Platforma Obywatelska, która od 24 maja, tj. od porażki Pana Bula, małpuje dosłownie wszystkie działania głównych postaci PiS, licząc, że pozyska utracone poparcie (przy czym platformerska propaganda przedstawia te pomysły jako swoje i nowatorskie) rzuciła swą liderkę Ewę Peron – Kopacz na głęboką wodę: wysłała ją „w lud”, bo w Polskę jeździli najpierw Andrzej Duda, a teraz jeździ Beata Szydło, kandydatka na przyszłego premiera. Stratedzy PO uznali widać, że jak Kopacz będzie robiła to samo, co Szydło, to to będzie naprawdę to samo.
Cienkich, coraz cieńszych strategów ma Platforma. Można nawet odnieść wrażenie, że to zakamuflowana gra, obliczona na ostateczne skompromitowanie „lekarki z Szydłowca”, im dłużej bowiem trwają eskapady pani premier, tym bardziej się ona kompromituje. Natomiast mimo naprawdę wytężonych wysiłków propagandyści PO nie są w stanie złapać Beaty Szydło na niczym żenującym, ba, nawet na niczym niezręcznym, a prostackie „podśmiechujki” dziennikarskich funków z TVN, TVN 24 czy TVP ukazują jedynie ich rosnącą bezradność.
Skąd taka rozbieżność efektów wobec tej samej metody propagandowego działania?
Po pierwsze – z działaniem czysto propagandowym mamy do czynienia jedynie w wypadku wojaży pani Kopacz. Nie ma ona Polakom ani nic do powiedzenia ani nic do zaproponowania, a jeździ tylko dlatego, żeby nie okazać się gorszą od Beaty Szydło. Natomiast pani wiceprezes Prawa i Sprawiedliwości zagrzewa Polaków do ostatecznej walki w październiku, sonduje ich nastroje, informuje o zamiarach, wreszcie – słucha bolączek, potrzeb, nadziei.
Podobieństwo zatem obu działań jest pozorne.
Kandydatka PiS przygląda się Polsce, bierze nasze najważniejsze sprawy pod lupę, bada, gdzie potrzebna będzie najszybsza interwencja nowego rządu i w jaki sposób to ewentualnie przeprowadzić. To jest podróż przyszłego gospodarza kraju, który swe przyszłe obowiązki traktuje serio. To jest naprawdę uważny, wnikliwy ogląd Polski, analiza polskich problemów, robiona po to, by później nie świecić oczami, a zmieniać to, co zmian wymaga.
Pani Kopacz, choć może intencje ma i dobre (w co można jednak wątpić, idzie raczej wyłącznie o trwanie przy władzy!), nie rozumie, czemu takie działanie ma służyć. Przecież ona nie potrafi myśleć inaczej, niż myśli. Toteż zabiera się do swego dzieła dokładnie według zasady a robours: sprawdza, jak w zwierciadle, czy dostatecznie podoba się Polakom, by móc myśleć o październikowym zwycięstwie. Jak w znanej bajce: „Lustereczko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie?!” Pani Kopacz stara się być tą najpiękniejszą: chce być „równiachą”, więc tęskni w kolejowym barze za kaszanką, a naciskających dziennikarzy prosi: ”Dacie ze dwa gryzy?” Bo niby taka głodna, a oni nawet posilić się nie dadzą. Jakiegoś zażenowanego półmózgowca pyta w pociągu podmiejskim, jak powinno się jego zdaniem rządzić, co powinni robić posłowie; czyli jest demokratką (na czas podróży na trasie Warszawa – Legionowo!). Słowem – dla każdego coś miłego.
Ale przecież z tego nic, literalnie nic nie wynika. Ludzie, jak to ludzie: pogapią się i pójdą. Jednak dla pani Kopacz najważniejsze jest, że jej nie wygwizdali, nie obrzucili zgniłymi jajami, nie zelżyli. „Czyli nie jest źle” – myśli premier rządu jednego z największych państw w Europie. Lustereczko jeszcze nie mętnieje, nie pokazuje się w nim twarz inna, niż samej zainteresowanej.
To jest właśnie zasadnicza różnica między tymi podróżami. Małpie naśladownictwo nigdy i nigdzie nie wygrało z autentykiem, z oryginałem. W polityce ta reguła sprawdza się w sposób szczególny.
