O tym, że Polacy to durnie, „ksenofoby” i rasiści, chyba nie trzeba nikogo przekonywać. Przynajmniej w Niemczech . W Polsce, zwanej przez obywateli poprawnych politycznie „tym krajem”, jednak ta, jakże piękna teza, nadal nie do wszystkich dotarła. Szczęśliwym trafem żona byłego ministra spraw zagranicznych raczyła nam o tym przypomnieć.
Joby, joby, i jeszcze raz joby. Joby w Węgrów, joby w Polaków, joby we wschodnich Europejczyków „in allgemeine”. Ale szczególnie w Polaków. W tych głupich, ciemnych, po wschodniemu zacofanych, pszenno-żytnich „katoli”, co to śpią w robocie na styropianie, żłopią wódę z flaszki, kradną niemieckie samochody i nie wiedzą, jaką wspaniałą ideą jest kosmopolityzm, postęp, polityczna poprawność, in vitro, gender i brak tożsamości narodowej…
Ksenofobia po pomorsku
A mogłoby być tak fajnie, tak europejsko. Mogłoby gdyby… - „gdyby nas piękniej i lepiej kuszono”? Może raczej uczono, bo z kuszeniem, jakoś nie wyszło. Nawet redaktor Michnik nie dał rady polskiemu kołtunowi… I kiedy pomyślałem, że już wszystko stracone, że pozostaniemy na wieki pośmiewiskiem międzynarodowej społeczności, zjawiła się ona - Anne Elizabeth Applebaum, po mężu Sikorska.
Żona Radzia S. „zaćwierkała” i od razu zrobiło mi się lżej na duszy. Lokatorka dworu w Chobielinie pod Szubinem napisała na tweeterze tak: „Kraje Europy Wschodniej niezainteresowane pomocą w rozwiązaniu kryzysu uchodźczego powinny przygotować się na utratę zainteresowania nimi i ich problemami przez resztę Unii Europejskiej”. Oznacza to mniej więcej tyle, że jeśli nie przyjmiemy odpowiedniej liczby imigrantów, to zostaną nam odcięte fundusze unijne. Podobne zdanie ma również były szef jej męża, Donald Tusk, który uważa, że „kraje, które nie są bezpośrednio dotknięte kryzysem imigranckim, ale doświadczyły kiedyś solidarności od UE, powinny okazać ją tym w potrzebie”. Stanowisko to zgodne jest przypadkiem ze stanowiskiem pani Merkel, która chciałaby znacznie ograniczyć napływ imigrantów do Niemiec, a ciężar ich rozlokowania w Europie przerzucić m.in. na Polaków.
Pani Applebaum, a tym bardziej pana Tuska należy bezwzględnie słuchać - nawet jeśli nie wiedzą, co mówią. Przyjmijmy jednak, że tym razem wiedzą... Na potwierdzenie polskiej ksenofobii i braku solidarności z imigrantami dwa przykłady z Gdańska.
Pierwszy to Nadbałtyckie Centrum Kultury, będące na Wybrzeżu głównym miejscem promocji i edukacji kultury oficjalnej - od lat rządzi tu pan Lawrence Okey Ugwu, zwany po prostu Larrym. Larry jest rzeczywiście OK i to, co o nim piszą, to szczera prawda: „Larry jest zjawiskiem o ogromnej sile oddziaływania. Nie sposób wyliczyć wszystkich jego wcieleń i etapów artystycznych, a także zawodowych. Jest on bez wątpienia jedyną osobą która udowodniła, iż można jednocześnie być artystą i urzędnikiem”. Gdyby jeszcze nie był tak ślepo posłuszny swojemu zwierzchnikowi, to można było by go uznać za wzorzec artysty-urzędnika i wysłać do Międzynarodowego Biura Miar w Sèvres pod Paryżem.
Drugim przykładem polskiego rasizmu jest Europejskie Centrum Solidarności. Tu od roku 2011 r. edukuje i krzewi polskość pan Basil Kerski - „polsko-niemiecki menadżer kultury, redaktor, politolog i eseista pochodzenia polsko-irackiego”.
Nawet Wałęsa był przeciw
Kerski to postać ciekawa, więc przyjrzyjmy mu się nieco dokładniej…
Nominacja Kerskiego na dyrektora ECS wywołała kilka lat temu burzę. Na wieść o decyzji prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, nawet Lech Wałęsa postanowił wycofać się z rady programowej Centrum. Obrażeni poczuli się także ówcześni posłowie Jerzy Borowczak (PO) i Bogdan Lis (SD). Unieważnienia konkursu żądało oczywiście Prawo i Sprawiedliwość. Nominacja Kerskiego spowodowała również głęboką konsternację w środowisku Polonii Niemieckiej.
Sprawa z pozoru wydawać by się mogła banalna, ale skoro zarzuca się nam rasizm i ksenofobię, to może jednak warto byłoby udowodnić, że się nie jest wielbłądem.
No więc było to tak… Po zdymisjonowaniu poprzedniego szefa ECS, dominikanina Macieja Zięby, władze Gdańska ogłosiły konkurs na jego następcę. Do wyścigu stanęło sześć osób. Jako ostatni swoje CV dosłał Basil Kierski, naczelny redaktor dwujęzycznego, polsko-niemieckiego pisma „Dialog”. Konkurs został rozstrzygnięty 2 marca 2011 r. i ostatni, wedle biblijnej zapowiedzi, okazał się pierwszym.
Basil Kerski urodził się w 1969 roku w Gdańsku, z matki Polki i ojca Irakijczyka. Mając 10 lat przeniósł się wraz z rodziną do Berlina Zachodniego. W roku 1986 zrzekł się polskiego obywatelstwa. Ukończył politologię i slawistykę. Później pracował w wielu szacownych instytucjach – amerykańskich i niemieckich m.in. w Bundestagu. Od 1998 r. redagował dwujęzyczny kwartalnik „Dialog” - kreowany na „polsko-niemiecką agorę w środku Europy”. Słowem - najwłaściwszy kandydat z właściwych… Szkopuł w tym, że przystępując do konkursu o stanowisko szefa ECS, Kerski nie był obywatelem RP. Nie był jednak również „echte Deutschem” – bo narodowość za Odrą wyznacza „krew”, a nie „ziemia”. Ale to już problem rodaków Kerskiego, nie nasz. Nasz polega na czymś zupełnie innym.
10 czerwca 2008 r., Basil Kerski udzielił wywiadu lewicowemu „Berliner Zeitung”. Powiedział w nim co następuje: „Ojczyzną jest dla mnie miejsce, gdzie jest moja miłość i gdzie urodziły się moje dzieci, a więc Berlin.”.
Nic dziwnego, że po takim credo, niemieccy Polonusi dostali czkawki. Niektórzy snuli nawet dywagacje, czy aby nominacja ta nie była nagrodą za antypolską postawę Kerskiego - naczelny „Dialogu” miał rzekomo utrudniać zjednoczenie polonijnych organizacji w Niemczech, aby tym samym uniemożliwiać im jak najdłużej spełnienie warunków polsko-niemieckiego „Traktatu o dobrym sąsiedztwie” (umowa z 17.06.1991 r., zakłada, że Polacy w Niemczech i Niemcy w Polsce muszą być reprezentowani przez jedną tzw. organizację dachową, zaś Federalny Związek Towarzystw Niemiecko-Polskich, który jest wydawcą „Dialogu” i zrzesza ponad 50 Towarzystw Niemiecko-Polskich w Niemczech, uporczywie odmawiał do niej przystąpienia).
Wszyscy ludzie premiera
Rzeczywiście finansowanie „Dialogu” jest sprawą dosyć zagadkową - jak wspomniałem wydawcą pisma jest Deutsch-Polnische Gesellschaft Bundesverband e.V. , a głównymi sponsorami niemieckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej. Fundacja ta jedynie w roku 2009 na działalność trzyosobowej redakcji „Dialogu” wyłożyła ponad 600 tys. złotych. W latach 1994 - 2005 pismo otrzymało od niej łącznie prawie 5,5 mln złotych. Kolejne 5 mln 342 tys. zł w tym samym okresie wpłaciło na konto „Dialogu” niemieckie MSZ. Oznacza to, że rocznie organ Kerskiego dostawał ok. milion złotych subwencji.
O takich funduszach inni wydawcy polskojęzycznych periodyków w Niemczech mogą jedynie pomarzyć. Zwykle dofinansowanie ze „Wspólnoty Polskiej” nie przekracza kilku tysięcy złotych w skali roku. Niemcy na polskie inicjatywy wydawnicze z reguły pieniędzy w ogóle nie dają - wiem coś na ten temat, bo sam przez 8 lat wydawałem nad Jeziorem Bodeńskim kwartalnik społeczno-kulturalny „b1”.
Skąd więc ta hojność niemieckich i polskich sponsorów? Adherenci Kerskiego odpowiadają krótko: bo to wybitny znawca polsko-niemieckich problemów. Przeciwnicy twierdzą jednak, że powód był inny…
Basil Kerski objął fotel naczelnego „Dialogu” w roku 1998. Przed nim wydawnictwu szefował Günter Filter i Adam Krzemiński z „Polityki”. W tym mniej więcej czasie Kerski rozpoczął ścisłą współpracę z gdańskim „Przeglądem Politycznym”, założonym w 1983 roku przez… Donalda Tuska i Wojciecha Dudę, od 2007 głównego doradcę premiera.
I tu ponoć leży pies pogrzebany – właśnie w wyniku tego berlińsko-gdańskiego mariażu miała nastąpić erupcja dotacji dla „Dialogu”. Ale pewnie to tylko plotki…
Plotką natomiast nie jest to, że dokumenty Kerskiego, jako kandydata na szefa ECS, nie wpłynęły do Gdańska na czas. Nasz bohater wysłał je 24 stycznia 2011 r. listem poleconym z Berlina (był to ostatni dzień przewidziany w regulaminie). Przesyłka doszła do Gdańska 10 dni po terminie. Pieczątka, która na niej widniała, była stemplem Deutsche Post, co zdaniem oponentów zdyskwalifikowało Kerskiego w przedbiegach. Kodeks postępowania administracyjnego kwestię tę reguluje bowiem jednoznacznie: „Termin uważa się za zachowany, jeżeli przed jego upływem pismo zostało nadane w polskiej placówce pocztowej operatora publicznego”. Obszerniej nad tym problemem rozwodziła się w liście otwartym do prezydenta Gdańska ówczesna senator PiS Dorota Arciszewska-Mielewczyk, która sugerowała, że wybór szefa ECS mógł się odbyć niezgodnie z przepisami obowiązującego w Polsce prawa.
Ale co tam prawo, ważne że zachowana została poprawność polityczna…
Dziadek w Wehrmachcie
Senator PiS może i dałoby się jakoś obejść, ale Kerski na stolcu dyrektora ECS nie spodobał się Lechowi Wałęsie. A to już był poważny kłopot. Były prezydent RP liczył bowiem, że na stanowisko szefa Centrum zostanie mianowany poseł SD Bogdan Lis, który twierdził, że konkurs został ustawiony w taki sposób, aby nie mógł on w nim wystartować. W regulaminie znalazł się bowiem punkt, który zakładał, że kandydat musi władać obcymi językami i mieć wyższe wykształcenie. Nie było w nim natomiast mowy o posiadaniu obywatelstwa polskiego, co otworzyło drzwi do ECS obywatelowi Niemiec.
Kerski najwyraźniej nie przypadł do gustu również paru innym osobom, m.in. posłowi PO Jerzemu Borowczakowi, oraz posłom PiS Andrzejowi Jaworskiemu i Zbigniewowi Kozakowi. Decyzją Pawła Adamowicza oburzyli się również radni Klubu PiS w Sejmiku Województwa Pomorskiego. W liście do prezydenta Gdańska zażądali oni unieważnienia konkursu, sugerując, że „Kerski, kierując polską instytucją kultury, jaką winno stać się ECS, będzie miał na względzie nie polską, a niemiecką rację stanu”. Rzecznik prezydenta Adamowicza, a zarazem poeta Antoni Pawlak nie pozostał im dłużny: „To rozumowanie w stylu Władysława Gomułki, bo to on ciągle straszył Niemcami”. Dodał także, że „Kerski nie miał dziadka w Wehrmachcie”.
Parę dni później inny gdański pisarz, Mieczysław Abramowicz, napisał na stronie FB Pawlaka komentarz, wprawdzie na temat innej notki, ale moim zdaniem pasujący jak ulał do kwestii Kerskiego i ECS. „Strasznie to wszystko popier.... jest”. „No nie da się ukryć. Niestety nie da – odpowiedział mu poeta-urzędnik.
No cóż, po takim dictum jakakolwiek dodatkowa puenta wydaje się chyba zbędna. Żeby tak człowiek jeszcze wiedział, o co w tym wszystkim chodzi pani Appelbaum, to w „tym kraju” byłoby już całkiem fajnie. Nawet z milionem bezdomnych i bezrobotnych uchodźców z całej Afryki i połowy Azji.
