Pod koniec minionego roku wyszły dwie książki o podobnym temacie, a tak różne, jakby pisali je autorzy z dwu odmiennych formacji kulturowych. „Żyd ma niesłychanie wysoki ideał moralny” – stwierdził w „Geniuszu Żydów na polski rozum” Krzysztof Kłopotowski; jego dokonanie było już przedmiotem kilku wypowiedzi recenzenckich, również na naszym portalu.

Natomiast Ewa Kurek w „Polacy i Żydzi: problemy z historią” uważa, że „Żydzi mieszkający w Stanach Zjednoczonych nie uczynili w czasie wojny nic dla ratowania swych ginących w Europie współbraci”. Powiadamia też, że w 1946 r. powstała w Nowym Jorku Fundacja „Ratunek Dzieciom”. Dokumenty z jej działalności są zdeponowane w nowojorskich Yeshiva University Archives, ale dzisiejsze kierownictwo tej instytucji odmówiło autorce, doktorowi historii KUL, dostępu do nich.

       Ta informacja wikła więc opinię Kłopotowskiego o wysokim poczucie moralności Żydów, chyba że oboje autorzy inaczej pojmują moralność. „Polacy jako jedyni w całym świecie pozwolili polskim Żydom na powołanie żydowskiego parlamentu (…) zwanego Sejmem Czterech Ziem, który funkcjonował do końca XVIII”- napisała Ewa Kurek. Wszelako – to ja dodaję - Polaków i Żydów poróżnił, skonfliktował powstały w tym samym stuleciu ruch chasydzki. Chasydzi zamknęli się w gettach, nie chcieli egzystować w styczności z jakimikolwiek „obcymi”; ostentacyjnie, powiedziałbym, lekceważyli język i kulturę kraju, w którym żyli. Jedynie nieliczni wychodzili z gett i wtapiali się w żywioł polski przysparzając naszej kulturze wartości nie do przecenienia. Postać Juliana Klaczki (Jehuda Lejb 1825-1906), krytyka sztuki, publicysty, dyplomaty byłaby tu najwymowniejszą egzemplifikacją, mówiąc językiem Kłopotowskiego, „ostrym przykładem”. Autor używa bowiem określenia „ostra definicja Żyda” i od razu dydaktyzuje, „której powinno się unikać”. Co to jest „ostra definicja”? Czy to synonim jednoznacznie wyrażonej prawdy? Ale wówczas ten dydaktyczny postulat stawiałby publicystykę Kłopotowskiego w dwuznacznym świetle. W każdym razie „ostrą definicję” Żydów daje książka Ewy Kurek i to ją nade wszystko różni od rozprawy naszego kolegi. Publikacja Kurek jest spopularyzowanym dziełem par excellence historiograficznym – wiele ocen, twierdzeń, opinii jest wywiedzionych ze źródeł podawanych w przypisach.

W Dwudziestoleciu, jak pisze Kurek, ok. 85 proc. Żydów nie znało naszego języka; pozostali . byli zasymilowani, lecz nie zawsze w sensie narodowym, kulturowym czy nawet państwowym, chociaż mieli swych przedstawicieli w sejmie i senacie. Oczywiście byli Żydzi, którzy czuli się bez reszty Polakami, lecz w liczbie nader skromnej. Przydałaby się praca o wkładzie Polaków żydowskiego pochodzenia w kulturę okresu międzywojennego.

Olbrzymia większość Żydów dążyła zaś do autonomii, to jest do egzystencji bez jakiegokolwiek związku z instytucjami państwowymi i ze społeczeństwem II Rzeczypospolitej. Stąd w niektórych jego kręgach powstał pomysł przesiedlenia Żydów polskich na Madagaskar. Nie były to wcale makabryczne pomysły antysemitów, a - że tak powiem - próba spełnienia dążeń ówczesnej trzymilionowej diaspory żydowskiej do życia w wyodrębnionej, autonomicznej przestrzeni. Toteż napaść Niemców Żydzi w bezwzględnej większości nie odebrali jako agresji wrogów. Walka Polaków o zachowanie niepodległości, była, jak ewokuje Kurek, sprawą Polaków. Sprawą Żydów było zaś uzyskanie wymarzonej autonomii, oddzielającej ich nawet fizycznie od świata nieżydowskiego. Dlatego z entuzjazmem przyjęli niemiecki pomysł osadzenia ich w gettach; razem z robotnikami niemieckimi wznosili mury. Nawet Adam Czerniakow, senator II Rzeczypospolitej, lewicujący, a jakże, był ukontentowany; zapisał w swym dzienniku, że „mury są po to, ażeby Żydów bronić przed ekscesami”. I autorka komentuje te słowa, jeśli uświadomić, że były napisane „w czasie funkcjonowania niemiecko-żydowskiej symbiozy”, to przecież odnosiły się do Polaków, przed którymi chronić miały mury getta; tak to widział nie byle jaki Żyd, a - trzeba powtórzyć – senator II RP. Autorka cytuje też fragment „Pamiętnika z getta warszawskiego” H. Makowera, który pisze: „Mieliśmy właściwie powód do radości, bo Niemcy nam dali takie duże i ładne getto w śródmieściu”. Żydzi odrzucili Polaków, a wybrali Niemców, niepomni „nocy kryształowej”. Takie byłyby przejawy genialności Żydów, którą upaja się Kłopotowski i każe nam uczyć się od nich, uczyć, jeszcze raz uczyć…

Ewa Kurek podaje, że Żydzi wskazywali Niemcom swych rodaków jeszcze spoza murów, którzy lub których przodkowie przeszli na chrześcijaństwo. Nie wiadomo, co powodowało donosicielami: nienawiść do przechrztów czy dobroć serca, żeby i oni doznawali radości życia w „takim dużym i ładnym getcie w śródmieściu” W każdym razie kościół Wszystkich Świętych na placu Grzybowskim, włączonym do getta, był, jak pisze autorka, w każdą niedzielę i święta wypełniony wiernymi…

W gettach Niemcy wysługiwali się ochotniczą policją żydowską; chętnych do wstępowania w jej szeregi nigdzie nie brakowało. Tu dygresja natury wspomnieniowej. Opowiadał śp. Stefan Staszewski, który przed śmiercią przyjął chrzest z rąk o. Jacka Salija, że kiedyś Artur Sandauer zwierzył mu się, iż w getcie samborskim był policjantem. Staszewski zdumiony: - Jak to przeciwko własnym rokadom? Sandauer wytłumaczył, że był w Samborze jedynym z wykształceniem klasycznym…

Policja żydowska była skrupulatna w wykonywaniu  wszystkich poleceń Niemców, zwłaszcza od 1942 r., gdy zaczęła do żydowskiej społeczności przenikać wiedza o komorach gazowych i krematoriach. „Żydowskie źródła dowodzą – twierdzi Kurek – że rolę katów narodu żydowskiego odgrywali w Polsce (…) przedstawiciele żydowskiej inteligencji”, z małymi rzecz jasna wyjątkami. Tylko niektórzy z nich na trupach biedoty uniknęli śmierci; ich potomkowie żyją głównie w USA i „aby ukryć przed światem – kontynuuje autorka - rolę, jaką Żydzi odgrywali  w zagładzie własnego narodu, Żydzi fałszują historię Żydów”. Tymczasem Kłopotowski nie dostrzega tej ponurej prawdy, uważa, że są genialni i – jak pisałem już - każe nam się od nich się uczyć. Wedle Kurek: „Żydzi pojęcia solidarności między ludźmi nie znają” I ich mentalność (oraz prawo w Izraelu) – twierdzi autorka - są tak ukształtowane, że jednostka jeśli może uratować swe życie „kosztem innych, to może tak postąpić”. Tego mamy się od nich uczyć? Tak przebudować nasz ponad tysiącletni system wartości?

Kurek twierdzi też, że współcześni Żydzi zasymilowani i Żydzi komuniści (to chyba ci genialni Kłopotowskiego) od dziesięcioleci robią wszystko, aby nie znać prawdy. I co jest już wołającym do niebios znieważeniem pamięci zamordowanych ponad 3 mln Żydów polskich – wybudowane z wielką wrzawą i otwarte w Warszawie z wielką pompą Muzeum Żydów polskich, „jest muzeum polskich Żydów, w których nie ma polskich Żydów” - puentuje autorka.

Bolesne jest to, co ujawnia historiografka. Kłopotowski więc obrał – bodaj wynalazł - żeby nie bolało, inny rodzaj pisarski: publicystykę science ficton. W takim gatunku uprawnione jest mieszanie porządków: kultury, socjologii, historii, filozofii, psychologii (nawet „głębi” Junga, żeby było imponująco), religii, ekonomii, kinematografii.

