Z jakąż niechęcią, odrazą pisze w „Rzeczpospolitej” z 26 maja o prezydencie elekcie pogrobowiec Narodowej Demokracji, Artur Zawisza z Ruchu Narodowego.
Doświadczałem w minionej Polsce, że Narodowa Demokracja zza grobu sprzymierzała się z PPR/PZPR. W ideologii obu formacji było bowiem dużo zbieżnych wątków, dążeń, haseł, sloganów, frazesów. Na przykład postendecy: byli (i tylko tu dobrze) zdecydowanie antyniemieccy, chwalili Polskę w „granicach piastowskich”, aprobowali państwo narodowo jednorodne, deklarowali ostentacyjnie i krzykliwie patriotyzm, opowiadali się za przyjaźnią z Rosją, obojętnie jaka ona by była (to może najważniejsze pryncypium), półgębkiem w obawie przed opinią publiczną Zachodu (jeszcze wtedy proizraelską) opowiadali się przeciwko Żydom, apoteozowali rządy totalitarne etc. etc. Jedyne, co powinno różnić komunistów i endeków, to religia. A tę „narodowcy” już na początku lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, a zwłaszcza później, przehandlowali za cenę synekur w przymierzu z „przewodnią siłą narodu”. Personalnie pośrednikami w tym „biznesie” byli przed innymi Piasecki, Mazowiecki, Morawski. Nie wiem, kto wymyślił pojęcie księży patriotów, w każdym razie byli tacy i wyznając pogląd, że w imię patriotyzmu da się, i trzeba, skorelować katolicyzm z ateistycznym socjalizmem typu sowiecko-rosyjskiego szkodzili etyce Kościoła powszechnego, niezmiennej wszędzie od zarania. Przy czym PZPR ukrywała przed społeczeństwem owe afiliacje. Ale jawnie protegowała trzy (przynajmniej) stworzone przez siebie instytucje oszukańczo katolickie: stowarzyszenia PAX, chrześcijańsko-społeczne, częściowo „Znak”.
Rządząca partia do współpracy z ideologicznymi niedobitkami endecji, których - o dziwo! –dzisiaj jest coraz więcej, włączyła swych utajonych pretorianów ze Służby Bezpieczeństwa. Niektórzy wyśledzeni przez nich kontestatorzy w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy powstawały zręby zwycięskiej opozycji, otrzymywali z Londynu listy Jędrzeja Giertycha. W tych pisaniach wywodził on, że Polska jest państwem niepodległym i inna być nie może, dlatego działania antyreżymowe są szkodliwe, antypatriotyczne, przeciwne polskiej racji stanu, czyli - implicite dla nas – przeciwko podległości Związkowi Sowieckiemu. Nie wiem, i właściwie nie ma to dziś znaczenia, ilu opozycjonistów przejmowało od Giertycha tego rodzaju poglądy, natomiast jestem pewien, że esbecy dostarczali mu nazwiska i adresy opozycjonistów, których systematycznie inwigilowali. No bo kto inny mógłby je znać?
Symbioza endecji z lewicą przetrwała śmierć PZPR i PRL. Wszak Platforma „Obywatelska” wywodząca się w trochę pokrzywionej linii – dla niepoznaki – z Unii Demokratycznej o zdecydowanie prosocjalistycznym i prokomunistycznym profilu również akcentuje „gorący” patriotyzm i aż do przesytu, znudzenia przy każdej okazji odwołuje się do idei demokracji. Psychologowie twierdzą, że kłamstwo ma dwie główne cechy rozpoznawalne: opinie są przewerbalizowane i fakty nadmierne zwielokrotniane (te drugie czynności, zależnie od nasilenia, są już patologią i wtedy w nauce nazywają się perseweracją).
Taka rzeczywistość jest wymarzona dla postendeków; oni we wszelkich dewiacjach wzniecają lub wzmacniają swą aktywność. Toteż ideologicznie przylgnęli do Platformy „Obywatelskiej”, jak ongiś ich protoplaści wyznaniowi do PPR/PZPR i też im nie przeszkadza ledwo skrywany przed opinią publiczną antykatolicyzm tej partii; postendecy entuzjastycznie przyjmują także jej wrogość do największego ugrupowania opozycyjnego. Z tą różnicą, że Prawo i Sprawiedliwość jest dla Platformy realnym zagrożeniem w sprawowaniu władzy, dla Ruchu Narodowego zaś ideologicznie nieznośną repliką (w miniaturze oczywiście, miejmy jednak nadzieję, że tylko na razie w wielkim pomniejszeniu) koncepcji państwowo-niepodległościowych Piłsudskiego. Ale właściwie mam pretensję nie jedynie do Artura Zawiszy, że postponuje PiS, ostatecznie każdy może wypisywać głupstwa i filipiki, wszelako pod warunkiem, że uzasadnia je, przynajmniej stara się uzasadnić, faktami czy wskazywaniem przesłanek, nikogo nie obraża epitetami i pisze starannie – tak by odbiorca percypując tekst nie doznawał dyskomfortu. Jednakże obowiązek poprawności myślowo-językowej spoczywa nie tylko na autorze – za czytelniczą wartość tekstów ostatecznie odpowiada redaktor naczelny.
Nikt tekstów w dzienniku „Rzeczpospolita” nie adiustuje? Media w PRL były straszne, gdyż je d y n y m ich celem była indoktrynacja ideologiczna; nawet informacjom dziennikarze-redaktorzy nadawali (zwłaszcza w tytułach) znaczenia propagandowe. Dzisiaj mistrzowskim epigonami takiego prestidigitatorstwa sztuki manipulacji medialnej jest „Gazeta Wyborcza”, zwłaszcza jej naczelny, a prymitywniejszymi kilka tygodników oraz stacji telewizyjnych..
W prasie po 1956 r. poznikały już „psy łańcuchowe reakcji”, „zaplute karły reakcji”, zastąpiły je slogany: „Partia z narodem, naród z partią”, „Polska ludowa ojczyzną wszystkich Polaków”. Ten komunał wywiódł się z aksjologii endeckiej i utrwalał ją. W materiałach dziennikarskich, pełnych podobnych frazesów, nie pojawiały się jednak inwektywy i wulgaryzmy. Prekursorem. „argumentowania” za pomocą kalumnii stał się po roku 1989 – co za paradoks – były dziennikarz ”Polityki”, Jerzy Urban. Nadal pławi się w dziennikarskim słownictwie kloacznym.
Do arsenału podobnej leksyki sięgnął właśnie narodowiec Artur Zawisza. A redakcja umożliwiła mu upublicznienie słownictwa odrażającego. Oto przed drugim akapitem „Przypadkowego prezydenta” (str. 8) jest śródtytuł, prawdopodobnie nadany przez redaktora-adiustatora czcionką wytłuszczoną i większą „Zakapiory z PiS”. Poniżej w 15 wierszach wąskiej szpalty o szerokości trzech kwadratów autor „rozważa” ewenement wyboru Andrzeja Dudy na prezydenta i pisze m. in.. „Będąc miłym, miał zdobywać kolejne miliony, odróżniając się od zakapiorów z PiS. I nie w tym rzecz, czy formacja ta jest pełna zakapiorów, ale w tym, że tak to odbiera opinia publiczna pod wpływem znaczących mediów”. W krótkim akapicie Zawisza aż dwa razy używa „zakapiory”, więc razem ze śródtytułem to słowo - aż tak kolokwialne, że zbliżone do wulgaryzmu - jest tu użyte blisko siebie trzy razy. Po drugie – nie wiadomo, co „tak to odbiera opinia publiczna”, że w PiS jest pełno „zakapiorów”? Po trzecie – i najgorsze, że tego, proszę wybaczyć określenie, „zakapiorstwa” w dalszych wywodach postendeka nie widać. Przecież o każdym, kto konsekwentnie, bezkompromisowo wyraża konkretny system wartości da się tak brzydko i obelżywie powiedzieć. W PO i rządzi pełno „zakapiorów”, także w Kościele katolickim od wieków głoszącym wszędzie jednaką moralność. To słowo, ta ocena autora jest pozbawiona jakiekogokolwiek konkretu-faktu, spełnia tylko jedną funkcję – pomniejszyć, poniżyć, znieważyć; na domiar złego artykuł pisany jest tak nieporadnie, że aż zgrzyta, np.: „Trzeba jasno powiedzieć, że wystawiono go (Dudę - jw) jakby zamiast Jarosława Kaczyńskiego, żeby przegrał wybory zamiast niego”.
W indoktrynacyjnej prasie przed 1989 r. kierownicy działów, po nich sekretarze redakcji lub zastępcy uważnie, nieraz mozolnie adiustowali teksty przeznaczone do druku. W niektórych pismach, np. w niechlubnej pamięci „Żołnierzu Wolności” byli zatrudnieni na etatach adiustatorzy. Nie do pomyślenia było, żeby w pismach ogólnopolskich ukazywały się tak pisarsko niewydarzone teksty (pomijając przemówienia genseków). Ale to może i dobrze, bo Artur Zawisza przekonuje na łamach „Rzeczpospolitej”, że Ruch Narodowy tworzą osobnicy o umysłowości – mówiąc subtelnie - trudnej do podziwu.
Lecz co z prestiżem „Rzeczpospolitej”? Ulubionej mojej gazety. Na początku lat dziewięćdziesiątych minionego stulecia współpracowałem z dziennikiem i uczestniczyłem w dyskusjach redaktorów naczelnych, Dariusza Fikusa i Macieja Łukasiewicza, sekretarzy redakcji nad koncepcją winiety tytułowej. Opracowaliśmy inną niż dzisiaj - Orzeł umieszczony był centralnie nad literami i o wiele większy. Dziś zmalały jest, patrząc nań, z lewej strony winiety. Mniemam, że takie umieszczenie godła narodowego nie jest zamierzonym symbolem…
A wtedy gdyśmy nad tą winietą pracowali, ani redaktorzy naczelni, ani dwaj bracia Lutomscy, sekretarze, nie podpisaliby do druku materiału tak niezdarnego jak wypowiedź Artura Zawiszy..
Co się stało, „Rzeczpospolito”? Larum grają, a Ty nie adiustujesz, selekcji nie przyprowadzasz!
Jacek Wegner
