Polska Rzeczpospolita Ludowa zgodnie z prawem przyjętym przez Sejm przesłała istnieć 29 grudnia 1989 r. Tego dnia posłowie przywrócili naszemu państwu nazwę Rzeczpospolita Polska, zaś orłowi - będącemu również za komuny polskim godłem - królewską koronę. Z Konstytucji zniknęły wówczas zapisy o przewodniej roli PZPR oraz o ścisłej współpracy ze Związkiem Sowieckim. Odtąd Polska miała stać się państwem demokratycznym i praworządnym. Czy takim się stała? Na ten temat zdania są mocno podzielone.


W tym roku, 22 lipca minie 72. rocznica ogłoszenia tzw. „Manifestu Lipcowego”. Odezwę tę wydał oficjalnie tzw. „Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego” po przekroczeniu Bugu. W rzeczywistości została napisana w Moskwie pod dyktando Stalina. Jej treść na zawsze odmieniła oblicze polskiej wsi, a samą Polskę na cztery i pół dekady uzależniła od sowieckiej dominacji. Ofiarami ideologii zawartej w „Manifeście PKWN” padły miliony polskich patriotów. Całkowitej zagładzie uległo m.in. ziemiaństwo – warstwa społeczna, która przez wieki kształtowała oblicze Rzeczypospolitej.

Patologia z korzeniami

„Manifest Lipcowy” jak każda tego rodzaju proklamacja, był ogólnikowym zbiorem sloganów. Jego autorzy obiecywali Polakom swobody demokratyczne, równość obywateli wobec prawa, szybki rozwój gospodarczy, bezpłatne szkolnictwo i takąż służbę zdrowia. Gwarantowali także wolność prasy, wolność zrzeszania się w organizacjach politycznych i zawodowych, z zastrzeżeniem, by te swobody nie zostały wykorzystane przez „wrogów demokracji”.

„Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego” był ciałem samozwańczym i nikogo w zasadzie nie reprezentującym. Składał się z kilkunastu osób, głównie przedwojennych polskich komunistów związanych z sowiecką agenturą. Na jego czele stanął socjalista - Edward Osóbka-Morawski. Jego zastępcą została Wanda Wasilewska - płk Armii Czerwonej, sowiecka działaczka polityczna, przewodnicząca tzw. „Związku Patriotów Polskich”, a także, jak twierdzą niektórzy historycy, kochanka Stalina. W prezydium znalazł się też brat Wincentego Witosa – Andrzej. Legalność tego całkowicie zależnego od Kremla gremium uznawał jedynie Związek Sowiecki. Reszta aliantów za przedstawicieli Państwa Polskiego uważała Rząd Rzeczypospolitej Polskiej na Uchodźstwie. Dlatego też wszelkie dekrety PKWN należałoby uznać za bezprawne już w chwili ich wydania.

Pierwszą sprawą, jaką dla Polski załatwili „patrioci” z Moskwy, była nowa granica z ZSRR. Wytyczono ją wzdłuż tzw. Linii Curzona, dzięki czemu utraciliśmy prawie połowę swojego przedwojennego terytorium - poza granicami państwa pozostały m.in. Lwów, Wilno i Grodno oraz miliony Polaków, skazanych na łaskę i niełaskę bolszewików.

Rozstrzygnięcie kwestii ziemiańskiej

Kolejną sprawą ujętą w „Manifeście” była kwestia ziemiańska, czyli przeprowadzenie tzw. „reformy rolnej”. Akcja ta sprowadzała się do całkowitej konfiskaty (bez odszkodowania) majątków ziemskich o areale powyżej 50 hektarów (w Wielkopolsce, na Śląsku i na Pomorzu powyżej 100 ha). Oznaczało to likwidację całej warstwy ziemiańskiej, liczącej wraz z tzw. rezydentami około 200 tysięcy osób. Posunięcie to było równoznaczne ze zniszczeniem wielowiekowej kultury reprezentowanej przez tę społeczność, ruinę kilkunastu tysięcy dworów i pałaców (z których wiele było arcydziełami architektury) z mieszczącymi się w nich dziełami sztuki: meblami, obrazami mistrzów malarstwa polskiego i obcego, z bibliotekami i archiwami rodzinnymi, stanowiącymi często bezcenne źródła historyczne.

Wbrew głoszonej przez komunistów propagandzie – szlachta (bo z niej w 90 % składała się warstwa ziemiańska) aż do wybuchu II wojny światowej - stanowiła elitę polskiego narodu. Była to warstwa silna zarówno społecznie, jak i ekonomicznie. Przynależność do niej była prestiżem, i to mimo konfiskat i wywózek na Sybir po Powstaniach Listopadowym i Styczniowym, po uwłaszczeniu chłopów, po zawirowaniach finansowych spowodowanych przez I wojnę światową, a potem przez światowy kryzys lat 1929-1935. Pierwszy Sejm II Rzeczpospolitej zniósł wprawdzie w roku 1921 tytuły arystokratyczne, ale nie miało to większego znaczenia. Dwór polski nadal promieniował na najbliższą okolicę, jako ośrodek kultury i cywilizacji. Wieś patrzyła ku niemu z szacunkiem, przyjmując od „państwa” nowinki techniczne, sposób ubierania się, wyrażania, poglądy na świat. I właśnie to dziedzictwo kulturowe i narodowe „krwiopijców i wyzyskiwaczy” drażniło najbardziej przedwojennych polskich komunistów, którzy często nie posiadali nawet polskich korzeni.

Antypolska patologia

Równie dzika, patologiczna wręcz nienawiść do ziemiaństwa, do polskości, do tradycji chrześcijańskiej, przepełniała także sowieckich agentów z „PKWN”. Na tej nienawiści komuniści zbudowali swoje władztwo w zniewolonej Polsce. I jak się okazuje, ta antypolska aberracja - eksponowana przez część politycznych elit III RP, wywodzących się z przedwojennej KPP i powojennej PZPR - ma się do tej pory znakomicie. Tzw. dekrety PKWN i Bieruta, narzucone Polsce w roku 1944 nadal obowiązują, a prawo w swoim majestacie sankcjonuje rabunek mienia polskich obywateli dokonany po II wojnie światowej przez komunistów. Na naszych oczach dogorywa ostatni relikt siedemsetletniej świetności I Rzeczpospolitej: polski dwór. Ojcowizna ludzi, którzy za Polskę gotowi byli oddać życie, rozgrabiana jest przez potomków bandytów i sowieckich kolaborantów. Najsmutniejsze jest jednak to, że przez 26 lat żaden z rządów „wolnej” Polski nie potrafił powstrzymać tego haniebnego procederu. Żaden też - pomimo licznych prób - nie zdołał przeprowadzić ustawowej reprywatyzacji, regulującej stan prawny znacjonalizowanego bezprawnie mienia - Polska jest ostatnim państwem byłego Ost-Blocku, w którym kwestia reprywatyzacji nie została w żaden sposób uregulowana.

Czy w związku z powyższym Trzecią RP należy nazywać państwem prawa? A może raczej republiką złodziei i paserów, dla których transformacja ustrojowa w roku 1989 była jedynie kosmetycznym zabiegiem, mającym na celu utrzymanie powojennego status quo? Ale czy rząd Beaty Szydło, przy tak zmasowanym oporze postkomunistycznych „elit”, jaki obserwujemy na ulicach przy wprowadzaniu każdej niemal ustawy, będzie w stanie przywrócić ziemianom honor i choćby symboliczne zadośćuczynienie? Oby… Ale będzie to wymagało ogromnej odwagi i jeszcze większej determinacji.


fot. kmz

Ruiny zabytkowych dworów szlacheckich, młynów, manufaktur i gorzelni nie są niczym niezwykłym w wiejskim krajobrazie III RP. Jeśli władze nadal będą uchylać się przed przyjęciem ustawy reprywatyzacyjnej, za parę lat po tych zabytkach kultury ziemiańskiej nie pozostaną nawet cegły. N/z dwór w Szulmierzu - w 1887 roku mieszkał w nim i pracował jako guwernant, Stefan Żeromski. Reminiscencje z pobytu w szulmierskim dworze posłużyły pisarzowi m.in. do opisu w „Przedwiośniu” atmosfery dworu w Nawłoci. Ostatnim właścicielem majątku Szulmierz był Kazimierz Załuski - dziadek autora tekstu.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl