Już, jak podaje poniedziałkowa, po wyborcza „Rzeczpospolita”, słychać w Unii utyskiwania, ze z Polską będą kłopoty podobne do węgierskich lub greckich. Cieszy ta wiadomość, że Unia Europejska lęka się nowej siły politycznej powstającej w Polsce, ponieważ obawia się, że nowy rząd nie będzie bezwolnie uległy wszystkim jej dyrektywom i postawieniom, że będzie dbać o swe interesy nie bacząc na cudze, przepraszam, na wspólne europejskie, czyli de facto niemiecko-francuskie.

W istocie, pokładamy nadzieję, że Polska pod rządami zwycięskiej formacji nie będzie w przeciwieństwie do poprzedniej klęczącym partnerem Unii Europejskiej. Z całą pewnością nasi politycy nie raz postawią Unię w trudnym położeniu. Zważmy, że śp. prezydent Kaczyński umiał z politykami Wspólnoty negocjować: kiedy można było, zawierał kompromis, gdy decyzje unijne uznawał za niekorzystne – sprzeciwiał się. Toteż politycy zachodni, przemawiający w imieniu Unii, zwłaszcza niemieccy, nie lubili obu braci, posuwali się w obelgach poza granice odwiecznej w kulturze chrześcijańskiej dyplomatycznej kurtuazji. Nie bez wkładu w owo lżenie Kaczyńskich (pamiętamy negatywnie nacechowane określenie „ziemniak”), był ówczesny rząd Platformy „Obywatelskiej”.

Śp. prezydent był, a prezes PiS jest kontynuatorem idei politycznych Piłsudskiego, chociaż expressis verbis nigdy się do tego nie przyznawali, zapewne w obawie przed rozpętaniem nieobliczalnie brutalnej kampanii, wszak i w Platformie, i zwłaszcza w niemałych kręgach społeczeństwa wciąż żywe są tendencje endeckie, wrogie koncepcjom i osobie Marszałka oraz jego zwolennikom. Politycy zachodni zaś nie darzą sympatią dziedziców politycznych Piłsudskiego, bo się ich obawiają, że będą im psuć szyki w uprawianiu polityki egoistycznej, traktującej mniejsze państwa instrumentalnie.

Jak pisze Jędrzej Bielecki w tymże numerze „Rzeczpospolitej”, na łamach gazet francuskich i angielskich zaraz po ogłoszeniu wyników polskich wyborów pojawiły się inkryminacje, że Polskę teraz będzie trawić destabilizacja finansów publicznych, jakby można było jeszcze bardziej niż PO zniszczyć ten system. Politycy tych krajów obawiają się też ogólnego chaosu społeczno-gospodarczego, jakby tutaj w destrukcji można było posunąć się dalej. I wreszcie zaostrzenia stosunków politycznych z Rosją i Niemcami.

Do pryncypiów politycznych Marszałka, o jakich niedawno w „Nowym Państwie” napisał Andrzej Nowak, oprócz najgłówniejszego: zachowania godności, niezniżania nigdy głowy, należało, jak to nazywał samoograniczenie, to znaczy jasne zdawanie sobie sprawy z możliwości i interesów Polski. Jej „zadanie jest na Wschodzie, to znaczy tutaj może Polska sięgać po możność stania się właśnie na Wschodzie czynnikiem wpływowym…” Tymczasem tuż powojenna i dzisiejsza polityka Zachodu zniwelowała i niweluje te nasze konieczności tudzież powinności. Zawiśliśmy w próżni.

Co więcej - Marszałek dodawał, że „nie należy się ani mieszać, ani próbować oddziaływać na stosunki między państwami zachodnimi”, a przecież dzisiaj zostaliśmy skazani na „mieszanie się”, skorośmy weszli w skład Unii Europejskiej, gdzie państw Wschodu właściwie nie ma; owszem jest Bułgaria i Rumunia, Litwa, .Łotwa, Estonia, ale to nie Wschód, o jakim myślał Marszałek. Jemu chodziło głównie o, i dla nas również powinny to być priorytety, Ukrainę, Białoruś i Rosję.

Najpotężniejsze dzisiejsze państwa zachodnie, jak wynika z enuncjacji prasowych przywoływanych przez Bieleckiego, boją się testamentu Piłsudskiego, naszego zainteresowania Wschodem. I to będzie najpewniej główna przyczyna permanentnych naszych nieporozumień z Zachodem, owładniętym strachem przed rosyjskim Wschodem, zresztą nie tylko natury militarnej, bo i, a może na razie przede wszystkim, gospodarczej. A że strach nieopanowany upodla -  wywodzić nie potrzeba. Już raz od 1939 do 1989 r. i my, i prawie jedna trzecia Europy doznaliśmy skutków tego zachodniego upodlenia lękiem...

A jednak, jak pisze Bielecki, „w całej Europie rośnie prawdziwa, a nie wyimaginowana skrajna prawica. W takich okolicznościach kanclerz Merkel oraz prezydent Hollande zrobią wiele, aby utrzymać strategiczne partnerstwo z nowymi polskimi władzami. Wielu innych sojuszników nie mają”. Tak więc nolens volens zajmujemy się, wbrew radom Marszałka, stosunkami panującymi w państwach zachodnich. To raczej, jeżeli opinia Bieleckiego jest słuszna, one nas do siebie wzywają, ponieważ rwie im się integracja. Konfiguracja zgoła paradoksalna. I mamy znów ratować Europę Zachodnią...

Może to szansa, jaką daje nam historia? Trzeba ją podjąć i dobrze wykorzystać. Czy się uda? To zależy od nas. Chociaż nie wyłącznie. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co może jeszcze niezwykłego zdarzyć się w tym burzliwym początku trzeciego tysiąclecia po Chrystusie.

W każdym razie powinniśmy sobie uświadomić, że na przekór pragnieniom Marszałka zostaliśmy w prowadzeniu suwerennej polityki skazani na Zachód… Mówiąc żartobliwie i trywialnie, możemy się teraz na nim odegrać za wszystkie przeniewierstwa, którychśmy od niego doznawali w minionym wieku. Czyli już poważnie i elegancko - próbować Zachodowi narzucać nasze punkty widzenia i nasze interesy. Skoro, jak twierdzi Bielecki, mamy być wedle kanclerz Merkel i prezydenta Hollande’a strategicznym partnerem.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl