Jednym haustem Krzysztof Kłopotowski wykrzyczał na naszym portalu 18 listopada swą pogardę do własnego narodu. Od połowy XVIII w. wielu było doń podobnych.
Pod poprzednią, z 9 listopada, moją wypowiedzią polemiczną z poglądami, proszę wybaczyć słowo, którego jednak wtedy nie wyartykułowałem, renegackimi, Kłopotowski postuluje, że aby zamknąć naszą dyskusję, powinienem napisać książkę o geniuszu Polaków. Ta kąśliwość ma dwie przyczyny: pierwsza, że się na mnie zdenerwował, chyba za tę przenośnię o zabawie laską błazna. Druga to zapewne wyrażona przeze mnie mimochodem, lecz przezeń wyraźnie odebrana, złośliwa, sugestia, żeby teraz – po artykule o geniuszu Niemców i książce o geniuszu Żydów - nasz pisarsko płodny kolega zajął się geniuszem Rosji. Temat wdzięczny i o bogatych egzemplifikacjach niczym przestrzeń od Smoleńska do Warszawy i politycznie od Iwana Kality do Putina.
W pierwszym odruchu, powodowany litością, rzeczywiście zamierzałem zamykać dyskurs, chociaż lubię polemiki, gdyż każda publicystyczna sprzeczka sprawia mi umysłową satysfakcję. Ale przeczytawszy ten tekst z 18 bm., nieatrakcyjnie zresztą zatytułowany: „Jak ładnie wypaść i się nie pogrążyć”, poczułem się, mówiąc językiem szanownego kolegi, właśnie „pogrążony”, to znaczy upokorzony, poniżony w dumie narodowej i postanowiłem zareagować. Wszelako już nie wieść dyskursu faktami, bo one na nic. Kłopotowskiego nikt w niczym, o niczym, do niczego nie przekona, tak jak na sejmie rozbiorczym 1773 r. bohaterskie gesty (on nazwałby je zapewne wzruszając ramionami tromtadrackie) Reytana i Korsaka, czy mniej bohaterski, acz tak samo patriotyczny i stanowczy Sołtyka, nie wstrząsnęły sumieniem marszałka Ponińskiego i nie wywołały reakcji panów posłów ni senatorów.
Dziwi, że Kłopotowski, historyk z wykształcenia, nie zdaje sobie sprawy, iż kiedy Polska w połowie XVIII w. zmalała ku radości sąsiadów zachodnich i wschodnich, a potem, pod koniec tegoż stulecia, terytorialnie już o wiele mniejsza, niespodziewanie wzniosła się na swe wyżyny z wieków XVI i XVII w, gdzie nie było nigdy żadnego państwa europejskiego – owi sąsiedzi przelękli się jej i znienawidzili ją, jak każda małość nienawidzi wielkości. Postanowili po jej zagładzie w następnym stuleciu, iż wymażą imię Polski z dyplomatycznego języka międzynarodowego - miała na zawsze pozostać „Królestwem Kongresowym”, „Galicją” i „Księstwem Poznańskim” oraz „Prowincją Pruską”. Po roku 1918 proces upokarzania Polaków znacznie osłabł. A rozpoczął się ponownie po 1945 r. Po Janie Pawle II i „Solidarności”, osiąga apogeum, bo znów objawiła się w i e l k o ś ć z n i e w o l o n e g o narodu. Stąd dzisiaj na Zachodzie i Wschodzie Polak musi być – jak u Dostojewskiego – głupi, okrutny, prymitywny, leniwy, ksenofobiczny etc. I tak go właśnie maluje swym publicystycznym piórem polski publicysta Krzysztof Kłopotowski. Dla kogo, dla czego tak czyni?
Pisze: „Politycy niepodległościowi dają nam uzasadnienia wzniosłe, gdy w gruncie rzeczy wytwarzają sobie elektorat, jak Piłsudski z Dmowskim odtworzyli sobie naród, żeby mu przewodzić”. Sobie!!! Jak pogardliwie brzmi to słowo dwa razy użyte w tym krótkim passusie. Czy Kłopotowski nie wie, że obraża tak każdego, kto jest dumy z kultury i dziejów swego narodu i państwa pragnąc dlań niepodległości i wielkości?
Wreszcie z jakimż zapamiętaniem ów publicysta głosi nieprawdę. Albowiem - po pierwsze – obaj politycy, Piłsudski i Dmowski, odtworzyli, owszem, ale państwo, nie naród, w tym państwie mieszkało bowiem kilka mniejszych narodów (aż wstyd w tym miejscu przypominać o ponad 3 mln Żydów, o ok. miliona Ukraińców i Białorusinów, nie wspominając wcale licznych Ormian i Cyganów, a prawa wszystkich mniejszości były szanowane przez władze państwowe). Po wtóre - temu państwu przewodził Piłsudski i jego zwolennicy, natomiast Dmowski żadnej władzy nie dzierżył, więc nie rządził „sobie”. Najwyżej sprawował „sobie” (czytaj: zatruwał) rząd dusz wielu, chyba połowy, swych rodaków ogłupiałych po zaborach jego ksenofobiczną, narodowo-atawistyczno-egoistyczną ideologią. Lecz ta szkodliwa rola Dmowskiego w II Rzeczypospolitej nie pomniejsza jednak jego zasług w dziele „odtwarzania sobie” państwa.
Powracam do rady kol. Krzysztofa, żebym napisał książkę o geniuszu Polaków. Napisałem, inspirowany przepiękną literacko formułą Hanny Malewskiej, jednej z najwspanialszych postaci, jakim niezawiśle duchowo i twórczo udawało się żyć w PRL. Otóż napisała ona, że nasi przodkowie stworzyli "ustrój dla aniołów, nie dla ludzi". To "anielstwo" jest skutkiem naszego geniuszu. Nie ma w nowożytności narodu, który potężnego i groźnego wroga o d m i e n n e j, pogańskiej kulturze, zaprasza na przełomie XIV i XV w. do swego państwa i proponuje wspólne z nim rządzenie, tworząc największy terytorialnie w ówczesnej Europie podmiot polityczny (ok. 900 tys. km kw., w pierwszej połowie XVII w., za Władysława IV milion); przez ponad dwieście lat pokonujący dzięki temu zjednoczeniu ze schrystianizowaną przez siebie Litwą najsilniejsze na kontynencie mocarstwo; ba – dwa razy ratujące kulturę europejską.
Owo "anielstwo" jest dumą polską, polskim geniuszem, którego to słowa mój adwersarz używa wyłącznie w odniesieniu do Żydów i Niemców. Nasza demoralizacja była zaś skutkiem stworzenia wartości umysłowych i moralnych nie do udźwignięcia w feudalizmie. Jasienica napisał: „energii starczyło (anielskiej - to moje wtrącenie) na trzy pokolenia, zabrakło w czwartym...".
"Rzeczpospolita. Duma i wstyd" - tak nazywa się ta książka z wiosny 2011 r. W marcu 2013 r. miałem zaszczyt uczestniczyć na forum Ronina w dyskusji o niej z prof. Andrzejem Nowakiem i naszym kolegą dr Bohdanem Urbankowskim. Lecz poza tym w kraju przeszła bez echa. Wszak elita ukształtowana, jak Kłopotowski w PRL, nie chce takich jednoznacznych przejawów polityki historycznej. Kol. Krzysztof zna to zjawisko z własnego doświadczenia, on też woli zawsze „trochę” – trochę krytycznie, a najlepiej ocenę zastępować opisem, często fałszującym rzeczywistość lub opinią pogardliwą (dla przypodobania się… komu właściwie?).
Tej książki nie ma już w księgarniach. Interesowała się nią przede wszystkim młoda elita. To budzi nadzieję, że odrodzą się niebawem i polska myśl niezawisła od wszelkich ideologii antypatriotycznych, i zdrowa dusza polska, które z n ó w wzniosą naszą ojczyznę na piedestał kultury chrześcijańskiej.
Echa tej publikacji odezwały się w… Wielkiej Brytanii. Koleżanka, Elżbieta Królikowska-Avis, której erudycyjne wypowiedzi czytamy często na naszym portalu, napisała 12 sierpnia 2012 r. w wydaniu tygodniowym londyńskiego „Dziennika Polskiego”: „Niedawno (…) pojawiła się książka, na którą czekałam”. W omówieniu jej na całej stronie gazety odkrywa m. in. „rolę prawdy, jako bazy wyjściowej rozważań publicystycznych, interpretowania historii, snucia hipotez…”.
Cóż to jest prawda?
Jerzy Narbutt, współczesny wybitny pisarz, poeta, publicysta, zabijany milczeniem cyników, potomek bohatera Powstania Styczniowego na Litwie, zmarły kilka lat temu, w jednym ze swych artykułów skorelował patriotyzm z prawdą, napisał bowiem „(…) więcej Polski o tyle, o ile będzie w niej więcej prawdy”.
Kłopotowski czyni odwrotnie – drąży nieprawdy, żeby o tyle Polski było mniej.
Jacek Wegner
