Związek Kontroli Dystrybucji Prasy zorganizował niedawno w siedzibie SDP konferencję na temat nowych trendów na rynku prasowym, na temat przemian, które się na owym dynamicznym (ponoć!) rynku dokonują.
Jako dziennikarz w znacznym stopniu „papierowy” pomyślałem sobie: pójdę, posłucham, popatrzę. Co prawda zestaw prelegentów mógł zatrzymać w domu najbardziej nawet zainteresowanych nowymi trendami na rynku prasy: prezentować się mieli ludzie z „Rzeczpospolitej” (pisma niezwykle chimerycznego w kwestii poziomu prawdy i rzetelności zawodowej, kapitał norweski), z „Faktu” (ponoć największy dziennik w Polsce, oczywiście niemiecki), jacyś „innowatorzy” z magazynu internetowego, a na koniec – na deser! – dwoje państwa z „GW”. Ale nic to, pomyślałem, nie należy się uprzedzać…
Cóż… Żałowałem, że straciłem kilka godzin… No, może nie do końca – byłem bowiem świadkiem pokazówki w 100 proc. typowej dla naszej polskiej sytuacji w ogóle, a dla rynku medialnego w szczególności.
Na sali – w znakomitej większości ludzie młodzi, nawet bardzo młodzi. Być może oni rozumieli, co do ich mówiono. A mówiono jakimś potwornym makaronizmem, jakimś volapükiem, slangiem, a może nawet liberalną biznesową grypserą… Grypsera to, jak wiadomo, tajny język kryminalistów, stosowany po to, żeby młodziaki i „klawi” nie wiedzieli, co mówią prawdziwe „herbatniki”. Ja okazałem się młodzikiem – z wypowiedzi różnych Panów Headów (każdy był tam jakimś Head, znaczy „dyrektorem”, ale to język ciemnych tubylców, w prawdziwym świecie mówi się „Head”) nie zrozumiałem absolutnie nic, choć bardzo się starałem. Jeden Head mówił ok. godziny o tym, że „Rzeczpospolita” testuje wydania elektroniczne, nawet specjalizowane, i ma na tym polu sukcesy. Podobnie „Fakt”, który, jak się zdaje, przymierza się do wyłącznie „sieciowego” bytu. Już widzę ten sukces, już widzę, jak różne staruszki i staruszkowie, złaknieni „Faktowej” karmy kupują na potęgę tablety i smartfony, żeby zobaczyć, kto kogo tym razem „dyma”, kto kogo roluje i jakie były ostatnio afery towarzyskie! Jednak papier to papier – gazeta jest tania, a w razie czego może mieć inne praktyczne (oprócz informacyjnych) zastosowanie.
Co ciekawe, nikt z prelegentów nie użył ani razu, mówiąc o swych gazetach, słowa „treść”, „zawartość”. Panowało słowo „content”, co po angielsku znaczy właśnie „treść”, „zawartość”. Byłem więc niekontent (dla lemingów i Headów”: niezadowolony), ale młodziaki słuchały pilnie, siedząc jak na trudnym egzaminie. Cóż, oni też chcieliby być w przyszłości Headami, więc należy słuchać pilnie, co i jak mówią obecne Heady.
W ogóle stwierdzić muszę, że o nowych trendach w podejściu do treści (!) gazety nie mówiono podczas tej konferencji w ogóle. Istotna była tylko forma! Różne sekwencje slajdów wyświetlano podczas poszczególnych wystąpień, a na slajdach były obrazeczki, ideogramy… O treści ani słowa. Ale to zrozumiałe, pomyślałem sobie, przecież treść jest nieistotna – skoro i tak ma być skłamana, podporządkowana interesom najwyższych Headów. Kłamstwa, propagandę trzeba jedynie ładnie sprzedać.
Gdy „na mównicę” wszedł niejaki Tomasz Machała, niegdyś prezenter bodaj TVN, a teraz już prawdziwy Head, gdy zaczął przeplatać swą prelekcję wrednymi politycznymi kąśliwościami, rzuciłem półgłosem raz czy drugi jakąś złośliwą ripostę. Tak dla testu. Żaden z otaczających mnie lemingów nawet nie drgnął. W tej sytuacji miałem dwa wyjścia: wstać i wziąć Heada Machałę za krawat lub wstać i wyjść. Wybrałem to drugie. Nie chciałem bowiem czekać na wystąpienie Jasnogrodzian z ul. Czerskiej. Fajnie byłoby zobaczyć Headów z samego Olimpu, ale człowiek w moim wieku nerwy ma jednak już nieco zszarpane…
Zrozumieć i tak bym nic nie zrozumiał, a patrzenie na sparaliżowanych strachem i tremą młodziaków nie wydało mi się czynnością frapującą.
