Nowa ustawa o mediach publicznych powinna być gotowa być może za miesiąc, a najpóźniej - po Świętach – zapowiedział nowy minister kultury — Piotr Gliński. Czy jednak zmiany wprowadzane przez polityków nie są z góry skazane na porażkę? Najlepiej byłoby, gdyby polskie media potrafiły reformować się same.
Fakt, jak dotąd nie były do tego zdolne. W dodatku trudno bronić co najmniej części mediów publicznych, bo ich zaangażowanie w popieranie kolejnych rządzących ekip i dyskryminowanie opozycji jest zbyt dobrze widoczne. Ale narzucone z góry reformy, którym spora część pracowników mediów się sprzeciwia, nie wróżą zapowiedzianym zmianom sukcesu.
O reformie mediów publicznych mówi każda dochodząca do władzy ekipa. I obiecuje, że dzięki nowym przepisom te wreszcie staną się niezależne i obiektywne. Do tej pory tak się jednak nie stało. Bo to nie sami politycy powinni „uszczęśliwiać” media. Najlepiej byłoby, gdyby te potrafiły regulować się same. I dbać o odpowiedni poziom debaty publicznej.
Pewnie, to idealistyczny postulat, który nad Wisłą nie przyniósł dotąd efektów. Nasze rady czy komisje etyki mediów nie mają specjalnego autorytetu w środowisku dziennikarskim. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji rzadko wkracza natomiast w bieżące spory, bo nie takimi problemami ma się zajmować. Może jednak warto, zanim przeprowadzimy medialną rewolucję, przyjrzeć się zachodnim wzorcom? Bo tamtejsi politycy zdają sobie sprawę z zagrożeń, jakie niesie dla wolności słowa np. wprowadzanie nowego „regulatora” mediów czy przepisów niekoniecznie akceptowanych przez samych dziennikarzy.
Gdy w 2012 roku sędzia Brian Henry Leveson, autor raportu na temat funkcjonowania brytyjskich mediów zalecał utworzenie całego systemu nowego ich nadzoru, to premier David Cameron ostrzegał polityków przed próbami ograniczania wolności słowa. A zdobył się na to mimo wyjątkowego skandalu, do jakiego doszło na Wyspach. Na jaw wyszły bowiem wcześniej regularne podsłuchy stosowane przez dziennikarzy tabloidu „The News of the World”. Przedstawiciele mediów nielegalnie nagrywali rozmowy telefoniczne i włamywali się do skrzynek głosowych celebrytów, polityków czy nawet członków rodziny królewskiej. Po ujawnieniu tych praktyk Rupert Murdoch musiał zamknąć gazetę, a w sprawie postępowania jej personelu wszczęto prokuratorskie śledztwo. Nawet w takich warunkach brytyjscy politycy raczej oczekiwali jednak reakcji samego środowiska mediów niż próbowali zająć się ich odgórną instytucjonalną reformą.
Dla wielu polskich ekspertów medialnych wzorem publicznego nadawcy jest BBC. Stacja trzymuje się z abonamentu i nie pokazuje reklam. Ponadto w karcie określającej jej zasady działania ma wpisaną misją publiczną. To BBC stawiana jest za wzór publicznym nadawcom.
Kiedy jednak przyjrzeć się owemu ideałowi, jego praktyka nie jest tak jednoznaczna. Wprawdzie naziemne programy telewizyjne i radiowe nie mają reklam komercyjnych, lecz w programach satelitarnych i na platformie cyfrowej reklamy są. W dodatku i w BBC najważniejszym kryterium oceny pracy stacji staje się oglądalność. Politycy zarzucają też BBC, że odchodzi od dziennikarskiej bezstronności i rywalizuje z komercyjną konkurencją, goniąc za sensacją. Są nawet pomysły prywatyzacji słynnej korporacji.
Czy zatem brytyjski model to wzór dla polskiego dziennikarstwa? A może przydałoby się ciało na wzór duńskiej Rady Mediów, zajmującej się i prasą, i telewizją oraz radiem, i Internetem? Jej przewodniczących wybierają nie politycy, a duński Sąd Najwyższy, a innych członków nominuje minister sprawiedliwości z rekomendacji dziennikarskich związków zawodowych, wydawców i Duńskiej Rady Edukacji Dorosłych.
Jednak i tu z opublikowanego w 2011 roku raportu duńskich naukowców „Czy polityka medialna promuje wolność i niezależność mediów?” wynika, że reforma systemu publicznego finansowania mediów w Danii jest konieczna. Tyle że autorzy opracowania dodają, iż oznacza to żmudny i upolityczniony proces. Bo nie sprawdził się system, oparty głównie na ustalaniu kolejności podczas rozdzielania publicznych pieniędzy. W 2013 r. Kopenhaga zmieniła zresztą nieco reguły – po 88 latach zlikwidowano abonament radiowy, zastępując go tzw. powszechnym abonamentem. Ale sama zmiana modelu płacenia za dostęp do mediów nie wystarczy. Pieniądze nie gwarantują ani bezstronności, ani wiarygodności.
Czy zatem polskim politykom tym razem - przy jawnej wrogości części środowiska dziennikarskiego – uda się zreformować media publiczne tak, by te same dbały o jakość tego, co widzowie i słuchacze otrzymują w pakiecie z abonamentem lub bez niego, o ile zostanie zlikwidowany? Niekoniecznie, jednak o „zabezpieczenia” odpowiedniego poziomu pracy mediów warto zadbać przy okazji każdej reformy. I sami dziennikarze muszą się o to głośno upominać. Przynajmniej tyle powinni zrobić, zamiast z góry bojkotować wszelkie pomysły zmian.
Ewa Łosińska
