Od początku grudnia smętnie czyta się numery dziennika „Rzeczpospolitej” – prawie jak „Gazetę Wyborczą”.

Ten smętek otworzył 1 grudnia, a jakże, Aleksander Hall artykułem „Wszystko jest jasne”; tekst zaczyna się lidem stwierdzającym, że Antoni Macierewicz ma teraz potężne możliwości forsowania swej „absurdalnej tezy o zamachu smoleńskim”. Dopóki nie ma dowodu na albo planowy zamach, albo nieprzewidzianą katastrofę, nie godzi się politykowi jednego czy drugiego przypuszczenia publicznie nazywać absurdalnym -  chyba że jest… Aleksandrem  Hallem, byłym minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, za prezydentury Bronisława Komorowskiego członkiem  Kapituły Orderu Orła Białego, endekiem z przekonań politycznych (nb. namnożyło się ostatnio endeków w liczbie wprost zatrważającej). Krytykuje on prezydenta Andrzeja Dudę, że jest  „wykonawcą linii politycznej Jarosława Kaczyńskiego” (sic! „wykonawca linii”) i dąży do IV Rzeczypospolitej, „państwa, w którym lwia część władzy skupiona jest w jednym ośrodku…” Toż to lapidarna charakterystyka Rzeczypospolitej (mniejsza o liczby) rządzonej od ośmiu lat przez Platformę „Obywatelską”. Autor więc zakpił z czytelnika? Byłaby to jednak ironia nie na miejscu ze względu na wagę tematu.  Albo nie zrozumiał samego siebie - co pisze i jak pisze?

            Owo aprioryczne przypisywanie nikczemności politycznych popełnianych przez PO nowemu rządowi jest lejtmotywem podobnych diatryb antypisowskich. Na przykład Marek Kacprzak (4 bm.) konstatuje z dezaprobatą, że PiS „ma jasną i klarowną (sic! „jasna i klarowna” – J. W.) wizję państwa pod swoimi rządami (…) nie uznaje kompromisów” i nie liczy się z nikim i niczym, „co  mogłoby przeszkadzać w realizacji własnej wizji”. Złość autora jest tak wielka, że nie chroni go, tak samo jak Halla, przed niezrozumieniem wymowy tego, co pisze, gdyż rosnące społeczne poparcie nowego rządu tłumaczy na niekorzyść partii zwycięskiej: „A im PiS jest bardziej wierne swoim zasadom, im więcej pada słów oburzenia z powodu jego działań, tym większe  ma poparcie, a jego politycy cieszą się rosnącym zaufaniem” - stwierdza z dezaprobatą. Więc trzeba oburzonym (bezmyślnym, zindoktrynowanym przez cyników) wychodzić na ulice i wrzeszczeć w obronie „zagrożonej” demokracji, choć od ukonstytuowania rządu mija dopiero miesiąc i oprócz uwikłania się (a raczej uwikłania go) w spór o Trybunał Konstytucyjny - relikt pezetpeeryzmu – nowy gabinet niczego jeszcze doniosłego ani zwykłego nie zdołał dokonać.         

Europoseł PO, Janusz Lewandowski, jest obłudniejszy. Chce, żeby czytelnik uwierzył, iż nie myśli o sobie ani o swej partii, a jedynie o Rzeczypospolitej. Powodowany troską patriotyczną  pisze 7 grudnia, że jeśli jednak Polska będzie nadal demokratyczna, to owa „nocna zmiana PiS i początek prezydentury Dudy zapisze wstydliwą kartę odrodzonej Rzeczypospolitej. Jeżeli…” - dodaje kokieteryjnie. Acz zapomniał napisać, dlaczego to będzie „wstydliwa karta”, bo przecież jego quasi futurologiczne konstatacje, że Polska wróci na peryferie Unii Europejskiej, że wszędzie, gdzie  będziemy „zabiegać  o nasze interesy”, otworzą się nowe „rozdziały polskiej głupoty” - nie są, jak żadne przypuszczenie, dowodem na cokolwiek oprócz formacji moralnej i umysłowej suponującego.

Tak jak Lewandowski zadziwia demagogią, tak w tym samym numerze Ryszard Petru w sążnistym wywiadzie udzielonym Michałowi Szułdrzyńskiemu, dziennikarzowi zakochanemu w Platformie „Obywatelskiej”, przygnębia aberracją. Już sam dwuzdaniowy tytuł (ale to chyba zasługa redakcji): „Kaczyński nagina demokrację. Chce zachować pozory” – bulwersuje i dziennikarsko, i  politycznie. W tekście (ponad miarę długim) nie ma najmniejszej przesłanki pozwalającej twierdzić, że Kaczyński „nagina demokrację” (frazeologia oryginalna, trzeba przyznać), natomiast powtarza się zwrot o „testowaniu demokracji”, z którego istnym korkociągiem myślowym Petru dochodzi do wniosku, że lider PiS… „dubluje imperium zła”. W tym miejscu odchodzi ochota dalszego czytania. Natomiast chce się zapytać redaktora naczelnego, czy jego doświadczenia i wiedza dziennikarska nie wzbraniają mu druku takich tekstów w takiej ilości? Zapytać nadto, czy ów brak umiaru w publikowaniu na swych łamach od 1 do 10 grudnia tylu wypowiedzi zjadliwych wobec PiS i napisanych wbrew zasadom publicystycznej rzetelności nie uznaje za niegodną dziennikarstwa propagandę i nie odczuwa zażenowania, upodobniając w swój dzienniki (razem z dimanszem) do „Gazety Wyborczej?”  

Chciałoby się również publicznie zastanowić nad prestidigitatorstwem PO, jak (a może i za ile) wyjęła Petru z kapelusza? Musiała już dawno mieć w zanadrzu takiego adherenta, który głosząc aberracyjne poglądy trafiałby do prymitywnych odbiorców; ich liczba rośnie współmiernie do starzejącego się środowiska lewicowców wszelkiej maści. A może Petru jest wymyślony przez jedynego w Platformie polityka charyzmatycznego, dla którego aspiracją cywilizacyjną była ciepła woda w kranie, a 14 sierpnia 2012 r. w kontekście afery Amber Gold z trybuny sejmowej obwieścił, że nie każde oszustwo jest przestępstwem? To że on dzisiaj jest daleko od Warszawy, nie pomniejsza jego siły oddziaływania  na polską sceną polityczną.  

Właśnie – dziś. Dziś – zapewnia Ewa Kopacz w wywiadzie z 9 grudnia – „Platforma Obywatelska, która jest opozycją, d z i ś  staje  w obronnie spraw najważniejszych dla Polaków, w obronie  ich obywatelskich  własności, państwa prawa i Konstytucji”. No tak, ma rację pani premier -  d z i ś. Przez osiem lat z bezmyślnością i cynizmem partycypowała z wielkim zaangażowaniem w niszczeniu wartości, które d z i ś  werbalnie apoteozuje. Nad podziw szczerze i uczciwie ujęła premier tę rzeczywistość. Gdyby wcześniej jej lider, liderzy, tak uczynili, nie byłoby szkód moralnych, demograficznych , gospodarczych i drugie słowo nazwy tej partii byłoby zaszczytnie prawdziwe.

Następny numer z 10 bm. drukuje aż cztery materiały krytykujące nowy rząd mniej czy bardziej brutalnie. Andrzej Stankiewicz czyni to zawsze w białych rękawiczkach. Po objęciu rządów przez Donalda Tuska napisał książkę o stu dniach jego rządów. Od tego czasu jest wierny swemu panu  i jego partii. Najpierw (4 grudnia) opublikował artykuł „Prezydent razem z PiS”. Dowiadujemy się odeń, że Andrzej Duda kieruje się nie dobrem państwa, a jedynie interesami PiS, zwłaszcza swego mentora Jarosława Kaczyńskiego. W późniejszej enuncjacji „PiS nie uznaje klęski” (w sprawie nieszczęsnego Trybunału Konstytucyjnego) twierdzi, że dezyderat tego ugrupowania i „sparaliżowałby pracę Trybunału”. Przechodzi oczywiście do porządku nad śmiesznością procedury, że Trybunał orzekał we własnej sprawie. Jest w swej służbie PO konsekwentny, a przy tym płodny. W poprzednim numerze podwałem umieszczona jest quasi informacja przezeń podpisana: „Prezydent nie uznaje decyzji trybunału”.

Na drugiej stronie numeru z 10 bm. w komentarzach krótka wypowiedź o ładnym, powiedziałbym, niby-historiozoficznym tytule „Tryby historii” Jerzego Surdykowskiego, byłego prezesa SDP. Pisze on m.in., że zwyciężyła akurat partia dążąca do zbudowania państwa nawet autorytatywnego i „mimo że pokazuje pazury”, cieszy się wysokim poparciem, bo ludzie zawsze przedkładają bezpieczeństwo nad wolność. Żenuje, że nasz dawny prezes bez troski o uzasadnienia, przykłady, insynuuje formacji zwycięskiej „pokazywania pazurów”… Drugi prezes - honorowy! – Stefan Bratkowski w „Plusie Minusie” 5-6 bm. wyraża się o wiele dosadniej, że szambo d z i ś  zalewa polskie media, a znaczna ich część  uczestniczy  d z i ś  w „destabilizacji graniczącej  z próbą zamachu stanu”. To  o nas. Opowiadając się za partią zwycięską w wolnych wyborach bierzemy udział w przygotowaniu zamachu stanu. Co pomyśli o naszym środowisku czytelnik, który wie, że napisał to prezes, któregośmy w naszych wolnych wyborach obdarzyli  honorem?    

Na koniec rarytas: uczony z UJ, prawnik, i były mistrz dr. Andrzeja Dudy powiedział niedawno w TVP, że wstydzi się za prezydenta. Nie padło ani jedno słowo uzasadniające to przykre uczucie. Naukowiec, autorytet prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego tak stwierdził, przeto skoro on się wstydzi, to i społeczeństwo powinno się wstydzić…  

Czytając te wszystkie filipiki i słysząc profesora z UJ aż chciałoby się strawestować okrzyk Zagłoby po zdradzie Radziwiłła, zmieniwszy jedynie liczbę pojedynczą na mnogą: „...pytajcie ich,  jakie korupcje wzięli? Ile im wyliczono? Co im jeszcze obiecano?”

Chociaż może nie odnosi się to do wszystkich wymienionych tu autorów i redaktora  naczelnego, który otworzył dla nich łamy. Niektórzy działali z czystej…, powiedzmy,  aberracji...

Jacek Wegner

PS W najbliższych tygodniach, miesiącach w mediach publicznych, tudzież typu „gazetowyborczowych”, do których zaliczyła się i „Rzeczpospolita”, liczba enuncjacji cynicznych oraz aberracyjnych szkalujących PiS będzie się zwiększać - aż dojdzie do katastrofy. Odpowiedzialni będą nasi sprzedajni lub bezmyślni koleżanki i  koledzy po fachu..  

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl