Święta to takie dni, które programowo mają przynosić nam wiele radości i jeszcze więcej niespodzianek. Za każdym razem oczywiście musi być to coś innego, żeby nie zrobiło się monotonnie, czyli nudno.

Z okazji Bożego Narodzenia od wieków przyjeżdża do nas sanami św. Mikołaj, w Wielkanoc zjawia się Zajączek, w Lany Poniedziałek Sikawkowy, w Dzień Kobiet podpita żona, w Tłusty Czwartek niestrawność, a po urodzinach szwagra białe myszki. Kiedyś, 1 maja i 22 lipca, przychodziła jeszcze „na klina” władza ludowa odziana w niebieski mundur, żeby przypomnieć o wywieszeniu przed domem flagi w kolorze robotniczej krwi. Tak było kiedyś…

Teraz jest inaczej, bo jest demokracja, chociaż - jak niektórzy powiadają - śmiertelnie zagrożona. No więc teraz nikt już w Polsce nie pali się do wywieszania flag, ani do pochodów pierwszomajowych. Teraz manifestuje się w obronie konstytucji. Nie topimy też Marzanny, ani tym bardziej robaka z okazji Święta Konia. W Tłusty Czwartek można za to po staremu zapchać się pączkami z marmoladą, albo jeszcze nowocześniej, w Walentynki marcepanowym sercem od ukochanej. Wprawdzie wiosną niektórzy marzą jeszcze o wieszaniu komunistów, ale mainstream czuwa i edukuje, więc wkrótce faszystów będzie tylko garstka i władza ponownie trafi tam gdzie powinna.

Ale mniejsza z tym, miało być o świętach…

Boże Narodzenie to najlepsza okazja do rodzinnych spotkań. Przyjeżdżają stryjkowie i ciotki, kuzyni i szwagierki. I przywożą przeszłość, dobrą i złą, rzadko prawdziwą. I alternatywną teraźniejszość rodem z „Bild’a” i „The Sun”. Przyjeżdżają z Niemiec, z Wielkiej Brytanii, z Irlandii i Norwegii, z tych wszystkich miejsc, do których wypędził Polaków liberalny dobrobyt… W święta świat nasącza się gośćmi, i ich opowieściami, o cudach i gadżetach, o tych wszystkich rzeczach, o jakich nam się nawet nie śniło. Pęcznieje radami, jak uzdrowić Polskę, pozbyć się „kaczyzmu” i przywrócić normalność… W takich momentach mam ochotę uciec gdzieś daleko, tam gdzie nie ma naprawiaczy świata, tych wszystkich „besserweizerów” karmionych lewacką propagandą.

Dwa lata temu w wigilijny wieczór utknąłem pod Stuttgartem. Rozkraczył mi się samochód i nikt nie był mi w stanie pomóc. Wynająłem hotel i pojechałem autobusem do centrum. Deptakiem przed Pałacem Królewskim płynął tłum - jak rzeka, albo jak tajga za oknem transsyberyjskiej kolei. Usiadłem na ławce i patrzyłem na ludzi: dobrze ubranych, zadowolonych z siebie, przygarbionych i dziwnie pomiętych. I pomyślałem, że Europejczycy są jak stare drzewa, które powalić może byle wichura… A potem zobaczyłem jakichś imigrantów, którzy byli jak ptaki bez gniazd. Stali z transparentami i wykrzykiwali coś w swoim języku, grożąc pięściami przechodniom… Nikt ich nie rozumiał i nie zwracał uwagi.  Tylko ja na nich patrzyłem i przypominałem sobie, jak to w londyńskim Hyde Parku w ’87 my, Polacy manifestowaliśmy przeciwko komunie i jak ta komuna nas wszystkich dwa lata później ograła…

No więc tak stałem na tym placu przed Pałacem Królewskim i wspominałem. I niechybnie łza zakręciłaby mi się w oku, gdyby z wisielczego nastroju nie wyrwali mnie dwaj miejscowi gentelmani. Jeden z nich powiedział: „Jak tak dalej pójdzie, to wkrótce zabronią nam we własnym kraju stawić choinkę”. Drugi tylko pokiwał głową… Od tamtego czasu do Niemiec wjechał kolejny milion imigrantów.

Wesołych świąt, oby nie były ostatnie.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl