Inwazja na Europę trwa w najlepsze. Imigranci napływają z Bliskiego Wschodu, Afryki, Azji i Bałkanów. Od początku 2015 roku tylko w Niemczech zarejestrowało się około 900 tysięcy uchodźców, a do końca grudnia ma ich być okrągły milion. Znawcy tematu twierdzą, że do połowy wieku Europę zasiedlić może nawet 50 mln nie-Europejczyków.

Czy wędrówka ludów, której jesteśmy świadkami, przyniesie zagładę naszej cywilizacji, czy wręcz przeciwnie - dzięki „obcym”, Europa ocaleje? Choć sam przez blisko dwie dekady byłem imigrantem, nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Wydaje mi się jednak, że wiem, jakie patologie grożą i nam, i imigrantom, jeśli nie wszystko pójdzie zgodnie ze scenariuszem napisanym przez możnych tego świata.

Lewacy i terroryści

W Niemczech cudzoziemcy i ich potomkowie stanowią już ponad 20 procent populacji. W miastach o dużym uprzemysłowieniu odsetek ten jest nawet wyższy. Wielu imigrantów wykonuje najcięższe niskopłatne prace w fabrykach, montowniach i oczyszczalniach. Zatrudnieni są także jako niższy i średni personel techniczny w nowocześniejszych zakładach przemysłowych, stanowią poważny odsetek opiekunów ludzi starszych i pracowników służby medycznej, sporo prowadzi własne przedsiębiorstwa usługowe. Istnieje jednak całkiem potężna grupa, która od co najmniej dwóch pokoleń żyje z zasiłków dla bezrobotnych, zapomóg socjalnych i innych form pomocy państwa. Ludzie ci tworzą nowe niemieckojęzyczne społeczeństwo: wspólnotę istot żyjących pod pustym niebem, egzotyczną zbieraninę pozbawioną korzeni i wartości.

Imigranci żyją w gettach pozbawionych przynależności narodowej, na planetach, gdzie czas liczony jest od wypłaty jednego zasiłku do kolejnego. Co gorsza nawet ci, którzy chcieliby się wyrwać z owego kręgu bezradności, najczęściej nie mają na to szans - niemieckie państwo odmawia im, bowiem do tego prawa…

Bezpłatne studia w Niemczech przysługują wszystkim obywatelom tego kraju. To gwarantuje im konstytucja. Zapis ten dotyczy również obcokrajowców. Tyle że oni zobowiązani są zdać specjalny egzamin językowy, który jednak jest tak skomplikowany, że nawet etniczni Niemcy mieliby z nim problem. Alternatywą jest więc przyjęcie obywatelstwa, tyle że aby zostać pełnoprawnym Niemcem, cudzoziemiec musi zrzec się swojego obywatelstwa, a nie wszyscy imigranci mają na to ochotę.

I tak oto koło się zamyka… Nic więc dziwnego, że pozbawieni przeszłości i przyszłości, zawieszeni między teraźniejszością a niebytem imigranci zamiast wchłaniać na uniwersytetach niemiecką i europejską kulturę, stają się klientami lewackich agitatorów, fanatyków religijnych i pospolitych terrorystów…

W czyim interesie leży utrzymywanie takiego stanu? Nie mam pojęcia.

Ja, imigrant

Zależność pomiędzy biedą „obcych”, a podatnością na fanatyzm religijny, terroryzm i lewackie brednie wydaje się aż nadto oczywista. To samo dotyczy wysokiego poziomu przestępczości wśród imigrantów. I nie wiem, dlaczego media głównego nurtu problemy te przemilczają. Dlaczego - również w Polsce - nie porusza się publicznie kwestii patologii społecznych, na które narażeni są imigranci? Dlaczego uczciwie nie mówi się o ich problemach i potrzebach? Ani tym bardziej o tym, z czym - jeśli wpuścimy do Polski imigrantów - będziemy musieli się zmierzyć? Dlaczego w ogóle podejmowanie tematyki „zła” w kontekście „obcych” ustawia autorów takich dywagacji w jednym rzędzie z „ksenofobami”, „nacjonalistami” i „faszystami”? Czy naprawdę ludzie, którym los Polski nie jest obojętny, są „oszołomami” lub „idiotami”?

Pewnie, że najbezpieczniej udawać ślepego. Albo głuchego. Pisać pseudointelektualne farmazony o zmianach klimatycznych, bezpiecznej energii, o ofiarach wojen i globalnym ubóstwie. I wplatać w to jeszcze lewackie pseudotezy o „solidarności z uchodźcami”, udzielaniu im „niezbędnej pomocy”, tudzież „obowiązku humanitarnym”.

Co jednak zrobić, jeśli samemu się było imigrantem? Jeśli z autopsji zna się ból, towarzyszący „odciskaniu na własnej skórze cywilizacyjnych pieczęci”? Czy można w takiej sytuacji milczeć?
Tak, byłem imigrantem - wiele lat spędziłem w Londynie i nad Jeziorem Bodeńskim. I widziałem do czego ludzie są zdolni, żeby tylko poprawić sobie byt… Za prawo do pozostania w Niemczech Polacy potrafili zaprzeć się własnej krwi, własnej historii, własnej tożsamości i rodziny – i to z własnej woli, bez najmniejszego przymusu, jedynie z pobudek materialnych… Za każdym razem widząc to upodlenie, robiło mi się nieswojo, bo w końcu byłem jednym z nich, obojętnie jak żarliwie bym temu zaprzeczał. Aby to odreagować musiałem napisać cztery książki na ten temat. Najnowsza - zatytułowana „IMIGRANCI” - właśnie ukazała się nakładem gdańskiego wydawnictwa „OSKAR”. I podobno jest to jedna z najbardziej drastycznych i pesymistycznych książek, jakie w ostatnich latach pojawiły się na polskim rynku wydawniczym. Nie dotyczy wprawdzie obecnej fali imigrantów, ale opisuje to, co dzieje się po latach z tymi, którym się nie udało.

Lewactwo vs. polskość

Mniejsza z tym, kto wpadł na pomysł wpuszczenia do Europy milionów imigrantów - podobno Niemcy, którym kończył się rezerwuar taniej siły roboczej, albo Rosjanie, którzy chcieli przy pomocy „obcych” rozbić jedność Unii Europejskiej… Kto by to jednak nie był, to nie wykazał się najmniejszą nawet troską o los imigrantów, którzy stanowią wyjątkowo łakomy kąsek dla wszelkiej maści naprawiaczy i burzycieli świata. Nie pomyślał, że

przybysze, zwłaszcza ci spoza europejskiego kręgu kulturowego, mogą paść ofiarą ekstremistycznych ideologii i fanatyzmu religijnego. Że z braku pracy i poczucia odrzucenia, mogą zasilić struktury organizacji przestępczych, zajmujących się handlem ludźmi, narkotykami, prostytucją i rekrutacją terrorystów.

Niwelowaniu patologii i integracji „obcych” miała służyć polityka „multi-kulti”. Wyceniane na miliardy euro programy edukacyjne, kulturalne, medialne, sportowe, spaliły jednak na panewce. Pieniądze poszły w „luft”, a niezasymilowane miliony muzułmańskich imigrantów pozostały. I to nie tylko w Niemczech, bo programy integracyjne w większości państw Europy Zachodniej zakończyły się totalną klapą.

Polska potrzebuje podobno dwóch milionów imigrantów… Tak stwierdził niedawno prof. Stanisław Gomułka. Być może, ale dla mnie - reemigranta - wręcz oczywiste wydaje się pytanie: Dlaczego nie oprzeć się na potencjale Polaków, na tych dwóch milionach, którzy po „upadku komuny” wyjechali do Wielkiej Brytanii, Niemiec czy Norwegii? Chyba korzystniej - z punktu widzenia interesu państwa polskiego - byłoby sprowadzić do Polski te dwa miliony rodaków, które zmuszone zostały do emigracji ekonomicznej, niż asymilować (za miliardy euro pożyczone z Unii Europejskiej albo zachodnich banków) Arabów, Afganów, czy Erytrejczyków. Polacy z Dublina, Karlsruhe, czy Bergen są nam chyba bliżsi etnicznie i kulturowo, niż ludy chamicko-semickie, z których w większości składają się szturmujący Europę imigranci.

Samo sprowadzenie imigrantów nie da Polsce bogactwa, o czym wie każdy nawet średnio rozgarnięty finansista. Wpuszczenie 7 czy 10 tysięcy uchodźców będzie z punktu widzenia ekonomii zupełnie niezauważalne. Spowodować może jednak społeczny sprzeciw, a nawet bunt. Wiadomo, że imigranci nie są genetycznie uwarunkowanymi złodziejami, ani gwałcicielami. Jednak brak odpowiedniego wsparcia ze strony państwa, może doprowadzić do rozkwitu patologii. A Polski nie stać na kosztujące miliardy projekty pomocowe.  Ponad to, sam fakt sprowadzenia „obcych” - wbrew woli większej części obywateli - może doprowadzić do zaostrzenia animozji pomiędzy zwolennikami idei państwa narodowego i tymi, którym bliższe jest państwo liberalne. Antypolska histeria, którą widać od kilku miesięcy w zdominowanych przez lewaków mediach, jest tego najlepszym dowodem.  

 
Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl