Żałuję, że to widziałam. Ten koszmar jeszcze długo będzie mnie prześladował. Jednak czy mogłam się spodziewać, że w Operze Narodowej profanować się będzie tak uporczywie i namiętnie narodową operę? I do tego w tak kompromitująco żałosnym stylu?

Reżyseria, scenografia i kostiumy w rękach nieświadomych niczego obcokrajowców, którym chyba powiedziano, że jest to opera komiczna, a oni zrobili z tego wodewil.

Niezależnie od tragicznego w skutkach nieporozumienia, wynikającego z nieznajomości polskich kodów, co w „Strasznym dworze” Moniuszki jest sprawą kluczową, nędza artystyczna tego przedstawienia przeraża.

Infantylne pomysły inscenizacyjne rywalizują z czystym prostactwem, które wywołuje mdłości w zestawieniu z tekstem libretta, operującym subtelnymi aluzjami do narodowej traumy.

Akcja przeniesiona bez żadnego sensu do okresu międzywojennego, szokując brakiem konsekwencji i pomysłów, powoduje jedynie totalny chaos poznawczy. Archaiczny język arii wywołuje niezamierzone efekty komiczne w zestawieniu z nieudolnie konstruowanymi realiami innej epoki.

Głupkowate zachowania, do których zmuszono artystów budzą zażenowanie.W trakcie arii Hanny o męstwie polskich kobiet, będących wsparciem dla walczących w powstaniach mężczyzn, artystka rzuca na glebę statystę w taki sposób, że widza ogarnia przerażenie, czy to przeżył. Jakby tego było mało demonstracja siły w wykonaniu słodkiej Hanny, wg oryginalnego pomysłu reżysera, każe jej strzelać z dubeltówki jak w bardzo kiepskiej komedii.

Cudowna „aria z kurantami” na tle scenografii, gdzie dominuje zegar - brat bliźniak znanego nam z Pałacu Stalina, odbywa się w towarzystwie tłumów lokajów. Widz zaczyna się zastanawiać. Polacy to lokaje ? O jaki przekaz tutaj chodzi?

W początkowej scenie pożegnania z towarzyszami broni Stefan i Zbigniew występują w opadających abominacyjnych kalesonach, a cała scena skonstruowana została w estetyce przygód wojaka Szwejka.

Ten groch z kapustą- efekt totalnego nieporozumienia jest motywem przewodnim całego przedstawienia. Miecznik nosi ubiór z elementami węgierskimi, a tancerzom w kozackich butach towarzyszą sanie rodem z rosyjskiej bajki. Tak to się wszystko miesza w głowie zagranicznej autorki kostiumów. I gdyby to się  działo w innym kraju uśmiechnęlibyśmy się jedynie z politowaniem nad takim brakiem profesjonalizmu w dokumentacji tematu. Jednak śmiech zamiera na ustach, gdy widzimy to w naszej Operze Narodowej.

Mazur to jeden koszmar. Po prostu nie jestem w stanie o tym pisać.

Natomiast autor tego nieszczęścia lansuje się w nieprzyzwoity sposób we własnym wydawnictwie - programie  „Strasznego dworu”, gdzie możemy podziwiać jego narcyzm w trzech wersjach. Trzy zdjęcia dyrektora w programie opery i ani jednego wizerunku kompozytora.

Triumfujące ego i totalna pustka oto dzisiejszy obraz „polskiej” kultury.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl