Pomorski senator Prawa i Sprawiedliwości, Waldemar Bonkowski znany jest z bezpardonowych akcji ulicznych przeciwko postmagdalenkowemu układowi władzy. Treści umieszczone na jego słynnych, mobilnych banerach wymierzone są także w homoseksualną i lewacką propagandę. Niestety ostatnio Bonkowski wkroczył w przestrzeń, w której - jako polityk - nie powinien był się znaleźć.
24 listopada br. członkowie stowarzyszenia „Noworudzcy Patrioci” wystosowali list do lokalnych władz samorządowych. Napisali w nim co następuje: „…jako mieszkańcy Nowej Rudy czujemy się przez panią Olgę Tokarczuk znieważeni i wyrażamy wolę, aby przestała być uznawana za ambasadora naszej lokalnej społeczności”. Kilka dni później w tym samym tonie pisarkę zaatakował senator Waldemar Bonkowski. Polityk zarzucił jej, że to, o czym pisze w swoich książkach, stoi „w absolutnej sprzeczności z założeniami polskiej polityki historycznej".
Moraliści i męczennicy
Kilka tygodni temu w wywiadzie dla TVP Info, laureatka tegorocznej nagrody NIKE opowiadała o swojej najnowszej książce, zatytułowanej „Księgi Jakubowe”. Tokarczuk wspomniała m.in.: „Wymyśliliśmy historię Polski jako kraju tolerancyjnego (...). Tymczasem robiliśmy straszne rzeczy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów".
Można oczywiście z pisarką się nie zgadzać, można z nią polemizować, spierać się o to, czy zasiedlając spustoszoną przez Mongołów Ruś, staliśmy się najeźdźcami, czy cywilizatorami, czy później odegraliśmy rolę ofiar, czy sprawców zła? Możemy też zastanawiać się, kto ma na sumieniu więcej zbrodni: Polacy, Rusini, czy Żydzi? Możemy roztrząsać to w nieskończoność, przywoływać argumenty naukowe i opinie kronikarzy, ludowe sagi i pamiętniki szlachty i magnaterii, ale jaki sens ma rozdrapywanie tych historii? Zwłaszcza, że w przypadku „Ksiąg Jakubowych” mamy do czynienia z beletrystyką, a nie historycznym artefaktem.
Każda z tych kwestii mogłaby stanowić temat osobnego, międzynarodowego sympozjum. Żadna natomiast nie może być powodem szykanowania wybitnej pisarski. Bo to czyny niegodne, zwłaszcza w wydaniu ludzi władzy. Mało tego, stawiające moralistów w roli inkwizytorów, zaś z cenzurowanych czyniące męczenników. Ale być może senator Bonkowski o tym nie wiedział. I stąd ten jego nieszczęsny list do radnych Nowej Rudy, w którym zasugerował pozbawienie Olgi Tokarczuk honorowego obywatelstwa miasta.
Załóżmy jednak, że senator Bonkowski ma rację i proza Tokarczuk rzeczywiście nie jest w stu procentach zgodna z „założeniami polskiej polityki historycznej”. Nie wynika z tego jednak, że ktokolwiek poza twórcą ma prawo do ingerencji w ostateczny kształt dzieła. Na tym bowiem polega wolność artystyczna… Istnieją oczywiście granice dobrego smaku, odpowiedzialności i przyzwoitości, które podpowiadają twórcy, co mu wolno, a czego robić już nie powinien - co stanowi jeszcze eksperyment, artystyczną prowokację, a co jest zwykłym chamstwem i żerowaniem na najniższych instynktach odbiorców… I to samo dotyczy moralizatorów - również oni powinni wiedzieć, gdzie kończy się krytyka, a gdzie zaczyna cenzura.
Odsiecz PEN Clubu
Na reakcję środowisk twórczych nie trzeba było oczywiście długo czekać. W obronie Olgi Tokarczuk stanął cały zastęp intelektualistów, pisarzy i liberalno-lewicowych publicystów, związanych z „Gazetą Wyborczą” i „Krytyką Polityczną”. List do Waldemara Bonkowskiego wystosował również krytyk i historyk literatury prof. Przemysław Czapliński z poznańskiego UAM.
„Słowa senatora budzą pewne skojarzenia historyczne. Poprzednio tak wyrazisty werdykt wydał I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka w 1967 roku, stwierdzając, że „Dziady” Adama Mickiewicza w reżyserii Kazimierza Dejmka stoją w „absolutnej sprzeczności” z polityką historyczną partii i dążeniami ludu. Chwilę później spektakl zdjęto z afisza" – napisał prof. Czapliński. W jego opinii, działanie senatora doprowadzić może do „spadku wiarygodności artystów, którzy w powszechnej opinii będą nagradzani nie jako twórcy wybitnych dzieł, ale jako ci najbardziej posłuszni władzy” - co niestety w III RP było zjawiskiem niemal powszechnym, ale to już moje zdanie.
Do obrońców Tokarczuk przyłączył się także Zarząd Główny polskiego PEN Clubu. 17 grudnia, jego członkowie wystosowali w sprawie pisarki emocjonalne oświadczenie. Napisali, że Waldemar Bonkowski, wzywając władze samorządowe Nowej Rudy do pozbawienia Olgi Tokarczuk tytułu honorowego obywatela miasta, nadużył mandatu senatora. Apel polityka, pisarze nazwali „próbą nadania urzędowej sankcji publicznej nagonce połączonej z kryminalnymi groźbami” oraz wymuszania „cenzury ideologicznej w obronie własnych stereotypów”.
Rozumiem oburzenie prof. Czaplińskiego i troskę o Olgę Tokarczuk ze strony członków PEN Clubu. Mam jednak poważne wątpliwości, czy porównywanie senatora RP do I sekretarza PZPR, tudzież wypominanie mu zatartych wyroków i jarmarcznego patriotyzmu, służy wolności słowa, czy eskaluje jedynie obustronną nienawiść? To, że politycy Platformy i PSL nie potrafią pogodzić się z demokratycznym wyborem Polaków i utratą władzy, nie oznacza, że ludzie kultury powinni zniżać się do poziomu lewackich bojówkarzy. I to samo sugerował bym prawicy, w tym senatorowi Bonkowskiemu - walcząc o wolność słowa i przekaz zgodny z „polską polityką historyczną” nie przekrajmy granicy, za którą jest już tylko przemoc, pogarda, zdrada i bezkresne zło, słowem to, o czym pisze autorka „Ksiąg Jakubowych”. Bo przecież nie o taką Polskę nam wszystkim chodzi.
