój dodatkowy aromat, bo zestawia Pospieszalskiego z duetem Lis&Karolak. Symetria, to mało powiedziane. Sprawcy najbardziej prymitywnej manipulacji w dziejach polskich mediów zostają w tekście przedstawieni jako wzór dobrych manier („natychmiast przeprosili za incydent, wyjaśniając że zostali wprowadzeni w błąd”), w odróżnieniu od „hejtera Pospieszalskiego”, który „milczy i zaciera ręce”.

Na powracające wciąż pytanie, czy to już standardy wschodnie, nasuwa się odpowiedź: blisko, coraz bliżej.

Piotr Legutko 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl