Dziś chyba już coraz mniej ludzi ma wątpliwości, ze należy powołać komisję śledczą do zbadania wypowiedzi oraz faktów, które pojawiły się w podsłuchanych rozmowach polityków. Należałoby na przykład zbadać, czy był deal pomiędzy Sienkiewiczem a Belką dotyczący Rostowskiego, czy Wojtunik mówił prawdę o prowokacji spalenia budki strażniczej, czy Kalisz posiadał faktyczne informacje od gen. Noska, itd., itp. Dziś już widać, że Prokuratura tych spraw raczej nie wyjaśni. Ale może najciemniej właśnie pod latarnią?
„Nic się nie stało” - taki jest tytuł artykułu Cezarego Gmyza w „Do Rzeczy” (nr 29 z 13-19 lipca 2015), analizującego reakcje Ryszarda Kalisza i generała Janusza Noska po opublikowaniu treści taśm, z których wynika, że Kalisz został poinformowany przez Noska o dowodach korupcji sięgającej ministra Siemoniaka i jeszcze wyżej. Oczywiście, Nosek zaprzeczył, żeby cokolwiek mówił Kaliszowi o Siemoniaku, a sam Kalisz szefa MON przeprosił. Zatem, kolejny raz sprawa została rozwodniona. A przepraszam, nie całkowicie, bo poseł Ryszard Kalisz oraz były prezydent Aleksander Kwaśniewski zapowiedzieli, że pozwą redakcje „Tygodnika Do Rzeczy", „Fakt" i „Super Express" za publikację treści nagrania z ich podsłuchanej rozmowy. Zapowiada się ciekawy proces, bo przy okazji sprawy o naruszenie dóbr osobistych być może dowiemy się czegoś o przedmiocie tych rozmów. Jeśli tak miałoby być, to wątpię, czy rzeczywiście politycy (a właściwie tylko jeden z nich, Ryszard Kalisz), będą naprawdę zainteresowani nadawaniem tej sprawie ciągu dalszego. Jeśli więc nie oni, to kto? Myślę, że opinia publiczna chciałaby znać odpowiedź na pytania postawione przeze mnie w pierwszym akapicie. A – jak na razie – na prokuraturę w tej sprawie liczyć raczej nie można, bo jak donosi Mariusz Kowalewski w tygodniku „Wprost” (z 13-19 lipca) działanie prokuratury uniemożliwiło dotarcie do osoby, która zlecała nagrywanie polityków! Ponoć na tropie dysponenta taśm było CBA... Tymczasem Cezary Gmyz pisze, że prokuratura podejrzewa, że nagrania przekazane przez Wojtunika (chodzi o 11 taśm, które agenci CBA otrzymali ponoć w styczniu 2105 roku) mogły znajdować się w posiadaniu CBA przed wybuchem afery taśmowej. Gmyz stawia tezę, że „Do służb miały zostać przekazane przez biznesmena Marka Falentę, który został zarejestrowany jako źródło informacji CBA o kryptonimie Prefekt”. Przyznacie Państwo, że niełatwo poruszać się w tym gąszczu podejrzeń i przypuszczeń. Tym bardziej, że z uwagi na prawdopodobny konflikt pomiędzy CBA a Prokuraturą sprawę należałoby oddać w inne ręce, w ręce sejmowej komisji śledczej.
Swoją prawdę do dyskusji o taśmach dorzucili publicyści „Newsweeka” (nr 29/2015) . Z artykułu Michała Krzymowskiego i Wojciecha Cieśli wynika, że Marek Falenta, główny podejrzany w aferze podsłuchowej, był informatorem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i CBA. Autorzy przedstawiają też domysły, kto stał za upublicznieniem nagrań i kto był zleceniodawcą. W czasie przesłuchania byłego dyrektora CBA padają trzy zasłyszane hipotezy (że było to):
1) środowisko aktualnych i byłych funkcjonariuszy CBŚ, którzy porozumieli się z szefem CBA Pawłem Wojtunikiem;
2) środowisko byłego szefa WSI gen. Marka Dukaczewskiego; 3) były szef CBA Mariusz Kamiński i jego ludzie. „Newsweek” eksploatuje ostatnią koncepcję i szeroko rozpisuje się o kontaktach Falenty z politykami PiS.
Każdy z tygodników inaczej rozkłada akcenty i gdzie indziej poszukuje odpowiedzi na pytanie „kto za tym stoi”. Wspólnym mianownikiem jest jednak przekonanie, że Prokuratura, o ile nie torpeduje śledztwa, to jednak nie posuwa go do przodu. Wydaje się, że po roku dociekań nie posunęliśmy się w odkrywaniu kulisów tej sprawy. Dlatego czas najwyższy – i powtórzę to po raz trzeci – by powołać specjalną komisję śledczą do wyjaśnienia afery podsłuchowej.
Marek Palczewski
16 lipca 2015
