Gdyby policzyć, w ilu numerach od maja br. „Rzeczpospolita” wydrukowała teksty publicystyczne z krytyką rządów Platformy „Obywatelskiej”, a ile postponujących Prawo i Sprawiedliwość – niechybnie przekonalibyśmy się, że tych drugich jest niewspółmiernie więcej.
W owym o wiele mniejszym zestawie materiałów antyplatformerskich wyróżnia się - aż do podziwu - niewielki felieton Dominika Zdorta „Kaczka, czyli wrona” („Plus Minus” 28-29 listopada), dlatego że jest f i n e z y j n ą drwiną z głupoty wielu Polaków. Tak dużo głupców w dziejach naszego narodu i państwa chybaśmy nie mieli nigdy. Otóż powstał Komitet Obrony Demokracji i jego adherenci noszą przypięte do ubrania oporniki, niczym w czasie zmagań „Solidarności” z reżymem. Ci rodacy – pisze Zdort - „dobrze oceniają sytuację”. Trzeba bowiem dostrzegać, że przeciwnicy chcą obalić demokrację, „dawać do zrozumienia, że jest tak strasznie jak za Jaruzelskiego (choć tu powstaje pewien dysonans, bo przecież był to patriota i człowiek honoru)”.
Tak jak Zdort obrał ironię, tak Monika Małkowska z apostrofy do czytelnika, uczyniła formę podawczą swego artykułu (20 maja br.) o pięknym, emocjonalnym tytule „Czas gniewu”; nawiązuje on zarówno do tradycji romantycznej, jak i wielkiej realistycznej literatury światowej z początku minionego stulecia i jest krzykiem rozpaczy wywołanej zniszczeniem materii duchowej, z której powstają zdrowe, świadome siebie środowiska narodowe, społeczne, polityczne - wszelkie. Nie zgadzajmy się - woła autorka - na zanikanie spraw moralnych i rozchwianie hierarchii wartości, „na brak kultury - w kulturze”.
No bo istotnie moralność mieści się w pojęciu kultury, jedna wartość warunkuje drugą; bez kultury nie ma moralności, moralność natomiast jest skutkiem kultury. Skoro więc ta korelacja jest „rozchwiana”, to jak rządzić jakąkolwiek społecznością? Jak z nią i dla niej kierować państwem? Owszem, przekonywaliśmy się przez ostatnich prawie osiem lat, że jest to możliwe - kosztem destrukcji aksjologicznej. Usidliły nas cynizm rządzących, biurokracja oraz rozlana jak potop nieuczciwość i nieżyczliwość wszystkich wobec wszystkich. Jak wyzwalać się z tych okowów? Pytanie pozostaje bez odpowiedzi. Natomiast publicystka zauważa, że slogan ukuty na początku nowej państwowości: „żyj i daj żyć innym” – przepoczwarzał się w hasło: „żyj kosztem innych”. I stało się ono zasadą rządzenia Polską przez koalicję PO i PSL.
Cieszy więc, że prominenci PiS rozumieją, iż jakość państwa zależy nade wszystko od moralności rządzących i rządzonych. Komuniści, którzy wszystko sprowadzali wyłącznie do materii, nazywali to uwarunkowanie „nadbudową”. A są to przecież imponderabilia narodowe. To one stały się imperatywem przewrotu majowego, którego 90 rocznicę będziemy obchodzić w przyszłym roku. Notabene ciekaw jestem, kto i jak napisze, czy powie o niej w telewizji i radiu. Wszak bezmyślnych zwolenników narodowej demokracji przeciwnej temu, co stało się po tamtym zamachu stanu, jest niestety coraz więcej, poczynając od osobistości utytułowanych po mniej czy bardziej znanych publicystów i polityków.
Przewrót majowy uratował państwo przed paraliżem. Przedtem było podobne do dzisiejszego - władza skorumpowana, posłowie skłóceni, kierujący się interesami własnymi, prezydent niezbyt rozgarnięty, bezwolny, niczym Bronisław Komorowski. Zamach Piłsudskiego przywrócił państwu moralność, dzięki czemu nadał mu nową energię, uzdrowił je. Prawo i Sprawiedliwość dało już dowód, że moralność i kulturę uznaje za zworniki państwa, zdrowego państwa. Dla liderów tej partii Marszałek jest wzorem godnym naśladowania. Toteż dokonali swoistego „przewrotu” – premier zaczęła przeobrażać państwo od tego, co najważniejsze. Tekę kultury i dziedzictwa narodowego powierzyła Piotrowi Glińskiemi wyznaczając go jednocześnie na swego zastępcę. Gliński wypowiedział już wojną mediom „głównego nurtu”, zawłaszczonym przez rząd Platformy „Obywatelskiej”. Och, jakie jest oburzenie byłego establishmentu, jak głośno wykrzykiwane zarzuty, że profesor obraził TVP i niektóre media.
Znaczenie desygnowania Glińskiego na ministra i wicepremiera dostrzegł trafnie Łukasz Warzecha. Wszelako à rebours i nadając swej opinii nieelegancki wyraz językowy: „Być może obóz neosanacji jedzie teraz po bandzie, aby potem mieć czyste pole do działania i czas na odbudowanie wizerunku. Powinien jednak od razu powiedzieć, w którym momencie zacznie powrót do normalności” („Rzeczpospolita” 16 listopada). Wynika tedy, że owa „neosanacja” jest dla autora „nienormalnością” i utratą „wizerunku” PiS. Dlatego że Warzecha za normalność uznaje widocznie to, przeciwko czemu protestuje gniewnie Monika Małkowska: „niebezpieczny zanik praw moralnych (…) ponadczasowych i ponadustrojowych reguł, bez których nie może funkcjonować żadna społeczność”. A odbudowa wizerunku PiS to majaczenia publicysty. Piłsudski miał w kręgach bliskich Warzesze zszargany wizerunek i nic go to nie obchodziło. Jak i nie obchodzi polityków PiS. Bo ich jedynym celem, dla którego gotowi poświęcić swój „wizerunek”, jest wyłącznie zdrowe państwo.
Właśnie, to niewątpliwa zasługa Warzechy, że chyba pierwszy w odniesieniu do zamierzeń zreformowania państwa przez PiS użył określenia „neosanacja” - oczywiście po endecku, w negatywnym znaczeniu. Tymczasem to, co głoszą i czynią prezydent, Jarosław Kaczyński i rząd Beaty Szydło, to nie neo-, a sanacja par excellence. Druga w naszych dziejach. Niech nie łudzą się Warzecha i podobnie doń myślący publicyści, Polska po drugiej sanacji, po rządach PiS, nie będzie już nigdy taka sama jak przedtem. Do „normalności” platformerskiej już nie wróci. W moim postrzeganiu większość Polaków, zwłaszcza młodych, ma już dość degrengolady tej partii i jej rządów oraz, jak wyraziła się Małkowska „rzekomo wolnej Polski”. Nikt i nic nie zatrzyma rozbudzonej energii uzdrowieńczej.
Psy szczekają, karawana pojedzie dalej.
Jacek Wegner
P.S. Wkrótce przedstawię spostrzeżenia i opinie odnośnie do pierwszego, obszerniejszego - jak powiedziałem we wstępie –zbioru artykułów „Rzeczpospolitej” krytykujących PiS.
