Na początek wyjaśnijmy od razu, że nie idzie tu o świątynię sportu, choć za taką niektórzy kibice zapewne ten „niedopleciony koszyk” (jak „Narodowy” ochrzciła warszawska ulica) uważają. Idzie o rekolekcje na sportowym stadionie w Warszawie, które to rekolekcje prowadził charyzmatyczny ponoć afrykański biskup John Nashabora.
Ponoć 40 tys. ludzi przyszło tam 18 VII, by wziąć udział w wielkiej zbiorowej akcji religijnej z afrykańskim biskupem. Jakoś mi zapowiedzi tego wydarzenia umknęły, ale nawet gdybym wiedział wcześniej, nie poszedłbym.
Z kilku powodów.
Po pierwsze to miejsce zawsze już kojarzyć mi się będzie z Tuskowskim humbugiem pt. Euro 2012. Brzydka ta budowla pochłonęła gigantyczne pieniądze z bardzo marnym skutkiem i licznymi wciąż, groteskowymi wręcz kłopotami. Jestem wrogiem polskiej piłki nożnej, która wyzwala w tzw. kibicach bandycko-zwierzęce instynkty, zaś o efektach sportowych lepiej nie wspominać, ale o to mniejsza; ważniejsze, że ów stadion służył i będzie służyć bardzo różnym celom, głównie komercyjnym, czasem kompletnie idiotycznym, jak zawody windsurfingowe (sic!), kiedy to płytę zamieniono w basen, a wiaterek zapewniały mega-wentylatory.
Paranoja!
Żartowałem nawet zaraz po tym iwencie, że pójdę na „Narodowy” dopiero na konkurs skoków na – powiedzmy – średniej krokwi albo na slalom - gigant.
Ale – ad rem.
Oprócz – po drugie - uroczystości typowo religijnych, które odbywają się w stosownych do tego miejscach, nie jestem zwolennikiem religii masowej, tłumnej. Z czym innym kojarzą mi się wiara, skupienie, modlitwa.
Ale to, powiedzmy, prywatna idiosynkrazja, są tacy, którzy bardzo tego typu przedsięwzięcia popierają i cenią.
Po trzecie - nie rozumiem, dlaczego potrzeba aż afrykańskiego biskupa, żeby zebrać tylu wiernych. Snobizm to dziwny, typowy niestety dla dzisiejszych Polaków, dla których wciąż gadżet jest ważniejszy niż treść. Codzienne życie w Polsce pokazuje, że nie ma zbyt silnego przełożenia deklarowanych wartości na codzienną praktykę - na stosunek do bliźnich, a przede wszystkim na z a s a d y wyznawanej wiary. To, że nagle na czyjś zew gdzieś w dziwnym miejscu zbierają się dziesiątki tysięcy wiernych, wydaje mi się podejrzane: to gadżetowa wiara, nic więcej. Jeśli nie dla wszystkich, to z pewnością dla większości.
Wreszcie - nie wyobrażam sobie modlitwy, prawdziwej modlitwy w takim miejscu, w takich warunkach.
Na koniec - ciekaw jestem, ile wynajęcie tej "świątyni" kosztowało i kto za to zapłacił.