I chyba z powodu owej kontaminacji pełno w tej pracy sprzeczności, uproszczeń i nieścisłości Na przykład autor pisze, że Zachód zawdzięcza Żydom „kreatywność chrześcijaństwa”. Wszelako gdzie indziej przywołuje wypowiedź Jezusa z Ewangelii Mateusza o liliach i ptakach niebieskich - są piękne i same się żywią, przeto i my nie mamy się troszczyć, w co się ubrać ani, co jeść, bo „Ojciec Niebieski da nam”. Autor książki dobrodusznie rozumie tę przenośnię, że to „wyrok śmierci na gospodarkę”. A więc zaprzecza wcześniejszej „kreatywności”. Zapomina nadto o innych przypowieściach ewangelicznych – np. o talentach, gdzie gospodarz ewangeliczny chwali tego sługę, który najwięcej przysporzył pieniędzy z powierzonej mu sumy, a karci tego, co nic nie zarobił na depozycie. W interpretacji à la Kłopotowski można by tedy rzec, że jest to zachęta do spekulacji finansowych, antycypacja zarabiania na lichwie. Wreszcie przypowieść o najęciu rano pracowników do winnicy za denara i wieczorem inną grupę za tę samą sumę. Można by, rozumując tak prostolinijnie jak autor ”Geniuszu Żydów…”,  dopatrzeć się tu wyzysku kapitalisty…

Te opinie Kłopotowskiego, z których teraz sobie pokpiwam, to przecież czyste fantazje. A są nadto lapsusy historyczne. Autor pisze na przykład, że w Polsce demokrację szlachecką stworzyli możnowładcy. Już samo wywiedzenie „demokracji szlacheckiej” z „możnowładztwa” jest językowym paradoksem, fałszem zaś historycznym i politycznym. Nie było, nie ma i nie może być w naszej kulturze demokracji słabszych stworzonej przez potężniejszych. Możnowładcy dawniejsi i dzisiejsi tworzyli zawsze i tworzą wspólne grupy interesu lub – częściej chyba – bez skrupułów z sobą rywalizują. Nasza demokracja szlachecka zaczęła powstawać pod koniec XV w. wbrew, na przekór, w opozycji do możnowładztwa. Szlachta której było o wiele więcej niż na Zachodzie, wygrała zdecydowanie w XVI w., a jej ustrój trwał krótko - do połowy XVII w., kiedy  zaraziła się od magnatów chciwością i pozwalała się manipulować, korumpować – jak dzisiaj część tzw. klasy średniej, która jednak nie odbudowała jeszcze po PRL poczucia swej odrębnej tożsamości.

Albo Kłopotowski, pisząc o polskim współczesnym środowisku żydów komunistów, stwierdza, że „mnóstwo (…) bardzo zasłużyło się w walce z komunizmem u schyłku ustroju”. Nieprawda! Oni (zresztą nie tylko żydzi – cała komunizująca opozycja) nie zwalczali komunizmu, lecz przeciwstawiali się dyktaturze PZPR, której chcieli wydrzeć władzę, choćby nadal uzależnioną od Rosji sowieckiej, przecież Michnik chyba nie na darmo jeździł do Moskwy „u schyłku ustroju”… Na stronie 118 Kłopotowski ewokuje przedziwne opinie, że „Urban stanowi archetypowy cień Michnika według psychologii głębi C. G. Junga. Z wroga uczynił swego przyjaciela, aby się dopełnić. Uświadomienie sobie własnego zła jest, zdaniem Junga, warunkiem rozwoju wewnętrznego”. Jedynie treść spostrzeżenia jungowskiego przywołana w ostatnim zdaniu jest słuszna, ale odniesienie jej do Michnika to nadużycie. Prawda o nim nie wymaga takiego korkociągu myślowego, albowiem jest trywialna, jak on i jego działania. Antoni Dudek napisał w książce: „Instytut. Osobista historia IPN”, że Michnik „został zarażony wirusem polskiej mutacji tzw. syndromu sztokholmskiego. Encyklopedia definiuje go jako «stan psychiczny, który pojawia się u ofiar porwania lub u zakładników, wyrażając się odczuwaniem sympatii i solidarności z osobami je przetrzymującymi. Może osiągnąć taki stopień, że osoby więzione pomagają swym prześladowcom w osiągnięciu ich celów lub w ucieczkach przed policją». Warto w tym miejscu przypomnieć, że w maju 1981 r. Michnik (…) uratował  milicjantów w oblężonym przez rozwścieczony tłum komisariacie w Otwocku. Po ponad dwóch latach z więzienia napisał list do gen. Kiszczaka, zakończony słowami: «sobie zaś życzę, abym – tak jak zdołałem w Otwocku dopomóc w uratowaniu życia kilku pańskim podwładnym – umiał być na miejscu w samą porę, gdy będzie Pan zagrożony i zdołał także Panu dopomóc. Abym umiał raz jeszcze być po stronie ofiar, a nie  oprawców»”. Od roku 1999 tymi „oprawcami” dla Michnika są pracownicy IPN. Ale cóż, Kłopotowski, zauroczony swymi umysłowymi fantasmagoriami, nie dostrzega owych banalnych, za to wielce rzeczywistych, determinant. Może nie chce postrzegać, tak jak przechodzi do porządku nad światem rejestrowanym naukowo przez dr Ewę Kurek.

       A gdyby tak Kłopotowski zrecenzował jej książkę, a ona jego? Byłoby to niesłychanie ważne wydarzenie w naszym życiu intelektualnym. Czekam na nie.

 

       I tytułem dygresji.

Może dałoby się połączyć fantazjowanie Kłopotowskiego z bezgraniczną ostrością faktograficzną Ewy Kurek, gdyby oboje autorzy zainteresowali się twórczą materializacją patriotycznej deklaracji Żydów polskich sformułowaną zaraz po odzyskaniu wolności w 1918 r. Czy miała jakieś skutki praktyczne, czy była li tylko przejawem nigdy niespełnionych zamierzeń. A może zwykłego wyrachowania?

Otóż, jak podaje Encyklopedia Dwudziestolecia wydana i natychmiast rozkupiona na początku lat dziewięćdziesiątych, Żydzi polscy skierowali do siebie wezwanie: „Polska wstaje żywa! Polska Kazimierza Wielkiego, która w XIV wieku Żydom wszędzie tropionym dała przytułek i schronienie, Polska Zygmuntowska, która Żydów od prześladowań i ucisku osłaniała, prawami i przywilejami obdarzała, Polska Stefana Batorego (...), Polska porozbiorowa, rozdarta i spętana, która ilekroć głos wydobyć mogła, to był to zawsze głos wolności i równości (...).Tej Polsce powalonej, rozbitej i zgnębionej, gdy zrywała się do walki o byt niepodległy, najświatlejsi spośród Żydów obywatele składali w ofierze mienie swoje i życie. Tak było w roku trzydziestym, tak było w sześćdziesiątym trzecim (...). Po roku 63 nie było w kraju inteligentnej rodziny żydowskiej, w której by ojcowie lub synowie nie ucierpieli za udział w postaniu. Stanęły dzieci po stronie matki – jak odrzekł nadrabin Warszawy, Meisels, ówczesnemu namiestnikowi na jego zapytanie, dlaczego Żydzi buntują się przeciwko cesarzowi, który ojcem jest dla nich (...).

Aż tu naraz pogromy i rugi Żydów, organizowane w Rosji przez rząd carski, przesiedliły do nas kilka dziesiątków tysięcy żywiołu obcego, który pod grozą doznanych krzywd przeniósł ze swego dawnego środowiska skupioną niechęć do nowego otoczenia, nieszanowanie i pomijanie powagi praw narodu nieopartej na sile.

Napływowy, obcy ten żywioł z szorstką na dobitek polewą rosyjską pobudził powszechną niechęć; ekonomicznie i kulturalnie silniejszy od miejscowego ludu żydowskiego, srodze zaniedbanego, zdołał wciągnąć go w sferę swych interesów, myśli i uczuć, coraz różniejszych, coraz dalszych od dążeń i ideałów narodu polskiego (…). I zapomnieli Żydzi, że przed wiekami zewsząd tropieni, znaleźli wytchnienie na tej ziemi, zapomnieli, że w epoce swej potęgi Polska osłaniała ich prawami, których gdzie indziej nie mieli (...), że w zeszłym stuleciu, na chwilę głos uzyskawszy, ogłosiła Polska Żydów za równych wszystkim obywatelom kraju. Zapomnieli, a nie mogli im o tym przypomnieć ci z Rosji przybysze, którzy ich prowadzili do żargonowego nacjonalizmu, do hebrajskiego syjonizmu, od narodowościowego Bundu, do beznarodowościowej socjaldemokracji.

Żydzi! Polska wstaje żywa! Wszyscyśmy przez usta swych przedstawicieli uznali Państwo Polskie i ustaw jego poszanowanie zapowiedzieli. Ale bez tych oświadczeń Polska będzie dość silna, ażeby prawom wydanym posłuch nakazać (...).

Wstępujcie do wojska!

Składajcie na skarb narodowy!”

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl