Pierwsze dwa wiersze komentarza redaktora naczelnego, Bogusława Chraboty, zaczynają się od słów Jezusa z Jego słynnej mowy o pomaganiu najmniejszym: „Byłem przybyszem i przyjęliście Mnie…”. Autor, pragnący uchodzić za klerka, jawi się nagle jako ultrachrześcijanin, nawet tytuł - niemetaforyczny ani publicystyczny, po prostu dobitnie informacyjny: „Chrześcijański obowiązek” - nie pozostawia tu wątpliwości.
Tak, oczywiście, chodzi o problem imigrantów. Rozpala on opinię publiczną Polski, Europy i częściowo Stanów Zjednoczonych; u nas rozłamuje ją na dwoje, kontrastuje postawy społeczeństwa bodaj głębiej niż dotychczasowy antagonizm PiS-PO, a nade wszystko gmatwa aksjologię narodową i państwową.
Mamy zatem nową polaryzację odwracającą scenę polityczną o 180 stopni. Jej przejaw medialny byłby chwalebny: w jednym numerze „Rzeczpospolitej” (7 września) na stronie drugiej w lewym górnym rogu, w miejscu najbardziej „percepcyjnym”, ów właśnie tekst Chraboty, trochę poniżej, pod rysunkiem satyrycznym, wypowiedź Tomasza Terlikowskiego pt. „Samobójcza histeria moralna” na ten sam temat, acz przeciwstawnie ujęty. Podejrzewam, że ta kompozycja dialektyczna jest wynikiem świadomego działania redaktora naczelnego – dla uwydatnienia bezstronności gazety, w której mogą się ścierać wszelkie opinie, oceny. I chwała mu za to.
Bo trudno w istocie jednoznacznie ocenić powstałą rzeczywistość paradoksalną – za obowiązkiem moralnym wobec uchodźców opowiada się lewica i Kościół, prawica jest przeciwko; czyżby były to popłuczyny dogmatów endeckich o państwie jednolitym narodowo? Tomasz Terlikowski tak jest przeciwny imigrantom, że ima się obelgi językowo absurdalnej. No bo czyż określenie „histeria moralna”, trzy razy użyte: w tytule i później dwa razy w krótkim tekście, nie obraża wszystkich, bez różnicy wiary i niewiary, wrażliwych czy – zgoda! - nadwrażliwych duchowo? Ową „histerią moralną” jest wedle tego publicysty katolickiego (sic!) użalanie się nad losem uciekinierów z Bliskiego Wschodu oraz Afryki i gotowość (głównie i na razie werbalna) przyjęcia ich do naszej ojczyzny. A nie mógł Terlikowski napisać: egzaltacja chrześcijańska? Byłoby subtelniej, nikogo by nie obrażało, językowo by nie zgrzytało i rzecz jasna nie zatracałoby walorów polemicznych, atrybutu każdej dobrej publicystyki..
Więc podsumujmy ten wątek: redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” jest za otworzeniem przed uchodźcami naszego ojczystego domu, Terlikowski - przeciw. Wyraża to uczucie (bo trudno tu mówić o rozumowaniu), bez kontroli semantycznej. I – pomyślmy – takie przeczące sobie enuncjacje wydrukowane, jak rzekłem, obok siebie. Nie ma chyba we współczesnej prasie lepszego przykładu tzw. obiektywizmu. Byłoby to godne podziwu i chwalby, gdyby…, gdyby Terlikowski miarkował język. Ale że w tej publikacji tego nie czyni, to wina redaktora naczelnego, który nie powinien dopuścić do takiej swobody frazeologicznej.
Na przeciwległym biegunie jest lewicowy (koniunkturalnie) publicysta Jacek Żakowski, który z kolei obraża większość, niestety, Polaków sprzeciwiających się postulatowi przyjmowania imigrantów; nazywa ich – tych z owej większości - też nie miarkując słów, „chrześcijańskimi nazistami” (podaję za „Rzeczpospolitą” z 9 bm.). Oba zwroty – Terlikowskiego i Żakowskiego - są pozbawione krztyny delikatności i nadto dziwaczne, natomiast przejawiają dążność ich użytkowników do spostponowania inaczej myślących (chciałoby się powiedzieć trywialnie, za to dobitniej: dokopania swym adwersarzom).
W sukurs Terlikowskiemu idą niektórzy publicyści, nawet z naszego portalu, uznając na przykład biskupa Wiednia, który po wypowiedzi papieża wezwał społeczność katolicką do przyjmowania uciekających ze swych płonących ojczyzn, za „niespełna rozumu”. W Polsce abp Józef Michalik napisał („Rzeczpospolita” z 8 września), że „Caritas Polska już od kilku tygodni prowadzi rozmowy z diecezjami i parafiami o przyjęciu imigrantów”. Znaczy - popadł w „histerię moralną”, „postradał zmysły”. Ale przynajmniej Żakowski nie oskarży go o „chrześcijański nazizm”… Nawiasem mówiąc, stało się to, co postulowałem niedawno w tym miejscu, że Kościół odezwał się wreszcie w sprawie imigrantów, i to odezwał się po chrześcijańsku; echem (mam nadzieję, że nie fałszywym) tego głosu jest wspomniana na początku wypowiedź Bogusława Chraboty. Lecz do działań Kościoła powinien włączyć się rząd i odwrotnie do poczynań rządu – Kościół, na przykład wspólnie obmyślić jakieś finansowanie przybywających obcych. Na pewno znalazłyby się środki, tylko trzeba c h c i e ć je dostrzec i rozsądnie nimi zarządzać (wspólnie patrząc sobie na ręce…).
Oczywiście dylemat: zgodzić się na przybycie do nas tysięcy, a może niebawem setek tysięcy uchodźców, czy zamknąć przed nimi naszą ojczyznę - jest więcej niż poważny, jest g r o ź n y. I różne nonsensowne dziwolągi frazeologiczne, jakich używają po dwu stronach barykady imigracyjnej Terlikowski i Żakowski, nic tu nie poradzą…
Prezydent Andrzej Duda to prawdziwy mąż stanu, orzekł niedawno, że imigranci zalewający Stary Kontynent są skutkiem, a nie przyczyną tarapatów Zachodu. (nb. już ktoś - nie pamiętam, w telewizji czy reżymowej gazecie – zdążył obśmiać tę opinię). Pamiętamy, jak NATO, zdominowane przez USA, włączyło się do konfliktu w dawnej Jugosławii i stosunkowo szybko zdołało go zażegnać, natomiast teraz, po doświadczeniach w Afganistanie i Iraku, Sojusz udaje, że na Bliskim Wschodzie nic nie dzieje się takiego, co by wymuszało interwencję zbrojną unicestwiającą tzw. państwo islamskie. Gnuśność Zachodu po sybaryckich wielodekadowych rozkoszach to przyczyna tragedii imigracyjnej. Jeśli NATO i Zachód (łącznie z nami) nie podejmą radykalnych działań, to jeszcze przez wiele lat będzie się lać krew na ulicach Europy i USA, a nawet w krajach muzułmańskich. Efraim Halevy, były szef Mosadu, najsprawniejszej organizacji wywiadowczej świata, powiedział 10 września dziennikowi „Rzeczpospolita, że jednym z głównych problemów, „jakie rzeczywiście ma Europa, jest groźba infiltracji uchodźców przez ISIS. Przeciwdziałanie temu to zadanie dla służb specjalnych”.
Właśnie! Polskich również. Muszą sprawdzać każdego przybywającego imigranta, a jeżeliby nie umiały, to niech poproszą o pomoc, także finansową, CIA, FBI i Mosadu. Ostatecznie Stany Zjednoczone mają podobne problemy z uchodźcami i są naszymi, podobno, najwierniejszymi sojusznikami. Izrael też od dawna zmaga się u siebie z palestyńską wrogością. Trzeba więc jak najrychlej stworzyć mechanizmy weryfikujące przybyszów i w efekcie przyjmować ich w zgodzie z naszym chrześcijańskim sumieniem, jak Bogusław Chrobota cytuje słowa Twórcy naszej kultury: „Byłem przybyszem i przyjęliście Mnie…”. A nie językowo niezdarnie zapisywać opinie obrażające chrześcijan, jak Terlikowski i Żakowski.
Smutne, że PiS, dotychczas radykalny i jedyny na scenie politycznej orędownik naszej tradycji i wyraziciel imponderabiliów narodowych, nie popiera, jak większość, niestety, egoistycznego społeczeństwa polityki dawania uchodźcom schronienia w Polsce. I również nieradosne, że Terlikowski, do niedawna odważny obrońca Dekalogu, Katon polskiego katolicyzmu, zamiast drążyć zjawisko, jak sądzi, nadwrażliwości moralnej nielicznych, niestety, katolików opowiadających się za wpuszczaniem do naszego kraju nieszczęśników, nazywa tę postawę histeryczną. Który teraz wrażliwy czytelnik i słuchacz przejmie się płomiennymi słowami Terlikowskiego broniącego życia od poczęcia?
Czy, kiedy i jak my, naród, porozumiemy się w kwestii uchodźców i publicznej moralności? A przecież najprawdopodobniej czeka nas jeszcze wielka fala imigrantów z Ukrainy. Czy zdamy egzamin dziejowy jako ludzie tej samej tradycji i zniwelujemy wreszcie niszczące nas rozdwojenia, a nie ugrzęźniemy w nich na zawsze?
Jacek Wegner
