Obiecywałem sobie wiele razy, że epigonami KPP, PZPR, ZBOWiD-u, MO i UB więcej zajmował się nie będę. Szkoda czasu, prądu i klawiatury komputera. W końcu bez względu na to, co się pisze i mówi, Nowocześni, KOD-erzy i Platfąsi i tak będą wychodzić na ulice, skakać, kwiczeć i zgrzytać zębami w obronie konstytucji.
Ale to właśnie konstytucja, której bronią tak zaciekle, daje im prawo do zgromadzeń i protestów. Podobnie jak do wyrażania w prasie, radiu i telewizji swojej głębokiej troski o demokrację, wolność słowa i los „tego kraju”. I to zarówno w Polsce, jak i… No właśnie, czy wypada skarżyć się na Polskę zagranicą? Moim zdaniem nie. A już na pewno nie, w takiej formie, w jakiej robią to tzw. „obrońcy demokracji”. Nie - bo pachnie to, jeśli nawet nie zdradą, to na pewno ubeckim donosem.
Oczywiście dla KOD-erów moje zdanie nie ma najmniejszego znaczenia. Żaden też, nawet najbardziej racjonalny argument nie zmusi ich do zaniechania obszczekiwania Polski na międzynarodowych forach, ani do posiłkowania się w walce o koryto pomocą wpływowych instytucji i masmediów Polsce niespecjalnie przychylnych.
„Ale w końcu, jak się walczy o być albo nie być, to wszystkie chwyty są dozwolone… Poza tym gorszy sort Polaków tak ma” - pomyślałem i postanowiłem zaakceptować ten ich genetyczny defekt.
A jednak po ostatnim warszawskim marszu KOD nie wytrzymałem…
24 stycznia, parę minut po północy, jeden z moich przyjaciół - fizyk kwantowy, przedsiębiorca i dziennikarz - umieścił w sieci następujący wpis: Moja matka, przechodząc Krakowskim Przedmieściem, natknęła się na zwykły już w sobotę w Warszawie widok sunących KOD-owców, obwieszonych znaczkami, z flagami Unii i Polski. Niby nic złego, każdy może sobie demonstrować, jak chce. Spacer na świeżym powietrzu, zwłaszcza emerytom nawykłym do oglądania TVN 24 i czytania „GW”, dobrze robi na krążenie. Za rogiem, przy ul. Podwale towarzystwo natknęło się na kamień z tablicą poświęconą polskim oficerom zamordowanym w Katyniu. No i jedna z uczestniczek, trzymająca rzeczone flagi na widok Obelisku zawyła: „Wszędzie ten Katyń i Katyń, stawiają te kamienie, że przejść nie można”. Moja matka, kobieta w sile wieku spokojnie zwróciła uwagę, by wyjąca „nie profanowała polskiej flagi”. Wtedy miłujący demokrację zaczęli krzyczeć: „pisówa, pisówa”. Otoczyli ją i któryś uderzył drzewcem w plecy. Na szczęście zareagowali przechodnie. Policji nie było. „Miłujący demokrację i prawo”, jakoby nie są zdolni są do przemocy...? Władze (jeszcze widać nie dotknięte miotłą PiS) policję zapewne oszczędzają, by miała siły pacyfikować „faszystów” 11 Listopada...? Równość wobec prawa obliguje do obrony nietykalności cielesnej również „pisowców”, „narodowców”, „kukizowców” i innych „faszystów”. Czyż nie mam racji?
Zaniemówiłem, bo znam od kilku dekad ową starszą panią - dziś blisko osiemdziesięcioletnią, dystyngowaną, „przedwojenną” warszawiankę, do tego wrażliwą poetkę i córkę polskiego oficera rozstrzelanego przez NKWD właśnie w Katyniu. Chciałem zadzwonić do znajomego, aby dowiedzieć się szczegółów, ale powstrzymała mnie późna pora. Dopiero rano dowiedziałem się, że pani Alicja nie zawiadomiła policji. Nie zrobiła tego, bo… zwyczajnie się bała. I nie chciała dodatkowego stresu. Nie chciała też słuchać wyzwisk i ponownego wytykania palcami, tym razem przez sąsiadów - byłych ormowców, ubeków i partyjnych apartczyków.
Jej syn zawiadomił jednak media. Jako jedyna zareagowała Telewizja Republika. Po emisji komunikatu na temat pobicia, do mojego znajomego zaczęli pisać i dzwonić uczestnicy marszu. Wyrażali „szczere ubolewanie” w związku z „incydentem, sprowokowany przez osoby, z którymi KOD nie chce się identyfikować”. W sieci pojawiły się również sugestie, że to „pisowscy podżegacze” sprowokowali całe to zajście.
I co? I nic… Przyszło mi tylko do głowy, że (parafrazując myśl niezłomnego „Siewcy demokracji, ładu i pokoju”) „W miarę postępów w budowie wolności i demokracji, walka klasowa będzie się zaostrzać”. I że w związku z tym, postawy nie tylko lewaków będą się radykalizować. Że również prawica zacznie rozmawiać przy pomocy drzewców od flag. A to oznacza, że obecne przedszkolaki za paręnaście lat też będą musiały stanąć do walki o wolną Polskę. I że będzie to konfrontacja już czwartego pokolenia Ubeków i Akowców. Mam nadzieję, że zwycięska dla Polski, i że wreszcie ostatnia.
