Widzieliśmy ostatnio 2 telewizyjne debaty przedwyborcze, ta druga była znacznie bliższa tego, co kryje się za słowem „debata”, choć przecież ta pierwsza, między Beatą Szydło a Ewą Kopacz, była najważniejsza, bo to było starcie liderów dwu największych ugrupowań politycznych w naszym pięknym kraju. Debata druga, spór wszystkich liderów, potrzebna była w zasadzie tym „drugoplanowym”. Do czego? A no żeby dorzucić sobie do sondażu punkt lub dwa i zwiększyć swoje szanse na byt w przyszłym Parlamencie. Jest to zatem cel czysto utylitarny, mało mający wspólnego z polityczną odpowiedzialnością za kraj, która spoczywa, co oczywiste, na największych.

A zatem ta debata była atrapą prawdziwej debaty politycznej!

Szczerze mówiąc debata pierwsza też była atrapą, może nawet jeszcze większą. Wątpię zresztą, czy w ogóle kampanie polityczne mają nad Wisłą jakikolwiek sens: elektorat jest z grubsza podzielony od dawna, linia podziału jest znana. W debacie Kopacz – Szydło też nie usłyszeliśmy niczego nowego: stare hasła, stare, lipne recepty, stara demagogia PO, stare dążenia PiS do stworzenia warunków, by Polskę wyciągnąć z PO-wskiego dna, co nie udaje się już tyle razy, że traci się nadzieję, że to kiedykolwiek nastąpi… Stare apele o obywatelską aktywność, o patriotyczną postawę…  Biada temu, kto w te apele uwierzy: natychmiast, przy pierwszej próbie, rozbije się o mur urzędniczych, politycznych i medialnych niemożności…

Tu dochodzimy do sedna sprawy.

Debaty przedwyborcze mają za zadanie pokazać, że w Polsce jest  demokracja. Pokazać – komu? Światu, rzecz jasna! Polski obywatel wie, jak jest naprawdę i nie potrzeba mu jałowego gadulstwa za państwowe pieniądze, by wiedział, że to zawracanie głowy, że to ATRAPA. Gdziekolwiek się bowiem ruszy, cokolwiek zechce załatwić na styku z państwem czy innymi instytucjami, np. z samorządem, odbija się od tego jak od ściany. Nie ma się gdzie odwołać (to znaczy niby jest, ale skutek wiadomy), nie ma się komu poskarżyć (j.w.). Ale przecież tego wszystkiego nie wolno nagłaśniać, nie wolno ujawniać, więc różne instytucje czuwają, by tak właśnie było. Nawet media „opozycyjne” mają swoją hierarchię spraw i nią się posługują. Jeżeli sprawa obywatela w tej hierarchii się nie mieści – pisz, Polaku, na Berdyczów!

Państwo polskie zawsze było i nadal jest z siebie zadowolone i owo zadowolenie transmituje na świat, bo świat ma pieniądze i owo samozadowolenie suto opłaca. Porządek musi panować w Warszawie! To ważna światowa „racja stanu”.

A zatem debaty przedwyborcze to manifestacja, że demokracja w Polsce działa jak należy. Trzy lata i 360 dni mamy państwo oligarchiczne, a 5 dni, a nawet mniej – państwo demokratyczne.

Żeby było zabawniej, atrapą jest w Polsce także źrenica demokracji – Parlament. Trzeba w nim zyskać odpowiednią przewagę liczebną i już można mieć opozycję w nosie albo jeszcze głębiej, nawet jeśli by wychodziła z najmądrzejszymi propozycjami i rozwiązaniami legislacyjnymi. Jak one nie są NASZE, do kosza!

Przy okazji ostatnich wyborów prezydenckich zwolennicy Pana Bula po spektakularnej klęsce zaczęli na wyprzódki apelować do zwycięzcy, Andrzeja Dudy, by nie zapominał, że nie wszyscy na niego głosowali. Podobnej hipokryzji nie spotka się nigdzie na świecie! Ciekawe, że ci „demokraci”, ci „sprawiedliwi”, nie apelowali o to samo do Pana Bula, gdy on wygrywał wybory prezydenckie! NASZ kandydat jest OK, po co mu głowę zawracać. I ten kandydat przez całą swą kadencję był politycznym chłopcem na posyłki PO, klepiąc wszystko, co ta destrukcyjna wobec Polski partia uchwaliła w zdominowanym przez siebie Parlamencie. Już nie było ważne, że wiele milionów Polaków głosowało na inną partię i na innego prezydenta.

Ale gdy wygrał Andrzej Duda, natychmiast „sprawiedliwi” ruszyli ze swymi judaszowymi monitami.

Tak wygląda w Polsce AD 2015 „demokracja”, która, jak wspomniałem na początku, manifestuje się przez kilka dni w roku raz na cztery lata.

No dobrze, a jeżeli już te debaty być muszą, to jak mogłyby wyglądać, by miały choć cień sensu?

Na przykład tak: uczestnicy – przedstawiciele dwu najsilniejszych partii – siedzą vis a vis, pomiędzy nimi moderator, który czuwa nad technicznym przebiegiem spotkania. Ustala się tematy, dzieli czas na poszczególne zagadnienia – i START! Uczestnicy debatują między sobą, sami zadają sobie pytania, spierają się, nawet kłócą. Ale oni, ONI!!! Moderator potrzebny jest wówczas, gdy jedna strona próbuje drugą zakrzyczeć, nie dopuścić do głosu (co jest powszechną praktyką w „publicystyce” telewizyjnej czy radiowej, z tym, że tam moderator zakrzykuje gościa, który mówi nie to, co moderator chce usłyszeć). Nie potrzeba żadnych stoperów, żadnych gongów, a zwłaszcza żadnych stronniczych dziennikarzy, którzy zadają – vide: debata Kopacz-Szydło – tasiemcowe i zupełnie nieważne pytania.

To byłaby prawdziwa debata.

My mieliśmy atrapę.

 
Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl