„Nie mamy artysty na miarę Goethego, za to mamy Polańskiego”– napisał nasz Kolega Krzysztof Kłopotowski w swej najnowszej książce (str. 149) zatytułowanej „Geniusz Żydów na polski rozum” i wprawił w zakłopotanie. Gdyż – po pierwsze – porównanie na zasadzie antytezy osiemnasto - dziewiętnastowiecznego niemieckiego p i s a r z a, dramaturga, poetę ze współczesnym nam f i l m o w c e m jest i anachronizmem, i nadużyciem. Po wtóre – opinia o braku u nas artysty na miarę autora „Fausta” jest i nieprecyzyjna, i nieprawdziwa...
Przerywam na chwilę ten wątek, żeby dygresyjnie wyjaśnić, co może później ułatwić zrozumienie tych wywodów. Otóż miałem zaszczyt bezpośrednio rozmawiać z autorem tuż przed promocją. Wyznał, że nie lubi emocjonalizmów; była to niewątpliwie aluzja do mojej działalności pisarskiej, w której szanownego kolegę razi mój nadmiar uczuć, brak, powiedziałbym, Kindersztuby publicystycznej, gdyż zawsze radykalnie formułuję skrajne opinie, bez żadnych względów i na dodatek kieruję się uczuciem patriotyzmu, a to wszystko w wielu kręgach naszego środowiska jest wyrazem niedojrzałości umysłowej, zacofania. Tak chyba kol. Kłopotowskiego odebrał moją krytykę postawy moralnej Mazowieckiego, napisał bowiem, że broni (trochę) – tak właśnie, w nawiasie - byłego premiera. Później pisał o filmie „Ida”, bodaj dwukrotnie, znów, „trochę” krytykował, „trochę” gloryfikował. Napisałem wtedy doń prywatnie, że jest dla mnie nieprzenikniony niczym Sfinks, ponieważ w końcu nie wiem, jak ocenia ten obraz. Idąc tropem tej przenośni dowcipnie przypomniał, co stawało się z tymi, którzy nie odgadywali Sfinksa i przestrzegł mnie, oczywiście żartobliwie, przed takimi konsekwencjami.
Całej książki jeszcze nie zdołałem przeczytać, przejrzałem ją tylko. Znam natomiast recenzję kol. Teresy Bochwic z naszego portalu – pochwalną i Lecha Jęczmyka z „Kuriera Wnet” - o wiele powściągliwszą w ocenie. I teraz wydaje mi się, że rozszyfrowałem Sfinksa…
Otóż kluczem do zrozumienia pisarstwa Krzysztofa Kłopotowskiego – zresztą wybornego, wobec którego wstęp Ziemkiewicza jest dysonansem (osobliwe, że autor nań przystał) – staje się owo „trochę”. Kłopotowski jest (trochę) patriotą zafascynowanym geniuszem innych narodów, które uznaje, skoro są genialne, za lepsze od własnego.
Jeżeli we własnym jaskrawo nie widać niższości, to trzeba niższość zniżyć do jeszcze niższych poziomów, żeby w tej niskości wyraźnie błyszczała wielkość innych nacji. Dlatego wobec genialnego Niemca polska literatura musi być zaściankiem, może nawet i bliskim autorowi, bo rodzimym, lecz nie na miarę wartości obcych.
W drugiej połowie XVIII w. i trzech pierwszych dekadach następnego stulecia w rzeczy samej nie mieliśmy artystów p i ó r a tej miary co Goethe. Ale już od lat trzydziestych XIX w. w naszej literaturze pojawiło się kilka gigantów, korzystających zrazu, owszem, z motywów autora „Cierpień młodego Wertera”, a później ich sława europejska przyćmiła popularność Goethego. Mickiewicz był w Europie bardziej ceniony niż wielu poetów niemieckich i francuskich, zresztą jego wielbicieli.
Dorobek literacki Słowackiego i jakościowo, i ilościowo jest niewspółmiernie większy od spuścizny autora „Fausta”. Wiktor Weintraub, polski historyk literatury, żyjący i tworzący po II wojnie na emigracji, a więc wolny od wszelkich opresji PRL, zauważył, że autor „Króla ducha” jest największym w skali światowej poetą barokowym, przedłużającym tę epokę o dwieście lat. Wielkość pisarstwa romantyków francuskich, np. Chateaubrianda czy nawet Wiktora Hugo, również przyćmiła popularność Goethego. Już w połowie XIX w. dzieło Goethego stało się akademickie, a dokonaniom Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, Sienkiewicza, Wyspiańskiego zwłaszcza, taki los nie groził i nie grozi. Oni przerośli o niebo Johanna Wolfganga Goethego…
Ilu pisarzy niemieckich zostało nagrodzonych największym międzynarodowym laurem? Jeśli dobrze policzyłem - siedmiu. A polskich? Czworo. Jesteśmy przy tym znacząco, prawie o połowę, mniej liczebni.
A wcześniej? Kiedy literatura niemiecka stała się wartością europejską? W drugiej połowie XVIII, właśnie dzięki Goethemu i Schillerowi, o kilkanaście lat wcześniej niż rosyjska (à propos, oczekiwałbym od Kłopotowskiego książki o geniuszu Rosji). Polska literatura zaś jest starsza o dwa wieki. To nie Polak, a Belg, slawista belgijski, Klaudiusz Backvis w „Szkicach o kulturze staropolskiej” (wydanych po polsku przez PIW w 1975 r.) wywodzi, że poezja Piotra Ronsarda, najwybitniejszego francuskiego poety renesansowego, w zestawieniu z poezją Kochanowskiego to „szkolne rymowanki”...
O Kazimierzu Macieju Sarbiewskim (1595-1640), jezuicie piszącym wyłącznie po łacinie, w szkołach peerelowskich nie uczczono. Jego dorobek jest u nas znany jedynie historykom literatury polskiej, a i to nie wszystkim. Z dwóch nade wszystko powodów – mało kto dzisiaj tak zna język Cicerona, żeby upajać się pięknem tej rytmicznej mowy poetyckiej dźwięczącej jak muzyka. Po wtóre – kto dzisiaj umiałby wzruszać się poetyckim wyrazem przeżyć religijnych. Bóg opuścił poezję prawie dwieście lat temu, a raczej myśmy Go z niej usunęli.
Sarbiewskiego podziwiał cały świat, czyli Europa, kiedy była „całym światem”. Papież Urban VIII, smakosz literatury, uwieńczył Sarbiewskiego wawrzynem literackim, rozsławiwszy jego imię w Europie. Prestiż tej nagrody nie ustępował dzisiejszemu Noblowi, a chyba go przewyższał. No bo zważmy: dwa tomy liryków religijnych, filozoficznych i krajobrazowych Sarbiewskiego: „Lyrycorum libri IV” i „Epodon liber unus alterque Epigrammatum” z 1634 roku - przedrukowywano w Europie ponad 60 razy - TAK! A kartę tytułową jedną z wytwornych edycji ozdobił sam Piotr Paweł Rubens. Sarbiewski jest również twórcą dwu rozpraw teoretycznoliterackich, jedna – o sztuce baroku – pierwszy raz systematyzuje upodobania literackie tej epoki. Jezuita napisał też o Polsce traktat „Lechiada” (przetłumaczony na polski jest dostępny w większych bibliotekach), gdzie zauważa u swych rodaków wiele cech, powiedziałbym, wiecznie żywych, że na przykład kiedy wyjeżdżają z kraju, to tak do niego tęsknią, iż starają się wrócić jak najprędzej, a gdy są w ojczyźnie, to jej urągają…
Jeżeli więc na wielkość Goethego spojrzy się z trzech perspektyw: bliskiej mu przyszłości i dalekiej przeszłości - wiedzy o ojczystej literaturze narodzonej w pierwszej połowie XVI w. - to informacja, że „nie mamy artysty na jego miarę” musi być nieprawdziwa. Nie „trochę”, jakby zapewne powiedział szanowny kolega Kłopotowski, lecz wyraziście nieprawdziwa.
Zasługą Kłopotowskiego jest poszukiwanie wielkości w kulturach narodowych. Wszelako obcych, nie własnej, gdyż w jego narodzie taka eksploracja byłaby, jak zapewne mniema, przejawem patriotyzmu, to znaczy „emocjonalizmu”, wszak patriotyzm jest uczuciem, na dodatek wobec abstrakcji. A uczuciowości w dzisiejszych dyskursach publicznych trzeba się wstydzić. Dlatego myślę, że miłość do ojczyzny wywołuje u znakomitego autora „Geniuszu Żydów na polski rozum” dość silne skrępowanie, by nie rzec zażenowanie.
I słusznie: patriotyzm bowiem dzisiaj jest nienormalnością, blefem, obciachem, powiedziałaby młodzież, jak cała polska kultura dla „poprawnościowych” Polaków.
Jacek Wegner
