Polskie media poinformowały właśnie o zatrzymaniu mecenasa Marcina D. Wiadomo, kim jest, skoro słyszymy, że to zięć Lecha Kaczyńskiego. Niemniej nazwiska prawnika podawać nie wolno. Te dziwaczne reguły i wymuszone obowiązującymi przepisami próby ich obchodzenia od dawna wołają o reformę.
Polskim dziennikarzom nie wolno podawać nazwisk osób podejrzanych o popełnienie przestępstw. Nawet, jeśli przytaczają takie szczegóły ich życiorysu, że wszyscy i tak wiedzą, o kogo chodzi. W krajach anglosaskich takie zasady nie obowiązują. Czy na pewno to ich media nie służą interesowi publicznemu?
Polskie reguły prawne prowadzą do pomylenia hierarchii dóbr. „Fakt” opublikował zdjęcie zamordowanej siekierą 10-letniej Kamilki, ale nie pokaże facjaty oprawcy – Samuela N. Przecież prawo tego zabrania, bo dobra osobiste podejrzanego trzeba chronić. Media dokładnie też informują o Marcinie D., pikselując wprawdzie jego twarz, ale w taki sposób, że rysy są de facto widoczne.
Wyłamał się tylko „Super Express”, który podaje nazwisko męża Marty Kaczyńskiej, bo doskonale wie, że wystarczy mniej niż 10 sekund poszukiwań w google, by jego dane znaleźć. Tabloid zrobił słusznie, skoro od dawna kpimy z publikacji w rodzaju „Przemysław W., syn Lecha Wałęsy”. W dodatku w tych samych wydaniach (często na tej samej stronie) gazet informujących o mecenasie D. znajdziemy nazwisko Ajuba El Khazzaniego, Marokańczyka, który zaatakował pasażerów pociągu Amsterdam-Paryż, a nawet obejrzymy jego zdjęcie. „Naszych” przestępców zatem chronimy, „cudzych” piętnujemy bez litości.
Polska prokuratura i sądy absolutnie nie godzą się na ujawnianie danych osób podejrzanych. Ba, w lutym 2009 roku Sąd Apelacyjny w Warszawie przypomniał, że zakaz podawania przez media nazwisk podejrzanych obejmuje także osoby pełniące funkcje publiczne. Taki wyrok zapadł w sprawie cywilnej Piotra K. przeciwko redakcji dziennika „Puls Biznesu". I co z tego, że nasze prawo prasowe jest krytykowane za archaiczny sposób regulowania tej materii?
Piotr K. był podejrzany o działanie na szkodę spółki, w której był członkiem zarządu. Gazeta podała jego imię i nazwisko, bo te figurowały w prospekcie emisyjnym, a podejrzany był osobą publiczną jako członek władz spółki giełdowej. Sąd odrzucił te argumenty i uznał, że o uchyleniu zakazu podawania nazwiska może decydować prokurator i sąd, a nie dziennikarz.
Niemniej, skoro tak łatwo odnaleźć dane Piotra K., ustawowa ochrona była fikcją. To dlatego media decydują się czasem złamać istniejące zakazy. I próbują iść drogą Anglosasów, zwłaszcza prasy amerykańskiej, której wolno podać niemal wszystko, o ile dane już raz znalazły się „w domenie publicznej”. A ta rozumiana jest bardzo szeroko. Jak w kontrowersyjnym przypadku gwałtu na 17-latce z roku 1971, kiedy amerykańscy dziennikarze podali nawet nazwisko ofiary zbrodni. I wygrali proces, jaki wytoczyła im rodzina nastolatki, bo – jak podkreślił sąd - uzyskali nazwisko poszkodowanej z oficjalnego źródła – w tym wypadku z akt prokuratorskich.
To być może zbyt daleko idąca jawność wszelkich procesowych danych. Niemniej medialna zabawa w kotka i myszkę z prokuraturą i sądem jest równie kontrowersyjna. W dodatku nieskuteczna, osłabia więc zaufanie do wymiaru sprawiedliwości znad Wisły. Słusznie robi zatem „Super Express”, tym bardziej, że mężowi Marty Kaczyńskiej żadnych zarzutów dotąd nie przedstawiono.
Ewa Łosińska
