Lech Wałęsa na scenie politycznej pojawił się 45 lat temu, w Grudniu ‘70. W tym samym czasie w aktach Służby Bezpieczeństwa pojawia się kapuś o pseudonimie „Bolek”. Czy Wałęsa i „Bolek” to ta sama postać? Wydawałoby się, że odpowiedź powinna być już dla wszystkich oczywista… Okazuje się jednak, że zdania na ten temat są nadal podzielone. Najgłośniej zaprzecza oczywiście sam Lech Wałęsa.

W drugi dzień  Świąt Bożego Narodzenia doszło przed jednym z gdańskich kościołów do „nieprzyjemnego incydentu” - tak to określił sam Wałęsa. Dwie nastolatki zapytały byłego prezydenta o jego kontakty z komunistyczną bezpieką. W odpowiedzi usłyszały: „Wy gówniarze, to przecież nie tak, ja nic nie mam wspólnego z tymi oskarżeniami!” Nieco później Wałęsa zapowiedział na jednym z portali społecznościowych zorganizowanie debaty z udziałem osób oskarżających go o agenturalną przeszłość.  

Zabili go zamiast mnie

Dopóki był zakładowym krzykaczem, nikt się nim specjalnie nie przejmował. Koledzy ze stoczni machali na niego ręką, traktowali jak drobnego krętacza i pijaczka. Jednak gdy wiatr historii wyniósł go na szczyty władzy, o Wałęsie zrobiło się głośno. Jego dawnymi grzeszkami zainteresowali się nie tylko dziennikarze i historycy, lecz także byli działacze WZZ i KSS KOR. Niektórzy, tacy jak Andrzej Gwiazda, czy Krzysztof Wyszkowski, oskarżali Wałęsę o współpracę z bezpieką - na jednym z zebrań KSS KOR Wałęsa przyznał się nawet: „W Grudniu ‘70 współpracowałem z cywilną milicją.” Gwiazda oświadczył na to: „Powiedz Lechu otwarcie – ze Służbą Bezpieczeństwa”.

O niejasnej przeszłości Wałęsy wspominają także Aleksander Małachowski  i Jan Łopuszański – obaj stwierdzili, że widzieli prawdziwą teczkę przywódcy sierpniowego strajku. Nazwisko Wałęsy znalazło się również na słynnej „liście Macierewicza”. O agenturalną działalność oskarżyła Wałęsę też Anna Walentynowicz, która na początku 1993 roku, razem z Andrzejem Gwiazdą, Kazimierzem Świtoniem i Kornelem Morawieckim, żądała bezskutecznie od prokuratury wszczęcia wobec siebie i innych kolegów z Wolnych Związków Zawodowych postępowania o znieważenie głowy państwa.

W trakcie kampanii prezydenckiej w 1995 roku Anna Walentynowicz zarzuciła Lechowi Wałęsie publicznie już nie tylko współpracę z SB, ale również złodziejstwo, obyczajowe ekscesy i kłamstwa polityczne… Nieżyjący od 2009 r. Kazimierz Szołoch (legendarny przywódca strajku w Stoczni Gdańskiej im. Lenina w Grudniu 1970), dorzucił jeszcze współuczestnictwo (być może nieświadome) w przygotowaniu przez SB zamachu na swoje życie - Szołoch opisał to zdarzenie w rozmowie z piszącym te słowa w sposób następujący: „Nie wiem po co wtedy poszedłem do Wałęsy (…) Wychodząc coś mnie tknęło, żeby wymknąć się bocznymi schodami. Ciemno już było, nikt mnie nie przyuważył. W jakiś tydzień później kolega powiedział mi, że tamtego wieczoru na Klonowicza zabito bosmana, który przyszedł do kogoś w odwiedziny. „Jaki bosman?” – pytam. „Taki jak ty. Wysoki. Barczysty. Rąbnęli go z tyłu, w czaszkę”. Nieraz sobie myślę, że ten człowiek zginął z mojego powodu, że go wzięli za mnie…”. („Riviera” nr 12/2013, KMZ, „Kazimierz Szołoch - Niechciany bohater Grudnia ‘70”).

Jednoznacznej ocenie wymyka się także test zamieszczony na pierwszej stronie „Głosu Wybrzeża” (nr 23, z 28 stycznia 1971 r.), zatytułowany „W stoczniach i zakładach kooperacyjnych. Spotkania delegatów z załogami”. Dowiedzieć się można z niego, że pośród „83 delegatów Stoczni Gdańskiej, którzy uczestniczyli w poniedziałkowym spotkaniu (z Edwardem Gierkiem, Piotrem Jaroszewiczem i ministrem MSW – Szlachcicem)…” znalazł się Lech Wałęsa… Trzeba przyznać, że za przewodzenie spacyfikowanym zaledwie parę tygodni wcześniej „antypaństwowym niepokojom” nie była to kara zbyt dotkliwa.

Walczył po swojemu

Wałęsa przez lata wymykał się ze wszystkich pułapek, zastawianych na jego reputację. Wytrzymał kopniaki stoczniowców, zdzierżył natarcie Michnika i ciosy Krzaklewskiego. Nie przejął się specjalnie lustracją, ani listą Wildsteina. Poddał się dopiero, kiedy dopadły go pod kościołem dwie piętnastoletnie dziewczynki.

Politycy nie grzeszą prawdomównością. Sprytem jednak zwykłych zjadaczy chleba na ogół przewyższają. Dlaczego więc gracz polityczny takiej klasy dał się zapędzić w kozi róg dwóm nastolatkom? I dlaczego właśnie teraz odgraża się publiczną debatą w sprawie „Bolka”, a nie chciał podjąć wyzwania, jakie stawiali mu koledzy z WZZ?

„Prawda zawsze się obroni. Ja się nie boję prawdy. To, co oni mówią to jest kłamstwo, perfidne kłamstwo. I dlatego ja się nie boję. Zaraz mogę stawać i mogę udowadniać, a oni nie mają nic. Bo to, co oni mają, to są plewy (…) Jak długo można? Mając argumenty, wiem jak było. Nigdy nie byłem agentem, oczywiście walczyłem po swojemu” –  stwierdził ostatnio Wałęsa…

Niestety stwierdzenia te nie wnoszą do sprawy „Bolka” niczego nowego. Wałęsa od lat uważa, że „wszystko zostało spreparowane” i tak zagmatwane przez SB i UOP, że nigdy już nie uda mu się oczyścić ze stawianych zarzutów… I co do tego jestem w stanie się z nim zgodzić.

Lecz w takim razie, po co ta cała debata? Aby podtrzymać zainteresowanie mediów swoją osobą? Nie… To byłoby chyba zbyt żenujące, nawet jak na Wałęsę.

 
Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl